<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>relacje-z-anglii &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/relacje-z-anglii/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "relacje-z-anglii"</description>
	<pubDate>Sun, 07 Sep 2008 19:51:28 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Dzień pisarza II - nowi lokatorzy]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=69</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 20:10:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=69</guid>
<description><![CDATA[Niedziela 22.06.08r.
I am so high. I can hear heaven.
Oh but heaven, no heaven dont hear me.
Budzik]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Niedziela</em></strong> 22.06.08r.</p>
<blockquote><p><em>I am so high. I can hear heaven.<br />
Oh but heaven, no heaven dont hear me.</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Budzik... no! Świetnie konsola śmiga jak ta lala i tylko 4% baterii zeszło na sleep modzie. Schodzę na dół. Piekarze kimają jakby z pracy wczoraj wrócili. Siadam na kanapie załączam czasowstrzymywacz i zaczynam sufitować - "Jelousy Curve - The World is You." Siedzenie zamienia się w pozycje bardziej senną... chłopaki się budzą. Paweł idzie do pracy... a Tomek - ja pier#### on sprząta. On pościelił łóżko! Następnie DJ Oreł zapodaje francuski film - wolę poczytać na konsoli... Przychodzi Nasiff z nowymi mieszkańcami. Wychodzi... a chłopaki się rozpakowują. Zerkam kantem oka na film - jakiś facet uczy się zdobywać przyjaciół... brzmi znajomo. Film mimo, że francuski - wkręca się... Do pokoju wpada jeden z nowych, ładnie się wita po polskiemu bez rodowitego akcentu. Następuje gadka szmatka o internecie... i na zakończenie:</p>
<blockquote><p><em>- Używacie tej butelki? Mogę ja wziąć?<br />
- Tak.. znaczy sie - nie. Ja jej używam.<br />
- Oddam Ci za chwilę.<br />
- Nvm, weź sobie... mamy ich jeszcze całkiem sporo.<br />
- Dobra spadam, jarać mi się chce.</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Film się kończy - wbrew pozorom... jest naprawdę nieźly. Orzeł leci do piekarni, wpada Kamil... potem wypada. A ja zabieram się za "ogarnianie wspomnień." Dzień pisarza II - troszkę poczarowałem, teraz powinno być bardziej czytelne. Miedzyczasie rozlega się *stuk* *puk* do drzwi. Otwieram.... to tylko jeden z nowych - strasznie chory... ledwó mówił. Nie widziałem jeszcze tak zaćpanego człeka.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Orzełkowy dzień wolności]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=67</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 19:47:42 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=67</guid>
<description><![CDATA[Sobota 21.06.2008r.
Wilk zapiał - czas podnieść leniwe dupsko z łoża. Mroźno. Staczam się]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em><strong>Sobota</strong></em> 21.06.2008r.</p>
<p style="text-align:justify;">Wilk zapiał - czas podnieść leniwe dupsko z łoża. Mroźno. Staczam się... do dół. Chyba śnię - Litwin myje kuchnie... Jestem niemiły i budzę. - Jak zaw... przeważnie. Orzełek ma wolne. Idziemy razem po jajka do sklepu. (2F za 30szt.) I mleko! W końcu mogę zjeść moje upragnione musli. Rutyna i spadamy do Lidla, Tesco... Jeszcze przed wyjściem mijamy się z Nasiffem - wpadł z dwoma pannami... pokazać im mieszkanie - szkoda fatygi. Wydawszy dwadzieścia monet z królową, obładowany reklamówkami... pomimo, że prawie nic nie kupiwszy - wracam. Właściwie to oboje wracamy. Film... "Vinci." Po seansie dostaję cynk, że mam wychodzić - czas do pracy! Jeszcze nie wiem na czym będzie polegać moja misja - ale zbierzam do biura. Po drodze zachaczam o "Hindusa," w którym pracuje ciapatka. Tylko sprawdzić ile mam na oysterce... 2.10F! Starczy na podróż w obie strony. Nie ma co wspierać brytyjskiej gospodarki na silę. E2 do końca, wysiadł... polazł, zadzwonił i wszedł. Zawitał, przywitał - i co? I...</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>- Usiądź sobie na chwilę, my sobie tutaj dokończymy...<br />
- Pomogę Wam!<br />
- Nie dzięki, muszę wiedzieć... gdzie co wkładam.</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Kwadrans później... zadzwonił telefon - jemu. I zaczęliśmy wynosić biurka z office'u. Więcej czasu i energii pochłonęłoby sprzątanie w pokoju bracika i Orzełka, niż taszczenie tych mebelków... Które na siłe próbowali przepchnąć przez drzwi. W końcu posłuchali mojej rady, ale zrytej futryny i krawędzi blatu... Za godzinę nic nie robienia dostałem 20F... Ciekawe, czy miałem szanse na negocjację... czy chociażby - premię. E2 i do posesji. Tam... na wejściu nie poznałem leżącej na mojej kanapie Nicole. Oglądali film - ten prohomoseksualny. Oglądanie go drugim razem... bolało. Zrobiłem sobie sałatkę z warzyw - całkiem niezła, będę musiał częściej taką jadać. Przyszedł czas na "Cruel Intentions 3" - po raz trzeci widziałem ten film. Za każdym razem podoba mi się ta akcja, w której Katherine podchodzi do angola...</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>- Żebyśmy razem ładnie wyglądali...<br />
- Razem?<br />
- Każdemu wolno mieć nadzieję.</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">W tym filmie jest również coś co sprawia, że ciśnienie skacze w górę - Patrick. Sposób jego postępowania jest poprostu... poza jakimikolwiek dopuszczanymi społecznymi normami. Myślę jak można by go nazwać... ale nie znam takich słów, które pozwoliłby mi go określić. Napisy końcowe. Nikola zawija sie do domku... a Oreł załącza następny. "The Departed" - jedynie zerkałem... nic godnego uwagi. Seans skończył się po północy - w końcu mogłem dosiąś się do tego głupiego urządzenia. Wrócił lekko wstawiony bracik - jeszcze lżej zasnął. Poczułem zew - zabawa z PSP... od czwartej nad ranem moja konsolka obsługuje budzik śmigający w sleep mode, czytacz pdf'ów i  plików txt... oraz Irshell dla CWF 3.90! Zajęcie na kilkanaście minut... nie wiem co robiłem przez resztę czasu.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzionek u ciociuni]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=65</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 18:12:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=65</guid>
<description><![CDATA[Piątek 20.06.08r.
Wstałem. Ociąganie się w wyrku chyba weszło mi już w krew. (Tak na marginesi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Piątek</em></strong> 20.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Wstałem. Ociąganie się w wyrku chyba weszło mi już w krew. (Tak na marginesie - jutro Rafał przylatuje) Sprawdziłem oferty pracy w necie... Obciąłem brata... efekt końcowy - 0mm. (Nie chcecie wiedzieć dlaczego.) Potem niewdzięcznik zajął mi łazienkę. Pojechał (busem) do pracy... zostawił klucze - i tak nie będą mu potrzebne. Wraca wieczorem - wtedy zawsze ktoś jest w domu. Dziś miałem okazję poznać drugą stronę mediów - tą pozytywną. Zobaczyłem... i przypomniałem sobie o czymś... coś bardzo ważnego, co zostało zapomniane... schowało się bardzo głęboko - bardzo, bardzo. Prysznic, sa-yo nara. 320 godzin minęło. Od momentu, gdy postawiłem nogę w tym kraju. Dziewiętnaście tysięcy dwieście - zmarnowanych minut. Gorycz... - nie wiem, dlaczego... ale uwielbiam to uczucie. - Ono mnie motywuje. Świadomość, że przez ten czas nie zrobiłem dosłownie nic. Zaowocowała następnym wspomnieniem.</p>
<blockquote><p><em>To, co było wczoraj, to tylko pamięć w mózgu - pamięć o dźwiękach i zapachach...</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">I następnym... kolejnym... Czas się zbierać - potrzebne mi konto w banku. I telefon wypadałoby w końcu doładować. Koszula, apaszka, czyste jeansy - ale bajer... nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem normalnie ubrany. Nawet moje krótko ścięte włosy... po prostu cieszą. W drogę! Skoczę do P. Ewy dowiem się, w którym najlepiej założyć... - spała. Za to porozmawiałem "chwilę" z Nikolą. I ponownie znalazłem się na trasie. Lloyds, czy Barclays - Barclays, czy Lloyds... Co za różnica - w obu powiedziano mi, że bez potwierdzenia adresu zamieszkania i pracy... Moje żądanie jest niemożliwe. (Z drugiej strony pracodawcy wymagają konta w banku - błędne koło.) Wstąpiłem najpierw do Lidla... potem do Tesco - promocja musli! Wziąłem dwa... i szampon (Zastanawiałem się tylko pięć minut!) mleko... - wyleciało mi z głowy. Wracam, może ciociunia już wstała. Wrong... chociaż... "kuzynka" wciąga mnie do środka. Streszczam jej przedwczoraj, budzi się ciotka. Znaczy się Georg budzi P. Ewę, która "wygania" nas na zakupy w trójkę. (Idę dobrowolnie... nie widzę panny z wózkiem i siatkami zakupów.) Zabieramy się autem z sąsiadami. Toyota celtica... jeszcze trochę, i pewnie na stałe by mi tak zostało - myślałem, że mi kark odmówi posłuszeństwa. Cholernie niewygodne auto. Najpierw sąsiadka poszła wykłócać się o pierogi... z datą ważności do 2003r. Kupione wczoraj, albo dziś - nie słuchałem. Załatwione - nawet nie przeprosili. Przejście przez ulicę... wózek na jezdni, a jakiś typ rusza do przodu - idiota! Wbiegam mu pod koła... - zwolnił. Teraz zakupy... - wiedziałem, żeby nie iść koło regałów ze słodyczami... (Z pozdrowieniami dla wielkiego odkrywcy.) Tekst: <em>"Zostawimy go. może ktoś sobie weźmie."</em> i dziwne miny polskiej pary stojącej nieopodal. - Chcieliby! Kasa i dwie reklamówki, o które Nikola ciągle jujczała, że mam je niby powiesić na wózku. Jeszcze tylko jeden sklep, bankomat, warzywniak... i Subway, w którym Nicole zniknęła gdzieś na zapleczu... pozostawiając mi młodego pod opieką - że się nie bała... Załatwiła co miała. Kierunek - chata. "Weź wózek, ja pójdę z George'm." Pokonaliśmy może 200 metrów - survival. <em>"Sory, ale ja już tak dłużej nie mogę. Ten wózek jest zbyt mały... wolę w rękach nieść te reklamówki." </em>Zbiera się na deszcz - "Let's hurry." ... i obiad nam stygnie. Wyglądało jak Paello - wersja z mięsem. Dość ostre, ale dowiedziałem się, że "dość" - tylko dlatego, że dla mnie. Przeważnie jest co najmniej dwa razy bardziej. Pojadł... obserwując malę dziecko - zauważyłem, że jego nastrój zmienia się... może być zmieniane praktycznie z sekundy na sekundę. Chciałbym móc popracować tydzień (najmniej) w przedszkolu. - Sto razy bardziej praktycznie, niż nauka wpływanie na emocje za pomocą słów. Drugie danie... informacja o logo - improwizorka w MS Word. Mam nadzieję, że będę mógł ściągnąć Corela i zainstalować go na Orłowym notebooku. Wrócił Nasiff z pracy. Posiedziałem jeszcze chwilkę i zmyłem się do domku. Dostałem cynk - że wpadnie dziś. I... powiedział, że gdyby do niego zadzwonił szukacz pracy z "moim angielskim," a byłoby zapotrzebowania - wzięliby go... - I tak nie wierzę. Jestem przekonany, że dosłownie posysam na tym gruncie. Ciekawe czego to efekt... Może byłem zbyt grzeczny na lekcji angielskiego? - Skutkowało tym, że nigdy... prawie - nie musiałem czytać. Czasem kończyłem zadania, nim niektórzy zdecydowali się rozważyć rozpoczęcie takiej czynności jak wzięcie ołówka do ręki.  No teraz - mogę sobie poczytać książki w tym języku, pisać... Jestem w stanie zrozumieć co do mnie pieprzą - ale ni ch### nie radzę sobie z normalną odpowiedzią. Wystarczy - wracamy do rzeczywistości. Wypadałoby ogarnąć ten chlew. <em>"Pierdole nie robię." -</em> rzekł Tomek i poszedł nynać. Ogarnąłem tylko pierwszą część kuchni  - zawsze ją sprzątam. Nie chce, aby coś jadło moje jedzenie. Orzełek powiedział, że Kamil ma dla mnie robotę...</p>
<blockquote><p><em>- Który to?<br />
- Ten u którego byliście po filmy...<br />
- A! Ten od zioła.</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Wpadnie za chwilę. ... 101% - ale dopiero zawitamy tam we wtorek - <em>"Powiedziałem, że jadę do Polski na dwa dni i nie chcę się tam pokazywać... i jeszcze jedno - Ręczyłem za Ciebie... więc to jest przynajmniej trzy tygodniowa robota."</em> Zmartwienie o studniówce wróciło - jakże ja się ku### cieszę. Ciao! Do wtorku. Tomek patrzy jakiś film - "The break out." ... Nie widziałem od początku - ale obraz kobiety, która się stara... która zaplanowała wypad na koncert. (Widowisko muzyczne jest mało istotne - chodzi o inicjatywę!) - Takie rzeczy, to tylko... - w filmie. Popiszę trochę... tylko brakuje tego czegoś... takie niby nie istotne - wena się nazywa. (To co czytasz - jest dzieckiem tamtej chwili.) Potem poczytam... Wpadł Nassif z tym bucem - co wczoraj nie przylazł. Pewnie ciociunia będzie dzwonić i "wspomni" o drobnym nieporządku w domu. (Chcę tylko zauważyć, że odkurzałem... dziś, wczoraj, i dzień przed pójściem do pracy... i przedwczoraj w odniesieniu do pierwszego dnia tyrania na budowie.) Doklejam się do klawiatury i zaczynam stukać, i stukać. Głodny jestem - amu time.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzień pisarza I]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=63</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 18:08:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=63</guid>
<description><![CDATA[Czwartek 19.06.08r.
*pik pik* - siódma trzydzieści. Telefon do Mariusza. &#8220;Oddzwonię po dzie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Czwartek</em></strong> 19.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">*pik pik* - siódma trzydzieści. Telefon do Mariusza. "Oddzwonię po dziewiątej." Nara. Budzę brata - żeby miał więcej czasu... posprzątać w pokoju. Ja załączam fajerfoksa trójkę - http://londynek.co.uk - fajna oferta. Baker assistant - 17-01:30, Park Royal. Telefon w łapkę - dzwonię! Nie odbiera... potem spróbuję raz jeszcze. Skończyło się na... - sekretarce. Brat polazł do pracy. Muszę doładować telefon, założyć konto w banku - a on nie zostawił mi kluczy. Dzwoni telefon - Nicole, rzekła - <em>"Nowy lokator ma wpaść, fajnie żeby ktoś był w domu."</em> Niech się facet streszcza, za ten czas coś stworzę. Nie boję się już o brak pracy... o czynsz, żarcie w lodówce. Teraz... - drażni mnie, że nie mogę pracować codziennie. No i moje poranione dłonie - ale to zniknie. (Krem niweła znalazłem!)  A tak poza - wypierdala mnie na twarzy. Jest źle. Obiad... ciekawe, czy pamiętam - jak się gotuje makaron. Całkiem nieźle wyszedł. Sos był stary - żarcie w koszu. Załączam film - "Lejdis" ... ambitny. Pokazuje ułomność ludzi - zarówno kobiet jak i mężczyzn. Chociaz nie wiem, co dzieje się po wkroczeniu Rzymian do szpitala - wcięło dalszą część. I... podobały mi się teksty Korby. Dzień pisarza? W podzięce ból głowy i oczek. No... i Orzeł wpadł... zasnął w butach - na siedząco. Kazał się budzić o dwudziestej. <em>"Jeszce chwila."</em> ... po dwudziestej drugiej wstał i wywędrował po kobab. Zawitał Damian, wrócił Paweł... z takim zajebistym chlebkiem. Zjadłem pół. Nastawiłem pranie. I kończę, bo jeszce trochę i zaczne opisywać dogłębnie urzekające, ale za to jakże pasjonujące i ambitne koła... które zataczy mucha w powietrzu, Sa-yo-na-ra.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dlaczego ludzie swoje życie...]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=61</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 18:04:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=61</guid>
<description><![CDATA[Nie mam zielonego pojęcia 18.06.08r.
Wybija 6. W pokoju rozlega się drażniący dzwonek&#8230; kol]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><em><strong>Nie mam zielonego pojęcia</strong></em> 18.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Wybija 6. W pokoju rozlega się drażniący dzwonek... kolejny dzień na demolce. Plebsiarska robota... Jeszcze rzucę okiem na mapkę i upewnię się, że trasa, którą wybrałem wczoraj jest co najmniej dobra. Brat przed wyjściem zarzucił... 105 jedź na stację. W plecaku 12 kromek... mało, wrócę głodny. Siódma z hakiem - czas się zbierać. Otwieram drzwi... kropi, heh. W drogę... najpierw bilecik - "U Hindusa" na rogu.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em><br />
- Hi, I'd like to buy one day travel card for all zones.<br />
</em><span style="color:#808080;">Zamiast usłyszeć "Hello! My friednd..." zobaczyłem zmieszanie i niepewności na twarzy... jego i pomocnika.</span><em><br />
- "Where do you want to go?"<br />
- Kenton...<br />
- I don't know where Kenton is...</em></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">(Co Cię to k#### obchodzi, po prostu sprzedaj mi ten cholerny bilet.) Pokrzątali się chwile, posprawdzali jakieś notatki... w końcu zadowoleni wbili mi na oysterkę co trzeba i usłyszałem <em>"Five pounds."</em> ... Coś mi tu nie pasuje... whatever spadam bo się spóźnię. Akurat nadjeżdża 105... po chwili już siedziałem wewnątrz jadąc w kierunku stacji. Długo... zbyt długo. Telefon do brata (Rano pożyczyłem od niego tel - czułem, że będzie potrzebny.) Szybkie pytanie - gdzie mam wysiąść? <em>"Na ostatniej - on tylko do Greenford Station jedzie."</em> 30 minut mija... coś tu nie gra - już dawno powinien dojechać. Dzwonię raz jeszcze... <em>"Coś Ty odjebał - spierdalaj z tego autobusu."</em> Nieźle... gdzie tu jakaś stacja - metrem będzie szybciej. Jedyny ludź na przystanku... - ciapak. Niech stracę. <em>"Excuse me, how can I get to the nearest underground station?" "Where do you want to go?"</em> K#### następny. Dobra udało się wyciągnąć śmiertelnie ważną informację. Każdy autobus z przystanku na przeciwko jedzie na Southall Station. Jakiś stoi... ludzie włażą. Bieg... 10m 5m 3m 2m - drzwi zamknięte. 0m - przypieprzenie dłonią w szybę... - myśliwy kierowca otwiera. wracamy... tylko jak nazywa się przystanek? Z głośników wydobywa się: <em>"Southall station."</em> Mój osiemnasty zmysł mówi mi, że to tutaj - spadam. Teraz... - gdzie metro? Najbliższy ludź... - ciapata. Zapytanie i odpowiedź: <em>"Where do you want to go?"</em> Kenton... n/c, nara. Idę tam, gdzie większość ludzi. Peron 4. Podjechał. Jezu, w komorach gazowych było więcej miejsca. Zostałem prawie przycięty przez drzwi. Ruszył. Pierwsza stacja... ludzie wyszli - świetnie, jest gdzie usiąść. Coś mnie tylko niepokoi - gdzie mam przyłożyć oysterkę? Telefon... <em>"Przy wejściu do metra."</em> Pięknie kurwa, kurwa pięknie. Jak mnie złapią 200F nie moje. Teraz już nic nie zrobię - jazda na przypał. Zatrzymał się... łaaa! Spadam z tąd. Omg - gdzie ja jestem? Jaki dupny dworzec... jak ja mam się z tąd wydostać?. Pytam... ziomek chyba sam nie wiedział, gdzie jest, i co się z nim dzieje - chciał mnie wysłać na rajd po całym Londynie. Więcej dowiedziałem się od strażnika. Tylko co to jest <em>"Bakerloo line,"</em> o którym wspomniał? Przynajmniej wiem, gdzie się kierować. Dobra, co dalej? Dworzec kolejowy większy od lotniska w Pyrzowicach. Kolejny guardian... <em>"Bakerloo line"</em> i kierunek. Dotarł, gdzie dalej... Dwie strażniczki: <em>"Bakerloo line"</em> ... no ja pier#### co to kurwa jest Bakerloo line. W końcu tłumacząca kobieta wyrzuca z siebie <em>"the brown one"</em> Bingo! Ciao. Śmig w strunę drzwi, nad którymi wielkimi literami napisane jest <em>"Bakerloo line"</em> Biegnięcie w tłumie - brakowało mi tego... to jak skakanie po Kamolach w górach. O fu## skąd ona się wzieła!? Lux zwód, obrót. Gdzieś tam słychać "ooh." - to znaczy, że żyje... Śmig dalej.  brązowym kolorem.... elektryczne schody - zapchane po obu stronach. Strasznie długie... nie mam czasu, jest 8:40. Za 20 minut muszę być w Kenton. Wzium w dól. Na "dnie' znalazłem się szybciej niż zajęłoby mi dopchanie się do poczatku schodków... Pomijam fakt, że podwinęła mi się noga i prawie orłowałem przy końcu... nie ma czasu! Biegnij Lux, biegnij! ... Rozwidlenie, świetnie. W prawo... jakaś "informacja." Czytam... Kenton, Kenton... Kenton - brak. Zawracam w lewo pociąg stoi, drzwi otwarte. Jakiś dziadek - pytam. Równie szybko odpuszczam i chcę zapytać kogoś z wewnątrz. Wkraczam, zdaję zapytanie. Drzwi zamknięte - "..." patrzę na trasę. Idealnie. Tylko zegarek pkazuje nie tą godzinę, którą powinien. Trudnom, nic na to nie poradzę. Telefon - zadzwonię powiem, że się spóźnię. Brak zasięgu. No to... wyciągam zeszyt i robię notatki - wieczorem pewniakiem nie będzie mi się chciało. Jeszcze jakieś amu i za trzy stacje wysiadam. 9:38 Jest zasięg! <em>"Pojechaliśmy zawieźć innych... musisz poczekać, będziemy za jakieś 30... do 40 minut.</em>" Pada... przystanek, zeszyt i gość, który się ciągle na mnie gapi... z naprzeciwka, z plakatu. Przejeżdża parada(?) obalonowanych taksówek. Zimno... Ponad godzina czekania. Podjechał bolid. Do środka i fru. Jeszcze tylko "chwilowy" postój i znów na trasie. Kierunek - zadupie za Londynem, gdzie czerwone autobusy już nie jeżdżą. Dzisiaj miał być wan, żeby to co zostało... rozpieprzone - wywieść. Miał... - będzie jutro. Dniówka samemu. Ucho się nie zjawił. Robota wre - poprostu, aż... Dopiero po tylu latach zaczyna doceniać się dni spędzone na wsi - marudząc pod nosem przy pomocy dziadkowi. 15:30 - idę na górę zacząć łazienkę. Duże kafelki... nie będzie problemu z ich "ściągnięciem." Następnie wszamam co zostało. 15:40... czuję, że coś miałem...</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#ffffff;"><em>W Polsce odbywa się msza św. za zmarłą. Za jedną z niewielu osób, które mnie naprawdę czegoś w życiu nauczyły. Zaczynając od liczenia, śpiewania (taa, ... jak byłem mały to spiewałem przed snem), pisania. Pamiętam, że początkiem podstawówki w 16 kartkowym zeszycie, w grube linie - pisałem swoje pierwsze opowiadania zawierające zdania tak wielokrotnie złożone, że były aż "nierealne." Przylatują wspomnienia, gdy czytała mi baśnie Andersena: "Krzesiwo", "Mały i Duży Klaus" - to moje ulubione. Nie lubiałem tej o Ołowianym Żołnierzu... i jeszcze jakiejś, zajadę do domu to sprawdzę. Pamiętam, że "Lessie wróć" słyszałem conajmniej kilkakrotnie, chociaż nie kojarzę już treści. Teraz żałuję, że gdy przychodziłem ze szkoły... odpowiadałem tylko "Nic, dobrze" na pytania: "Jak było? Co słychać w szkole?" ... Nie wiem dlaczego... przerwałem pracę, przysiad</em>łem na parapecie i złożyłem modlitwę - pewnie jedną z ostatnich.</span></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Przerwa. Jeść, pić, notki. Może by tak zacząć brać konsolę... Spoglądam na swoje ręce i się nie poznaję. Prawa dłoń wygląda jakby... jakby tańczyło na niej stado rozwścieczonych żyletek. Zaś lewe przedramię... - jak, gdybym się nieumiejętnie pociął. Lewa dłoń drży, gdy nie znajduje sie w niej młotek. (Marzy mi sie taki krem w granatowym pojemniczku z białymi napisami.) Czas wracać do pracy. (Zdecydowanie wolę tworzyć, niż niszczyć.)</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>Wyciągnąłem zeszyt - to uspokaja. Chociaż pokusa sprawdzenia jak składa się szyby po rzuceniu w nie młotkiem... kusi, cholernie kurwa kusi. Wczoraj napisałem Livce, że nic nie jest takie jak powinno, Wojciechowi, iż straciłem grunt pod nogami. Siedzę w rozpierdolonym domu bez elektryczności. Zaraz zajedzie słońce - prawie godzinę temu mieli mnie odebrać, następnie wysadzić na stacji metra w Kenton. Jazda do Paddington, dalej Ealing Broadway. E2 i po 2h jestem w domu. Po głowie latają wczorajsze słowa Orła </em><em>"Tutaj często robią ludzi w ch### - pilnuj się. Czasem cały miesiąc za free tyrają." Noc na zerwanych dywanach... będzie zimno. ... W tym momencie (podczas pisania) rozlega się dzwonek do drzwi. Schodzę, otwieram. "Sory kurwa, mieliśmy tyle roboty..." Ciesz się, że macie jeszcze szyby...</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Dostałem kase. Za wczoraj, za dziś. "Nie mam wydać, 10 będę Ci leciał." Jadę metrem. Przypominają mi się sceny z filmów. Obraz zmęczonych ludzi wracających z pracy. Siedzę w roboczych ciuchach - brudnych i zakrwawionych. Kto by pomyślał, że tak się kiedyś "na mieście" pokażę. ... Aczkolwiek - jak to Oreł mawia "Mam wy####e." Zdaniem Jugglera to najlepsza metoda na wywalenie programu społecznego. Czy sposób jest najlepszy? Nie wiem, natomiast jestem pewien - działa. Konam z głodu. Może bracik przytaszczy mi fokacie. Byle bez ziół - ich nie znoszę. Szczególnie bazylii(?) Pociąg wjeżdża pod ziemie, migają neonówki - to, to dopiero filmowa scena. Koniec pisania na dziś. Jeszcze siedem stacji i przesiadka.</p>
<p>ps. Nieźle trafiłem - pociąg już czekał. Na autobus... może z cztery minuty?</p>
<p>W domku... czekała na mnie olbrzymi buła i... wieść, że Livka wyjechała. Mówiłem, że nie będę tęsknić - i nie zamierzam... ale będzie mi jej brakować.<span style="color:#ffffff;"> Wysoko ustawiła poprzeczkę.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wypizdówek za Londynem]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=44</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 17:44:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=44</guid>
<description><![CDATA[Wtorek 17.06.08r.
I stało się&#8230; Wcięło mi skończony opis jednego dnia. Czas napisać go od]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Wtorek</em></strong> 17.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#ff0000;">I stało się... Wcięło mi skończony opis jednego dnia. Czas napisać go od podstaw - zaczynając od grzebania w pamięci, która nie bardzo chce odkryć wydarzenia, które miały miejsce tego dnia.</span></p>
<p style="text-align:justify;">Pierwszy dzień... miejmy nadzieję płatnej pracy. Paweł ma wolne - podejmuje się zastępstwa za Ucho. Po dziewiątej wsiadamy do bolidu i ruszamy. Ruszyli - dobre żarty... korek. Z Greenford jest tylko jeden wyjazd na świat. W spokojnej atmosferze kierujemy się w stronę Kenton Station. Gdzieś przed oczyma przelatuje mi taki niewielki człowiek - rodem... gangsta z Grand Thieft Auto... krasnalo- szmugler. W czapeczce, szerokich spodnaich i kietą... i takim wąsikiem. Dotarli - na czas! Za to kobieta, która się z nami ustawiła - nie. Zaparkowane auto na prywatnym parkingu, brat skoczył po Renatke a ja przesiadłem się na miejsce kierowcy... w wypadku, gdyby pojawili się snajperzy od mandatów - mógłbym wyjechać... mógłbym! - było prawie pusto na parkingu. Doszła spóźnialska - właściwie dojechała... Seatem Leon'em. <em>"Jedzcie za mną."</em> Trzydzieści parę po dziewiątej byliśmy na miejscu, a tak nam się przynajmniej wydawało. <em>"Musimy poczekać na mojego męża. Nie ma sensu, żebyście czekali i nic nie robli... więc przywiozłam Was tutaj - ogród jest do zrobienia." </em>(Za ogarnięcie takiego ogrodu - Damian kasuje conajmniej 100F.) Dom w trakcie renowacji. P. Bogdan, którego Renia nazywała Smoleń... oraz jakiś młody człek od czarnej roboty - nie pamiętam imienia. Zajmowali się tym dom... a raczej tą konstrukcją. Dostaliśmy narzędzia: sekator, oraz spalinówkę do krzewów - całkiem nieźle radziła sobie z gałęziami... dobrze,że działa - mamy taką nadzieję. Tego dnia umiejętność "ogrodnictwo" wzrosła o conajmniej 10%. Używanie sekatora, którego na wsi dotykała tylko babcia - nie okazało się takie trudne. Gorzej było z wyciąganiem kolczastych gałęzi z krzewów liściastych. Pod koniec wziąłem do ręki spalinówkę... okazała się być lżejsza od sekatora. - czułem się jak "jeleń." Minęły dwie godzinki... podczas, których w ogrodzie znalazła się ławka - w sumie, to została odkryta przezemnie w gąszczu. Przyszedł Mario, razem z nim - czas na zmianę placu zabaw. Bolid i wio... ale zadupie - gdzie są czerwone autobusy? <em>"Ku### gdzie my jesteśmy?! ... jakiś wypizdówek za Londynem." </em>Leon... zatrzymał się. Drzwi do domu stanęły otworem. Niezła chata... lepsza niż ta w której mieszkamy - co jest naszym zadaniem? ... Rozpierdolić - Jeśli są jeszcze jakieś meble... powynosić ile się da przed dom, resztę do dużego pokoju. Wszystko i tak jest do wyrzucenia. Kafelki do pozbijania, dywany do oderwania... Dostaliśmy "narzędzia." (Dwa młotki, dwa przecinaki, oraz dwa śrubokręty - co to k###a jest?! Ej ziom! Wkrętarka plz, szlifierka kątowa...) Do roboty! Zaczynamy od kuchni... pewnie Polacy montowali... - gdyby te meble miały zostac ściągnięte nienaruszone... przy użyciu tego, czym dysponowaliśmy - byłoby to niemożliwe. Młotki szybko poszły w ruch - szczątki jeszcze szybciej znalazły się przed domem. Było trochę komplikacji z blatami, ale dało się je wyłamać, zresztą... - tak jak całą resztę. "Pościągać" kafelki i skończone. Teraz czas na łazienke - Paweł męczy się z zaworami, ja zbijam kafelki - jakiś idiota kładąc "drugie" nie sprzątnął poprzednich - szło jak krew z d###. Czas na wannę, taką zajebiastą - trójkątną.</p>
<blockquote><p>- Tego się po prostu nie da zakręcić... za mało miejsca... *jeb* *dup* *bum* Zawsze chciałem to zrobić - widziałeś kiedyś dziurę w wannie? ... Ona jest do wyrzucenia, nie?<br />
- Nie mam zielonego pojęcia... mówili, że wszystko... - to wszystko. *dup* *jeb* *bum* - ale bajer! Ty! Brat! Chodź ją rozpieprzymy na pół! No chodź!<br />
- Już to "zakręciłem... możemy ją wynieść.<br />
- ... - ułamałeś te rurki. One - chyba też miały zostać...</p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Taszczymy wannę do stołowego, mijamy właścicieli... rozmawiają do siebie. Wspominali coś o tym, że naprawdę lubią tą wannę, i może jednak byłoby lepiej jej nie wyrzucać. Odwracamy, kładziemy... dziurami w ich stronę... widok ich twarzy - bezcenne. Wracamy do pracy! Kafelki zbi... ściągnięte. W podobny sposób, jak ściągnięta została umywalka - przy uzyciu dwóch młotków... w moim wykonaniu. Oraz... sedes - tutaj wystąpił tylko jeden młotek... Łazienka skończona - "wszystko" na podłodze - brak pojemników do których można wpakować odłamki. Dla ambitnych układanka - można sobie skleić sedes... albo umywalkę! A ile radości z szukania części... Paweł zniknął bawić się z kaloryferami... a ja chwyciłem się za najgorszą robotę, jaką w życiu miałem okazję wykonywać... - odklejanie dwudziestoletniego gumolitu. Nevermore... I tak czas leciał. Zniknęły dywany z podłóg, zrobiliśmy sobie konkurs na niszczenie desek w stylu karate... - te same deski, półki i bóg wie co jeszcze - potem turalły się ze schodów. Ustanowiłem rekord! - podleciały prawie pod same drzwi wejściowe... zostawiłem tylko dwie półki, które wydały mi się nieco... nieco zbyt ryzykowane do zrzucenia - głupio, żeby coś się porysowało. Poszedłem się zebrać, gdzieś na dole leży mój plecak z Guardianem. ... <em>"Ej Łukasz ale akcja, zrzuciłem deskę... jest dziura w drzwiach... ale zrobi się tak - i już nie widać... prawie."</em> ... chyba w myśl zasady <em>"Głupi nie zauważy, mądry pomyśli - tak ma być."</em> Co się stało, to się nie odstanie. Może faktycznie nie zauważą. Czas się zbierać. Volvo - kierunek dom. Nutka i wio. Postój na autostradzie - olej wycieka. Auto kupione od Polaka - kot w worku... najwyższy czas je sprzedać. Posesja! Nakręciłem sie na tortillę - nie mam zielonego pojęcia jak to się robi... - chcę było silniejsze. Obrałem ziemniaki, pokroiłem w kostkę i na patelnie z olejem. Przykryć czymś i niech się podsmażą. ... W lodówce jest pomidor, papryka, ogórek - kostka i na patelnie. Podsmażyło się - czas na jajka. Wbite. Kurde... nie da rady tego odwrócić... zamieszać! Dorzucić mielone od Orła... - jadalne było! Albo byliśmy tak głodni po całym dni, że cokolwiek w ustach potrafiło sprawić tyle przyjemności. Prysznic... zginę. Nalałem wody do wanny - do takiej duuużej. Cholernie piekło - całe ręce pokaleczone, chociaż... odziwo - ani razu nie uderzyłem się młotkiem. Wyjazdy na wieś w końcu pokazały swą pozytywną stronę. Pomimo, że każde zgięcie palców, nawet najdelikatniejsze poruszenie w gorącej wodzie - owocuje "drażniącym" uczuciem - jest tak... tak sennie. W pewnym momencie zdałem sobie, że jeżeli dłużej poleżę... jeszcze pare razy opadną powieki, zamkną mi się oczy... przy odrobinie szczęścia (W które i tak - nie wierzę.) - obudze się rano. Czas spać! G'night już po pierwszej.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Śpieszmy się kochać ludzi..."]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=58</link>
<pubDate>Sun, 22 Jun 2008 17:42:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=58</guid>
<description><![CDATA[Niedziela 15.06.08r.
Zief. Dziewiąta już&#8230; jedenasta - czas coś zjeść. Wielki powrót w ma]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Niedziela</em></strong> 15.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Zief. Dziewiąta już... jedenasta - czas coś zjeść. Wielki powrót w marnym stylu... - do wyrka. Pobudka... która to już godzina? Nie mam pojęcia, zegarek nie znajduje się w zasięgu rąk.. Leżę... Myślę... - zastanawiałem się nad, nad tym - jak wyglądałby mój <em>"idealny dzień."</em> Powieki ponownie przysłoniły świat - zapadły... wpółprzytomny - śnię na jawie. Pojawia się złota myśl... tak złota, że zrywam się by ją zapisać w przeciwnym wypadku pewnie zapomnę. W końcu ubrałem w słowa to co chciałem... w sumie - samo się ubrało. (W momencie pisania... nie pamiętam - nawet co to była za myśl... chyba gdzieś w zeszy...)</p>
<blockquote><p><strong><em>Jest we mnie coś takiego... że większość - z tego co jest... To tylko myśl... o tym - czego nie ma.</em></strong></p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">Dość tego gnicia - czas ruszyć tyłek. Oreł wrócił. Przytaszczył wehikuł - dziś dzień pisarza. Tomek równie szybko, co się pojawił - zniknął. Happysad i zabieram się za obiad - całkiem niezły wyszedł. (czyt. Zjadłem ze smakiem.) Czas na... - zacząłem pisać... pisać... i pisać. Rzygać się od tego chce - nawet  litery się zlewają. Potem przyszedł bracik... potem była kolacja... i wróciłem do przelewania myśli na... bajty. Teoretycznie tego dnia nie wydarzyło się nic szczególnego. - Dzień spędzony na rozmyślaniu i pisaniu...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Nieznane zmienia znanych." część IV]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=40</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 20:35:18 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=40</guid>
<description><![CDATA[Czwartek 12.06.08r.
Nie pamiętam co było rano - pewnie rutyna. Musli&#8230; prysznic&#8230; wiem! ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Czwartek</em></strong> 12.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Nie pamiętam co było rano - pewnie rutyna. Musli... prysznic... wiem! Padało... przestało dopiero koło drugiej - wtedy wyszedłem na chwile do ciotki. Nie niebie... z jednej strony, swobodnie płynęły kłębuszkowe obłoczki. Z drugiej - czarna jak heban warstwa napawała obawą przed mokrym powrotem do domu. Zaniosłem pocztę. Uzupełniłem CV - uczyniłem się absolwentem liceum... zostającym na wyspach przynajmniej rok... z myślą o kontynuowaniu dalszej nauki w tym kraju. Teraz do "drukarni." Wieczorem zaś - podrzucić ten stek bzdur Nikoli do Subway'a. Umówieni na 19. Plan był prosty - nie znamy się. Ja odwalam tylko zwykłą szopkę... Wybiła godzina wymarszu. Zawędrowałem na miejsce... tylko gdzie się ta panna podziewa? Idę na rozgrzewkę do rzeźni obok. Wspominałem już, że drażni mnie ich akcent? To jest naprawdę straszne, wręcz bolesne. Siada na głowę, psyche i bóg wie co jeszcze. Czasem zastanawiam się, czy to ja mam problem, czy oni. Ale ich jest więcej... demokracja. Nikoli jak nie było - tak nie ma. No nic - poczekam... Podjechali autem z Alim... Trochę mnie to zakręciło. Dałem Curriculum Vitae i zmyłem się do domku. Zatopiłem sie w lekturze... usnąłem. Obudził mnie brat - wrócił z piekarni, z Hendon. Dostał "społeczny"  list od Lidki. Przykre, no ale... Tam na marginesie - przytaszczył ze sobą fokacie. Byłem do tego strasznie pozytywnie nastawiony... z trudem zjadłem połowę. Druga wylądowała w koszu. Lubię roślinki, ale te... które znajdowały się w tym wypieku były nadzwyczaj dziwne. Zrobiliśmy sobie wieczór filmowy. Na pierwszy ogień poszedł horror... <em>"Załóż sobie słuchawki - nie lubię horrorów." "Motel"</em> - nie był taki straszny. Raczej żałosny, momentami tak głupi... - że aż śmieszny. "Musimy znaleźć bron!" I ziomek wyrzuca ponad jedno metrową stalową rurkę, tylko po to... - by pięć minut później podnieść o połowę krótszą - w dodatku pokrzywioną i rzeknać: Mam! O napastnikach nie wspomnę - psychole w maskach z nożami... I policjant pokroju Elmera... Nie zabrakło scen jak z telenoweli. Jadą po rozwód. Pojawia się niebezpieczeństwo. Kocham Cię! Ułożymy sobie życie od nowa... Proszę zaczekaj tu na mnie. I heros ginie na oczach kobiety, która pewnie jeszcze wczoraj...Film numer dwa - komedia... miała być. Dwóch kumpli zostaje gejami na pokaz dla jakiegoś tam szczytnego celu i próbują wykiwać państwo. Jak to leciało? - "<em>Dziś homoseksualiści... jutro pedofile."</em> - Tyle odnośnie filmu.</p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:right;"><em><strong>Piątek</strong></em> 13.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Trzyyyy nastego .... zaspali. Czuję, że jest to ten dzień! Pomijając fakt, iż obudziłem się z telef... budzikiem w ręce. Szybciutko rutyna, i... i... i spakowałem cztery pyszne babeczki do plecaka! Wio! Dzień szukania pracy... jeszcze przyszło mi minać się z Mariolka czekającą na przystanku... a miałem nadzieje jej już nigdy więcej nie zobaczyć. W bolidzie napierdziela nuta - "Biały miś" w wykonaniu... nie znam wykonawcy ale tekst leciał jakoś tak:</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>"Wiem, że Ci ciężko ale nie płacz, gdy odjadę - dzięki tobie poznałem jedna ważna zasadę... by nigdy nie zostawać tam, gdzie miłość węszy zdradę. Zapomnij o misiu, bo miś sam da sobie radę."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Ja wysiadam na Ealing Broadway, brat śmiga dalej do pracy w kierunku Hendon. 10, 100, 200, 300... Od stacji do końca w prawo, wyciągam zeszyt i lecimy - kolejno: <span style="color:#ffffff;">(Nazwy mogą być nieco pozmieniane... nie mogłem się rozczytać.)</span></p>
<p style="text-align:justify;">Wine &#38; Musaka Restaurant, Tesco, Fat Boys Restaurant, 2nx, Pharmacy, brak nazwy - chińska restauracja, Home and Tortoise, wok2go, Cafee Freddo, Boots - Wpadłem na kobietę, która prawie dostała zawalu. La Bogguette, Coesa World, Haven News, Polskie Centrum - ... omg! Jaka śliczna... Laroash Doner Kebab, Therapy (Salon pieknosci - Wkroczyłem jedną nogą i stwierdziłem - ... pomyliłem drzwi. Holland Barret,  Ła! Właśnie zadzwonił szef kuchni z La Tasca. Nie pamiętam imienia: "See you tomorrow at five." Ciesze się jak dziecko... jak malutki człowieczek, któremu mama kopiła batonik. Zmartwienia wyparowały... Fundamenty hierarchii wartości Maslowa - odbudowane. Budgens, Clarks, Starbucks Caffe, Cards Haloris, Crepes, The Ewrd Cafe, KFC, Layland, Dooość! Chwila spokoju... urocza blondynka... - Była wystarczająco wysoka, bym mógł położyć głowę na jej na ramieniu... Już druga! Jac Strations, White-hall Dry Cleaners, The Cly Oven, Royal Food and Wine, The Priory, La Tasca, Bella Italia - Zostawiam CV... panna czyta, czyta... i nagle zaczyna: "Moja szefowa... odezwie sie w razie czegoś." The Lodge Tavern, Sailom Village - Zapchane ludźmi. Sultani Flavours, Burger King - No CV, no job. Czas dodrukować karteczki. Przechodzi człowiek w koszulce Polski... pytam o drogę. Wskazuje na jakieś zadupie... Idę. Gartoryis, Kamtsin Village - Wieś nie tylko z nazwy... pytam panny za lada o robotę a ta mi z pyskiem "łot ar ju seiyn?!" Rabia Caffe, The Green - Bardzo miły właściciel, polecił mi jakieś miejsca, w których mógłbym zapytać. The Clock Gallery - Przemiły starzec... nawet ze mną porozmawiał!. Mówił, że mają polskich sprzątaczy, polskiego zegarmistrza, i polaka na kasie... - tak trochę no "lol." Grosvenor - Tutaj również miły właściciel wygania mnie proponując miejsca, w których powinienem poszukać. Raj Newsagents - Wiecie... w filmach często pojawia się taka postać... stary księgarz o spokojnym usposobieniu, trzęsących się rękach i okularach... - właśnie miałem okazję poznać kogoś takiego. La Creperie, The Castle Inn, Oscar's, Oporto, Budgens, Caffe Bellini, Baby - Tutaj to dopiero była akcja. Wszedłem dla reguły. Przemiła, naprawdę przezajebiście miła kobieta - nie dość, że podziękowała mi za zainteresowanie... zaczęła tłumaczyć, że w tym sklepie sprzedawanych jest dużo przedmiotów mających związek z piersiami... ciążą i takie tam. Odprowadziła mnie magicznym uśmiechem... - ta kobieta jest charyzmatyczna. FAFM W5, Cafe Rouge, Chinese Chef - W Chinskiej restauracji... biały... no, ale - dla reguły. Erispins, The Green Ealing, Osteria del Portico, Parkview, Monty's, Sofa Workshop, Next - Na wejściu przechodzi przede mną jakaś kobieta... włosy się myje - aż zakręciło w nozdrzach. A sklep... - nic specjalnego. The Body Shop, Agora, The North Star, Caffe Republic, Chandlers the Shlonglety. Koniec na dziś. Karteczki i tak mi się już dawno skończyły. Tam, gdzie poszukują pracowników - chcą by zostawić na siebie jakiś namiar. Wniosek... - wrócę innym razem. Czas na amu!. Zawędrowałem do parku.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:left;"><em>"Znam ludzi z kamienia, co będą wiecznie trwać... znam ludzi z papieru - co rzucają się na wiatr..."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Klapnąłem centralnie na środku i począłem wcinać przepyszne babeczki. Otoczony przez ... kwiatki. Od białych przez róż, po fiolet, po czerwień, w sumie... takie - nijakie. Ich prezencja również nie była najlepsza... ale liczy się fakt, że były. Zrobiło się cieplutko, zaczął wiać wiaterek. Zamknąłem oczy i odpocząłem chwilę... chwileczkę... - w porę się zorientowałem i zabrałem swoje cztery litery z tego miejsca... Nie chciałbym usnąć w takim miejscu. Szczególnie o tej porze. Jakim autobusem to ja miałem wracać? ... E... E... E2. Idę szukać przystanku... Mam! akurat odjeżdża - poczekam na następny. Wsiadł, zasiadł i próbując nie zasnąć patrzę co... przemija, na budowle, które zostają za plecami. Kilka minut przed wyjściem wtoczyły się jakieś dzieci... Tak się panna wydzierała... tak mnie głowa rozbolała... Ostatni przystanek. Kierunek - ciociunia... wczoraj wspominała coś o remoncie. Mam trochę czasu - mógłbym trochę pomóc. Niestety nikogo nie zastałem. Wróciłem do domu, zasiadłem i zacząłem pisać. Głowa spadła na oparcie... wiem, że Arni wkroczył do domu w pewnym momencie... co było dalej? - Nie pamiętam...</p>
<p style="text-align:justify;">Mam go! Mam mój własny bąbelek bezpieczeństwa. - Taki niewidoczny, ale jakże radosny. - Bracik łatwi robotę w piekarni, menedżer Nikoli zostawił moje CV u siebie na biurku, jutro do La Tasca. - Żyć, nie umierać.</p>
<p style="text-align:right;"><strong><em>Sobota</em></strong> 14.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Słonko wpadające przez kawałek odsłoniętego okna razi po oczach, jak nigdy... - Orełek nie obudził nas rano - dziwne. Dziesiąta, a jeszcze nie wrócił z roboty... A, no tak! Pojechał nad morze. Jeszcze chwila snu... Kolejna godzina minęła. Brat zbiera się do pracy, zabiera ze sobą Tomkowy notebook... Mariolce. Dwunasta. Fajnie tak - to uczucie, strachu spowijanego niepewnością zniknęło. Mam swoją otoczkę podstawowego bezpieczeństwa - taki radosny niewidoczny bąbelek, o którym wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Trzynasta. Nic mi się nie chce. Człowiek nic nie robi i czuje się dosłownie wyssany. Dziś impreza urodzinowa Elizy... pod gołym niebem - na obrzeżach Londynu. Kwadrans zajęło mi dokonanie wyboru kartki urodzinowej. Drugie tyle - symbolicznego prezentu. Ale... "Wszystko ma swoje priorytety." Na siedemnastą mam zawitać do "La Tasca" - hiszpańskiej restauracji. Czternasta. Najwyższy czas się ogarnąć. Jak pomyślał - tak zrobił. "Po" zdążył jeszcze poleżeć na wyrku - do momentu, gdy odezwał się budzik. (15:15) Wpadnę na chwilę do Nikoli. Dowiem się, co z pracą w Subway'u... tyle się dowiedziałem, co... Pobawiłem się chwile z Georgem w ogródku. Przeszedł przelotny deszczyk - mam nadzieję, że się nie rozpada. Nie kupiłem jeszcze kurtki... Wpadł ktoś w odwiedziny, wypikała 16 - czas na mnie. Ciao - teraz na "Greenford Red Lion." E2 - kierunek Ealing Broadway. Niecałe 15 minut jazdy. Pozostało sporo czasu - Idę na spacer do centrum handlowego. Wczoraj znalazłem fajną bluzę... (64.99F), ciekawe co dziś mnie zaintryguje. Koszule - I'm lovin it. (50F)... spodnie! Takich szukam! ... tylko bardziej niebieskich... (66.59F). ... - powiedzmy, że cena mnie nie odstraszyła. Kolor mi się nie podobał... tak - kolor! ... kolor... Za kwadrans rozpocznie się "moja chwila prawdy." W drogę! 10 minut left... k#### pomyliłem kierunki - to nie tutaj... to całkiem z drugiej strony. Szybki marsz pozwolił osiągnąć "cel" cztery minuty przed czasem - perfect timing. Wszedł... ignorując jak się potem okazało - menedżera siedzącego przed budynkiem. Oddychaj ziom... oddychaj. Cztery sekundy na wdech, o dwie więcej na wydech. Pewny krok, patrz przed siebie. ... Jakaś panna kima na krzesełku, podnosi głowę, gdy przechodzę - masakryczne zaspana. <em>"Hi, hi"</em> - i więcej jej nie spotkałem. Drzwi prowadzące do kuchni... otwarte. Wchodzę, stuk puk. <em>"Hi,</em> (Imię nie pojawiło się z wiadomych powodów.) <em>Nice to see you..."</em> i cała reszta zbędnego pie#####nia - nie lubię tego. Dowiedziałem się, że ten dzień - to dzień "testowy." W dodatku za free. Są dwie osoby chętne na te stanowisko.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>"Jak zatrzymany w biegu wiatr..."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Mój bąbelek, moja otoczka ochronna została  dosłownie... doszczętnie rozpierdolona na kawałeczki. Dostałem firmowe szmatki, Zaprowadzono mnie do szatni. Po drodze poznałem jednego z kelnerów: "Johnny" - Hiszpan... nie potrafił poprawnie wymówić swojego imienia po angielsku, zrozumiałem dopiero... jak mi je napisał. Naprawdę miły i serdeczny ludź. Przebrany. Firmowa koszula z La Tasca i fartuszek - pierwszy raz założyłem tą część odzieży... i tak, gdy okazał się potrzebny - nagle zniknął.  Woda z krewetek kapnęła mi na spodnie. Na taka minimalną szparkę, która robiła się w momencie, gdy musiałem przykucnąć. Sergio (bo chyba tak nazywa się młody szef kuchni - również Hiszpan) podał mi wpierw papierową czapeczkę, która nie zdała egzaminu... i dostałem taką magiczną niebieską siateczkę na włosy - olaboga! Ale jak mus, to mus... pierwsza rzeczą, którą miałem zrobić było: Paella (ryż) de chorizo (hiszpańska kiełbasa). Gotowe. Krótkie omówienie tego co się dzieje na kuchni, tego jak wygląda praca: między innymi - żale o to, że ludzi przychodzą i odchodzą <em>"That's how the world works."</em> - <em>"Pamiętaj, aby być szczerym i w porządku do innych..."</em> Nie będę miał wyrzutów sumienia, gdy będę chciał zmienić pracę. Pokazanie stanowisk i czas na pierwszą sałatkę: Ensalada de Tomate y Queso de Cabra. Znowu pieprzenie, wypytywanie... Albóndigas a la Jardinera, pokazanie i omówienie sosów. Następnie przyszedł czas na składniki do sałatek, potem wpadł Paweł - kelner, Polak. A teraz... teraz przyszła kolej na... Na pracę ślicznej Hiszpanki. Rany, jakie ona miała piękne brązowe oczka. Szatkowała jakieś ziele. Zawsze byłem pod wrażeniem widząc to w wykonaniu Pascala. Wielki nóż, i "rach ciach ciach." Też chcę spróbować! Oj, w ten o to sposób dowiedziałem się, że jej znajomość angielskiego jest odwrotnie proporcjonalną do zajebistości oczek. Sergio pokazuje jego sposób na "zabawę" z czymś co w moim słowniku nazywa się tasak - no to jedziem! "Ciach, ciach, ciach..." - łatwe, nawet bardzo. Mała rzecz, a cie... a cięty paluch nie pozwalał na przyklejenie plastra. Za szybko nasiąkał krwią. - Będzie blizna... pamiątka z pierwszego dnia pracy. (W tym momencie przypomniała mi się Livka...) Plaster, rękawiczka i wracamy do "zabawy" - na szczęście nie splamiłem ziela czerwienią. Gdy skończyłem... Julia (chyba tak zwie się ta dziewczyna) pokazała jak trzymać nóż, by mieć pewność, że palce nie znajdą się pod ostrzem - w czas. Dotarł kolejny kucharz, niestety nie pamiętam imienia. 28 letni Ekwadorczyk (Nadawałby się do kolejnej części Piratów z Karaibów.), Jego zegar nabija 7 wiosnę przebywania na wyspach. Powrót planuje za rok. Następnie przybyła Ewa - sprzątaczka. Starsza kobieta hasała z diablimi rogami na głowie i jedynym co powiedziała, było: <em>"Jaki Ty duży! Mógłbyś pożyczyć mi trochę wzrostu."</em> - po hiszpańsku. W skrócie wszyscy na kuchni mówili w tym języku... z drobnym prawie dwu metrowym wyjątkiem. Co jakiś czas szef kuchni uczył mnie nowego "Tapas". Czas mijał, gdy pierwszy raz spojrzałem na zegarek była 21. Trzydzieści minut później byłem wolny. Tego dnia pracy nie było prawie wogóle. Wszystko było już przygotowane. E2 z Ealing Broadway do domku. Zawitałem dość zmarnowany. Rano myślałem, że mam spokój z szukaniem pracy. Teraz... teraz mija dokładnie pierwszy dzień nowego tygodnia, od czasu gdy pojawiłem się na lotnisku. Nie podoba mi się podejście mojego brata - "Jakoś to będzie." Nie w tej sprawie. Siadam na kanapie. Rozkręca się rozmowa, podczas której dodaję swoją uogólnioną opinię na temat pewnej kobiety. Zachowania i słyszę jakże szczery i życiowy tekst: <em>"Przyjechał, auto, komputer, internet - gdy ja tu przyjechałem...</em>" Gdy Ty tu przyjechałeś - miałeś pewną robotę, nawet nie wiesz co to znaczy jej k#### szukać.<em> </em>Faktycznie, to, że wiem - że nie kipnę z głodu, świadomość: <em>"tym się nie przejmuj - zapłacisz, gdy już będziesz miał pracę."</em> Demotywuje. Ciekawe jak to jest znaleźć się pośrodku niczego... z niczym. Kolacja. I po raz pierwszy wziąłem pada do ręki. Obudziłem się po drugiej. Wziąłem koc i zniknąłem kimać na górę - do pustej dwójki.</p>
<p style="text-align:justify;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[La Tasca]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=56</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 17:36:01 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=56</guid>
<description><![CDATA[Sobota 14.06.08r.
Słonko wpadające przez kawałek odsłoniętego okna razi po oczach, jak nigdy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Sobota</em></strong> 14.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Słonko wpadające przez kawałek odsłoniętego okna razi po oczach, jak nigdy... - Orełek nie obudził nas rano - dziwne. Dziesiąta, a jeszcze nie wrócił z roboty... A, no tak! Pojechał nad morze. Jeszcze chwila snu... Kolejna godzina minęła. Brat zbiera się do pracy, zabiera ze sobą Tomkowy notebook... Mariolce. Dwunasta. Fajnie tak - to uczucie, strachu spowijanego niepewnością zniknęło. Mam swoją otoczkę podstawowego bezpieczeństwa - taki radosny niewidoczny bąbelek, o którym wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Trzynasta. Nic mi się nie chce. Człowiek nic nie robi i czuje się dosłownie wyssany. Dziś impreza urodzinowa Elizy... pod gołym niebem - na obrzeżach Londynu. Kwadrans zajęło mi dokonanie wyboru kartki urodzinowej. Drugie tyle - symbolicznego prezentu. Ale... "Wszystko ma swoje priorytety." Na siedemnastą mam zawitać do "La Tasca" - hiszpańskiej restauracji. Czternasta. Najwyższy czas się ogarnąć. Jak pomyślał - tak zrobił. "Po" zdążył jeszcze poleżeć na wyrku - do momentu, gdy odezwał się budzik. (15:15) Wpadnę na chwilę do Nikoli. Dowiem się, co z pracą w Subway'u... tyle się dowiedziałem, co... Pobawiłem się chwile z Georgem w ogródku. Przeszedł przelotny deszczyk - mam nadzieję, że się nie rozpada. Nie kupiłem jeszcze kurtki... Wpadł ktoś w odwiedziny, wypikała 16 - czas na mnie. Ciao - teraz na "Greenford Red Lion." E2 - kierunek Ealing Broadway. Niecałe 15 minut jazdy. Pozostało sporo czasu - Idę na spacer do centrum handlowego. Wczoraj znalazłem fajną bluzę... (64.99F), ciekawe co dziś mnie zaintryguje. Koszule - I'm lovin it. (50F)... spodnie! Takich szukam! ... tylko bardziej niebieskich... (66.59F). ... - powiedzmy, że cena mnie nie odstraszyła. Kolor mi się nie podobał... tak - kolor! ... kolor... Za kwadrans rozpocznie się "moja chwila prawdy." W drogę! 10 minut left... k#### pomyliłem kierunki - to nie tutaj... to całkiem z drugiej strony. Szybki marsz pozwolił osiągnąć "cel" cztery minuty przed czasem - perfect timing. Wszedł... ignorując jak się potem okazało - menedżera siedzącego przed budynkiem. Oddychaj ziom... oddychaj. Cztery sekundy na wdech, o dwie więcej na wydech. Pewny krok, patrz przed siebie. ... Jakaś panna kima na krzesełku, podnosi głowę, gdy przechodzę - masakryczne zaspana. <em>"Hi, hi"</em> - i więcej jej nie spotkałem. Drzwi prowadzące do kuchni... otwarte. Wchodzę, stuk puk. <em>"Hi,</em> (Imię nie pojawiło się z wiadomych powodów.) <em>Nice to see you..."</em> i cała reszta zbędnego pie#####nia - nie lubię tego. Dowiedziałem się, że ten dzień - to dzień "testowy." W dodatku za free. Są dwie osoby chętne na te stanowisko.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>"Jak zatrzymany w biegu wiatr..."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Mój bąbelek, moja otoczka ochronna została  dosłownie... doszczętnie rozpierdolona na kawałeczki. Dostałem firmowe szmatki, Zaprowadzono mnie do szatni. Po drodze poznałem jednego z kelnerów: "Johnny" - Hiszpan... nie potrafił poprawnie wymówić swojego imienia po angielsku, zrozumiałem dopiero... jak mi je napisał. Naprawdę miły i serdeczny ludź. Przebrany. Firmowa koszula z La Tasca i fartuszek - pierwszy raz założyłem tą część odzieży... i tak, gdy okazał się potrzebny - nagle zniknął.  Woda z krewetek kapnęła mi na spodnie. Na taka minimalną szparkę, która robiła się w momencie, gdy musiałem przykucnąć. Sergio (bo chyba tak nazywa się młody szef kuchni - również Hiszpan) podał mi wpierw papierową czapeczkę, która nie zdała egzaminu... i dostałem taką magiczną niebieską siateczkę na włosy - olaboga! Ale jak mus, to mus... pierwsza rzeczą, którą miałem zrobić było: Paella (ryż) de chorizo (hiszpańska kiełbasa). Gotowe. Krótkie omówienie tego co się dzieje na kuchni, tego jak wygląda praca: między innymi - żale o to, że ludzi przychodzą i odchodzą <em>"That's how the world works."</em> - <em>"Pamiętaj, aby być szczerym i w porządku do innych..."</em> Nie będę miał wyrzutów sumienia, gdy będę chciał zmienić pracę. Pokazanie stanowisk i czas na pierwszą sałatkę: Ensalada de Tomate y Queso de Cabra. Znowu pieprzenie, wypytywanie... Albóndigas a la Jardinera, pokazanie i omówienie sosów. Następnie przyszedł czas na składniki do sałatek, potem wpadł Paweł - kelner, Polak. A teraz... teraz przyszła kolej na... Na pracę ślicznej Hiszpanki. Rany, jakie ona miała piękne brązowe oczka. Szatkowała jakieś ziele. Zawsze byłem pod wrażeniem widząc to w wykonaniu Pascala. Wielki nóż, i "rach ciach ciach." Też chcę spróbować! Oj, w ten o to sposób dowiedziałem się, że jej znajomość angielskiego jest odwrotnie proporcjonalną do zajebistości oczek. Sergio pokazuje jego sposób na "zabawę" z czymś co w moim słowniku nazywa się tasak - no to jedziem! "Ciach, ciach, ciach..." - łatwe, nawet bardzo. Mała rzecz, a cie... a cięty paluch nie pozwalał na przyklejenie plastra. Za szybko nasiąkał krwią. - Będzie blizna... pamiątka z pierwszego dnia pracy. (W tym momencie przypomniała mi się Livka...) Plaster, rękawiczka i wracamy do "zabawy" - na szczęście nie splamiłem ziela czerwienią. Gdy skończyłem... Julia (chyba tak zwie się ta dziewczyna) pokazała jak trzymać nóż, by mieć pewność, że palce nie znajdą się pod ostrzem - w czas. Dotarł kolejny kucharz, niestety nie pamiętam imienia. 28 letni Ekwadorczyk (Nadawałby się do kolejnej części Piratów z Karaibów.), Jego zegar nabija 7 wiosnę przebywania na wyspach. Powrót planuje za rok. Następnie przybyła Ewa - sprzątaczka. Starsza kobieta hasała z diablimi rogami na głowie i jedynym co powiedziała, było: <em>"Jaki Ty duży! Mógłbyś pożyczyć mi trochę wzrostu."</em> - po hiszpańsku. W skrócie wszyscy na kuchni mówili w tym języku... z drobnym prawie dwu metrowym wyjątkiem. Co jakiś czas szef kuchni uczył mnie nowego "Tapas". Czas mijał, gdy pierwszy raz spojrzałem na zegarek była 21. Trzydzieści minut później byłem wolny. Tego dnia pracy nie było prawie wogóle. Wszystko było już przygotowane. E2 z Ealing Broadway do domku. Zawitałem dość zmarnowany. Rano myślałem, że mam spokój z szukaniem pracy. Teraz... teraz mija dokładnie pierwszy dzień nowego tygodnia, od czasu gdy pojawiłem się na lotnisku. Nie podoba mi się podejście mojego brata - "Jakoś to będzie." Nie w tej sprawie. Siadam na kanapie. Rozkręca się rozmowa, podczas której dodaję swoją uogólnioną opinię na temat pewnej kobiety. Zachowania i słyszę jakże szczery i życiowy tekst: <em>"Przyjechał, auto, komputer, internet - gdy ja tu przyjechałem...</em>" Gdy Ty tu przyjechałeś - miałeś pewną robotę, nawet nie wiesz co to znaczy jej k#### szukać.<em> </em>Faktycznie, to, że wiem - że nie kipnę z głodu, świadomość: <em>"tym się nie przejmuj - zapłacisz, gdy już będziesz miał pracę."</em> Demotywuje. Ciekawe jak to jest znaleźć się pośrodku niczego... z niczym. Kolacja. I po raz pierwszy wziąłem pada do ręki. Obudziłem się po drugiej. Wziąłem koc i zniknąłem kimać na górę - do pustej dwójki.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[10... 100... 200... 300... 1000]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=54</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 17:32:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=54</guid>
<description><![CDATA[Piątek 13.06.08r.
Trzyyyy nastego &#8230;. zaspali. Czuję, że jest to ten dzień! Pomijając fakt]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><em><strong>Piątek</strong></em> 13.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Trzyyyy nastego .... zaspali. Czuję, że jest to ten dzień! Pomijając fakt, iż obudziłem się z telef... budzikiem w ręce. Szybciutko rutyna, i... i... i spakowałem cztery pyszne babeczki do plecaka! Wio! Dzień szukania pracy... jeszcze przyszło mi minać się z Mariolka czekającą na przystanku... a miałem nadzieje jej już nigdy więcej nie zobaczyć. W bolidzie napierdziela nuta - "Biały miś" w wykonaniu... nie znam wykonawcy ale tekst leciał jakoś tak:</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>"Wiem, że Ci ciężko ale nie płacz, gdy odjadę - dzięki tobie poznałem jedna ważna zasadę... by nigdy nie zostawać tam, gdzie miłość węszy zdradę. Zapomnij o misiu, bo miś sam da sobie radę."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Ja wysiadam na Ealing Broadway, brat śmiga dalej do pracy w kierunku Hendon. 10, 100, 200, 300... Od stacji do końca w prawo, wyciągam zeszyt i lecimy - kolejno: <span style="color:#ffffff;">(Nazwy mogą być nieco pozmieniane... nie mogłem się rozczytać.)</span></p>
<p style="text-align:justify;">Wine &#38; Musaka Restaurant, Tesco, Fat Boys Restaurant, 2nx, Pharmacy, brak nazwy - chińska restauracja, Home and Tortoise, wok2go, Cafee Freddo, Boots - Wpadłem na kobietę, która prawie dostała zawalu. La Bogguette, Coesa World, Haven News, Polskie Centrum - ... omg! Jaka śliczna... Laroash Doner Kebab, Therapy (Salon pieknosci - Wkroczyłem jedną nogą i stwierdziłem - ... pomyliłem drzwi. Holland Barret,  Ła! Właśnie zadzwonił szef kuchni z La Tasca. Nie pamiętam imienia: "See you tomorrow at five." Ciesze się jak dziecko... jak malutki człowieczek, któremu mama kopiła batonik. Zmartwienia wyparowały... Fundamenty hierarchii wartości Maslowa - odbudowane. Budgens, Clarks, Starbucks Caffe, Cards Haloris, Crepes, The Ewrd Cafe, KFC, Layland, Dooość! Chwila spokoju... urocza blondynka... - Była wystarczająco wysoka, bym mógł położyć głowę na jej na ramieniu... Już druga! Jac Strations, White-hall Dry Cleaners, The Cly Oven, Royal Food and Wine, The Priory, La Tasca, Bella Italia - Zostawiam CV... panna czyta, czyta... i nagle zaczyna: "Moja szefowa... odezwie sie w razie czegoś." The Lodge Tavern, Sailom Village - Zapchane ludźmi. Sultani Flavours, Burger King - No CV, no job. Czas dodrukować karteczki. Przechodzi człowiek w koszulce Polski... pytam o drogę. Wskazuje na jakieś zadupie... Idę. Gartoryis, Kamtsin Village - Wieś nie tylko z nazwy... pytam panny za lada o robotę a ta mi z pyskiem "łot ar ju seiyn?!" Rabia Caffe, The Green - Bardzo miły właściciel, polecił mi jakieś miejsca, w których mógłbym zapytać. The Clock Gallery - Przemiły starzec... nawet ze mną porozmawiał!. Mówił, że mają polskich sprzątaczy, polskiego zegarmistrza, i polaka na kasie... - tak trochę no "lol." Grosvenor - Tutaj również miły właściciel wygania mnie proponując miejsca, w których powinienem poszukać. Raj Newsagents - Wiecie... w filmach często pojawia się taka postać... stary księgarz o spokojnym usposobieniu, trzęsących się rękach i okularach... - właśnie miałem okazję poznać kogoś takiego. La Creperie, The Castle Inn, Oscar's, Oporto, Budgens, Caffe Bellini, Baby - Tutaj to dopiero była akcja. Wszedłem dla reguły. Przemiła, naprawdę przezajebiście miła kobieta - nie dość, że podziękowała mi za zainteresowanie... zaczęła tłumaczyć, że w tym sklepie sprzedawanych jest dużo przedmiotów mających związek z piersiami... ciążą i takie tam. Odprowadziła mnie magicznym uśmiechem... - ta kobieta jest charyzmatyczna. FAFM W5, Cafe Rouge, Chinese Chef - W Chinskiej restauracji... biały... no, ale - dla reguły. Erispins, The Green Ealing, Osteria del Portico, Parkview, Monty's, Sofa Workshop, Next - Na wejściu przechodzi przede mną jakaś kobieta... włosy się myje - aż zakręciło w nozdrzach. A sklep... - nic specjalnego. The Body Shop, Agora, The North Star, Caffe Republic, Chandlers the Shlonglety. Koniec na dziś. Karteczki i tak mi się już dawno skończyły. Tam, gdzie poszukują pracowników - chcą by zostawić na siebie jakiś namiar. Wniosek... - wrócę innym razem. Czas na amu!. Zawędrowałem do parku.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:left;"><em>"Znam ludzi z kamienia, co będą wiecznie trwać... znam ludzi z papieru - co rzucają się na wiatr..."</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Klapnąłem centralnie na środku i począłem wcinać przepyszne babeczki. Otoczony przez ... kwiatki. Od białych przez róż, po fiolet, po czerwień, w sumie... takie - nijakie. Ich prezencja również nie była najlepsza... ale liczy się fakt, że były. Zrobiło się cieplutko, zaczął wiać wiaterek. Zamknąłem oczy i odpocząłem chwilę... chwileczkę... - w porę się zorientowałem i zabrałem swoje cztery litery z tego miejsca... Nie chciałbym usnąć w takim miejscu. Szczególnie o tej porze. Jakim autobusem to ja miałem wracać? ... E... E... E2. Idę szukać przystanku... Mam! akurat odjeżdża - poczekam na następny. Wsiadł, zasiadł i próbując nie zasnąć patrzę co... przemija, na budowle, które zostają za plecami. Kilka minut przed wyjściem wtoczyły się jakieś dzieci... Tak się panna wydzierała... tak mnie głowa rozbolała... Ostatni przystanek. Kierunek - ciociunia... wczoraj wspominała coś o remoncie. Mam trochę czasu - mógłbym trochę pomóc. Niestety nikogo nie zastałem. Wróciłem do domu, zasiadłem i zacząłem pisać. Głowa spadła na oparcie... wiem, że Arni wkroczył do domu w pewnym momencie... co było dalej? - Nie pamiętam...</p>
<p style="text-align:justify;">Mam go! Mam mój własny bąbelek bezpieczeństwa. - Taki niewidoczny, ale jakże radosny. - Bracik łatwi robotę w piekarni, menedżer Nikoli zostawił moje CV u siebie na biurku, jutro do La Tasca. - Żyć, nie umierać.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kłam proszę... - kłam!]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=52</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 17:29:13 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=52</guid>
<description><![CDATA[Czwartek 12.06.08r.
Nie pamiętam co było rano - pewnie rutyna. Musli&#8230; prysznic&#8230; wiem! ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Czwartek</em></strong> 12.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Nie pamiętam co było rano - pewnie rutyna. Musli... prysznic... wiem! Padało... przestało dopiero koło drugiej - wtedy wyszedłem na chwile do ciotki. Nie niebie... z jednej strony, swobodnie płynęły kłębuszkowe obłoczki. Z drugiej - czarna jak heban warstwa napawała obawą przed mokrym powrotem do domu. Zaniosłem pocztę. Uzupełniłem CV - uczyniłem się absolwentem liceum... zostającym na wyspach przynajmniej rok... z myślą o kontynuowaniu dalszej nauki w tym kraju. Teraz do "drukarni." Wieczorem zaś - podrzucić ten stek bzdur Nikoli do Subway'a. Umówieni na 19. Plan był prosty - nie znamy się. Ja odwalam tylko zwykłą szopkę... Wybiła godzina wymarszu. Zawędrowałem na miejsce... tylko gdzie się ta panna podziewa? Idę na rozgrzewkę do rzeźni obok. Wspominałem już, że drażni mnie ich akcent? To jest naprawdę straszne, wręcz bolesne. Siada na głowę, psyche i bóg wie co jeszcze. Czasem zastanawiam się, czy to ja mam problem, czy oni. Ale ich jest więcej... demokracja. Nikoli jak nie było - tak nie ma. No nic - poczekam... Podjechali autem z Alim... Trochę mnie to zakręciło. Dałem Curriculum Vitae i zmyłem się do domku. Zatopiłem sie w lekturze... usnąłem. Obudził mnie brat - wrócił z piekarni, z Hendon. Dostał "społeczny"  list od Lidki. Przykre, no ale... Tam na marginesie - przytaszczył ze sobą fokacie. Byłem do tego strasznie pozytywnie nastawiony... z trudem zjadłem połowę. Druga wylądowała w koszu. Lubię roślinki, ale te... które znajdowały się w tym wypieku były nadzwyczaj dziwne. Zrobiliśmy sobie wieczór filmowy. Na pierwszy ogień poszedł horror... <em>"Załóż sobie słuchawki - nie lubię horrorów." "Motel"</em> - nie był taki straszny. Raczej żałosny, momentami tak głupi... - że aż śmieszny. "Musimy znaleźć bron!" I ziomek wyrzuca ponad jedno metrową stalową rurkę, tylko po to... - by pięć minut później podnieść o połowę krótszą - w dodatku pokrzywioną i rzeknać: Mam! O napastnikach nie wspomnę - psychole w maskach z nożami... I policjant pokroju Elmera... Nie zabrakło scen jak z telenoweli. Jadą po rozwód. Pojawia się niebezpieczeństwo. Kocham Cię! Ułożymy sobie życie od nowa... Proszę zaczekaj tu na mnie. I heros ginie na oczach kobiety, która pewnie jeszcze wczoraj...Film numer dwa - komedia... miała być. Dwóch kumpli zostaje gejami na pokaz dla jakiegoś tam szczytnego celu i próbują wykiwać państwo. Jak to leciało? - "<em>Dziś homoseksualiści... jutro pedofile."</em> - Tyle odnośnie filmu.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Niebo w gębie!]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=49</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 16:51:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=49</guid>
<description><![CDATA[Któryś tam dzień tygodnia 10.06.08r.
Obudził się, zerknął na zegarek. Dziesiąta przeskoczył]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong>Któryś tam dzień tygodnia</strong> 10.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Obudził się, zerknął na zegarek. Dziesiąta przeskoczyła już jakiś czas temu. Lidka w domu? Ano wpadła. Zabieram się za pranie. Pralka - fajna rzecz. Za niedługo musi być sobota, czas się przygotować. Jakieś fajne życzenia or sth. Międzyczasie spoglądam na film. Nie pamiętam już jaki - chyba "Uliczne psy." Czas się zbierać. W drogę! Do agencji... ble. Brat z żalem, dlaczego kobiety do przodu nie puściłem... Why should I? Może jeszcze jej drzwi otworzyć? Ealing Broadway. Lidka wysiada. (19.06 - przyszedł mandat z fotkami - 50F za to wyjście.) Agencji nie znaleźliśmy, za to jedziemy na Greenford Station. Tam znajdują się fabryki. O ile mniemam jedna należy do IBM - jak znalazł. Niestety trzeba się umówić na spotkanie. Jedyne co otrzymaliśmy to nr telefonów. Dzwoniąc... obojętnie pod który - można usłyszeć prośbę z zadzwonienem w nowym tygodniu. W tej okolicy pracuje pełno Polaków. Naprawdę dużo - zwłaszcza kobiet. Chociaż kto wie, możę... - mężczyźni chowają się za krawężnikami. Wracamy. Brat z Damianem jadą do "nas," ja chcę zawitać do ciotki poprawić CV. George już się mnie nie boi... sukces. Trzy godzinki spędzone nad CV, albo z młodym... nie pamiętam - komu/czemu poświęciłem więcej czasu. Done! Do domku... jestem taki padnięty. Chłopaki oznajmiają: Jedziemy do Tesco! Ooo tak. Wtargnęliśmy jak do sejfu. Nie rzucałem się na małe nominały - szukałem czegoś o wielkiej wartości (prezentu), niestety nic co chciałbym komuś podarować. Chłopaki robią wieś... napieprzają się wielkim gumowym młotkiem po łbach.  To musiało być widowiskowe. Gdzieś tam między czasie wrzuciłem upragnione mussli do koszyka. Czas wracać. Zajadając sie lodami, z początkowym zakładaem "Kto pierwszy." Podział na dwa teamy: Daniel, Paweł. Tomek, Łukasz. Odbyło się bez zwycięzców - nie zależało mi. W domku zabieramy się za tworzenie pizzy. Piekarze podniecają się zajebistościa wyszejdszedłszego ciasta, nastepnie Orzeł się zmywa... jego strata. Moją misją było - krojenie (A kto się w paluszek ostatnio skaleczył? ...) Wpada Damian z czymś do popicia, mmm niebo w gebie!<br />
(opis)<br />
Kończymy jeść, bracik spada na lotnisko. Damian do domu... Zostałem sam, co tu robić? Załączyłem konsole... czas zobaczyć tą gre, która się tak ludzie podniecają... Assasin Creed - rzadna rewelacja, jeszcze się ścięło po pierwszej misji. Konsola off. Półlnoc i czas popisac - chociaz chwile. Usnalem nad klawiatura... przebudzilem się, wylaczylem wehikuł i nie myslac nawet o prysznicu walnalem sie do wyrka.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mój pierwszy raz... - w agencji]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=48</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 16:47:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=48</guid>
<description><![CDATA[Poniedziałek 09.06.08r.
Powoli tracę rachubę czasu. Wstałem po 9&#8230; Śniadanie, Ogarnięcie ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Poniedziałek</em></strong> 09.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Powoli tracę rachubę czasu. Wstałem po 9... Śniadanie, Ogarnięcie się... przelanie H2O do butelki. O 11 wypad do ciociuni napisać CV. - Zajęło mi to z 3h. (Wliczając zabawę z małym, gadanie o wszystkim i o niczym... obiad, i takie tam.) Teraz... po bracika i śmig na Ealing do agencji: pierwsza - spóźniłem się całe 3 minuty. Śmigamy autkiem do następnej. Nikola wspomina o urodzinach Elizy. Chce poznać tą dziewczynę - "wkręć mnie." Niszczące <em>"Pamiętasz go?"</em> (Wspomniałem już, że chce ją poznać?) Kolejna agencja. Wchodzę... kobieta idzie po schodach. A co tam - puszczam przodem. Nie spieszy mi się. Bingo. Ta sama kobieta mnie "obsługiwała" (chce przytoczyć, że to agencja... pracy.) Chwila gadki, zostawiam CV i ciao. Stoimy na przejściu. Głupio przejść na czerwonym... ale co tam - idę za policjantami. Kuzynka z Pawłem wstąpili do Lidla, ja skoczyłem do pobliskiej agencji... która otwarta jest do 16. Rzut okiem na zegarek 16:03. Wracam pod sklep. Obserwują wracające ze szkoły dziewczyny. Piją... "próbują" pić z 2.5L butelki Pepsi - nie dotykając jej ustami. Cyrk jakich mało, oblewają się, krztuszą... Wyszli. Czas do domku. Oświadczam, iż wracam z buta - chce wstąpić do każdego sklepu po drodze. Zapytam się o prace... Jeżeli się czegoś boisz, nie jesteś pewien - zrób to razy ilość 10, 100, 200, 300... Just do it! Śmigam. Początkowo myślałem, że coś w gardziołku mi się skleiło... potem było coraz luźniej... łatwiej. Wchodziłem do każdego. Nie widziałem się w pracy w warzywniaku... ale dla reguły... - wszedłem nawet do fryzjera. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł. Pytano mnie nawet, czy jestem rzeźnikiem. Pękło, mogę wracać.W domu poznałem Arniego - Litwina. Miał dość "niecodzienną fryzurę" (I ja to mówię...) Jak za "dawnych lat" połączyliśmy siły z bratem co zaowocowało mielonymi. Wieczorem poszliśmy grać w tenisa do parku. Zabierając ze sobą kuzynkę z kuzynkiem.</p>
<p style="text-align:justify;">(opis gry)  piłeczki &#62; powrót</p>
<p style="text-align:justify;">Dom prysznic i chwila dla sie... może innym razem - czas coś napisać. Nie przepadam za zaległościami.</p>
<p style="text-align:left;">Kolejny dzień <span style="text-decoration:line-through;">"nic nie robienia."</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Polska! Biało-czerwoni...]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=47</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 16:37:03 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=47</guid>
<description><![CDATA[Niedziela - 08.06.08r.
16:40 chyba Niedziela, w każdym bądź razie&#8230; na pewno - sunday - pizg]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Niedziela</em></strong> - 08.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">16:40 chyba Niedziela, w każdym bądź razie... na pewno - sunday - pizga po oczach od słońca. W dodatku cholernie skwarno. Zacząłem pisać tylko po to, by wylistować wydarzenia, które ostatnio miały miejsce. Jest tego naprawdę sporo - szkoda byłoby o czymś zapomnieć. Ale najpierw prysznic...</p>
<p style="text-align:justify;">Wypadałoby napisać CV. Kierunek ciociunia! Nikola będzie miała okazję się wykazać, a przede wszystkim - zrobić dobry uczynek. Zbłądził, dotarł... akurat Marek wychodził. Okazuję się, że dziewczyna urywa się do kina z koleżankami. (I tak nie zawitały...) No czyli z pisania Curriculum Vitae - nici. "Kuzyn" zadaje zbawiające pytanie: "Jedziesz na mecz?" Chwilę później już byliśmy w drodze po Kamila. Dość długo się chłopak zbierał... w końcu doszedł. Ruszyli. Gnali ulicami Vauxhall'em Vectrą aż na sam Ealing! Tam uprzednio opuszczając bolid popędzili w kierunku polskiego baru... przed którym stały całe tłumy. Niestety bez specjalnych wejściówek można było sobie jedynie meczu posłuchać - z zewnątrz. Dwa ludziki pokroju Pudzian i spółka tarasowali wejście. No nic, idymy do innego. Nie będzie takiego klimatu, ale lepsze... Weszli. Zesnajpili cały pub. Brak wolnych miejsc siedzących. Zaowocował klapnięciem na "schodku" od mini sceny. Do meczu pozostało trochę czasu. Wielki telewizor, oraz rzutnik pokazywały popis Kubicy. Tego dnia chłopak odniósł zwycięstwo... oby reprezentacji poszło tak samo. Wyszli na murawę. Śpiewają hymn, poruszając ustami jak lalki. Gwizdek i jazda. Nie minęła piąta minuta i tylko dzięki złej kalibracji Niemca było wciąż 0:0. Minęła dwudziesta i Polak wpakował piłkę w siatkę rodaków. (Za taką kasę... - też bym tak zrobił.) Mija kolejne dziesięć minut i... i... i nie pamiętam co się wydarzyło, aczkolwiek było to coś godnego uwagi bo zanotowałem to prawie tydzień temu. To samo tyczy się czterdziestej minuty meczu. Gwizdek, chwila przerwy. Dostałem drugie piwo - mam już półtorej. O ile mnie pamięć nie zwodzi w pierwszej połowie Smolarek dostał kartkę. To zmusiło mnie do wysilenia szarych komórek... co zaowocowało stwierdzeniem: Dlaczego zawodowi sportowcy pierwszej klasy... zachowują się na boisku jak pozerzy? Rozumiem, że liczy się wynik, ale gdzie chowa się ich godność? Na tym polega gra? To jest piłka nożna? ... - Pytania retoryczne. Co nie zmienia faktu, że to Ci sami ludzie, którzy pokazywani są na okładkach kolorowych gazetek dla nastolatków, czy podczas przerw na szklanym ekranie. Gwizdek, grają. Co jakiś czas rozlega się barowy doping. Raz, za razem któryś nawalony osobnik wykrzykuje ten sam stek bz... te same słowa, które wszyscy wokół podłapują - nawet jeżeli sytuacja na boisku pokazuje inaczej. Jakiś taki... nie w porę był ten doping - taki nijaki. Podolski strzela drugą bramkę - Niemcy prowadzą. Ale piłka wciąż znajduje się na boisku. Podanie, strzał. W barze rozlega się<em> "Polska biało-czerwoni!"</em> zagłuszając komentatorów. Ni ch###! "<em>Ebi Smolarek!"</em> Podłapali... prawie tak samo jak na koncercie Wilków. Teraz cały pub wykrzykiwał strzelca bramki... po spalonym. Czyli wynik bez zmian: zero do dwóch dla Polaków. Ostatni gwizdek. Radość... Niemców. Zbieramy się stąd. W stolicy Anglii - poczułem się jak "w domu." Ulice opanowane przez ludność z Polski... polskie symbole. I... odgłosy syren. Bolid i wzium do domku. Jeszcze rundka po osiedlu i... czas nyny. Właśnie wybiła pierwsza.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#808080;">Podsumowanie dnia dzisiejszego: Kubica wygrywa dla niemieckiego BMW... Polak strzela gole dla Niemców. - A czy tak naprawdę - to ma jakiekolwiek znaczenie? ;-)</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Błędne koło]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=37</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 14:22:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=37</guid>
<description><![CDATA[Fajnie się bawię, prawda?  Pora pokazać drugą stronę&#8230;

Czas zabrać się za poprawę jedn]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><span style="color:#ff0000;">Fajnie się bawię, prawda? :-) Pora pokazać drugą stronę...<br />
</span></p>
<p><span style="color:#ff0000;">Czas zabrać się za poprawę jednej z "trudniejszych" notek... pisanej "na kilka razy". Niezły spływ po nastrojach... nie chcę wprowadzać zmian. Zostanie takie - jak w momencie, gdy tworzyłem notatki.</span></p>
<p><strong> </strong></p>
<p style="text-align:right;"><em><strong>Środa</strong> </em>- 11.06.08r.</p>
<p style="text-align:left;">
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">Pobudka przed 11. Zauważyłem coś "dziwnego" - mało powiedziane. Ostatnimi czasy godzina pobudki zbliżona jest do "dnia miesiąca". Przyszedł czas na dłuuugi prysznic. Na śniadanie: upragnione musli! Brat zawinął się do pracy, a... a Orzeł jak zwykle kima wykończony. - Jeleń... tyra jak szalony... u Polaka. W planach na dziś jest wydrukowanie CV, następnie agencja. Przydałyby się poprawki. Oraz przygotować się z tego - co tam jest napisane.  Przygotuje się w drodze - chociaż nie mam zielonego pojęcia jak "tam" trafić. Brat narysował mi mapkę. (Zostawiłem sobie na pamiątkę! Będzie skan jak wrócę.) Zapytam przechodniów - mam nadzieję, że trafię na "wiedzących." Zauważyłem, że im jestem bardziej padnięty - tym lepiej mi się pisze. Wszystko pojawia się tak naturalnie, nie muszę dobierać słów i zastanawiać się nad konstrukcją zdań. O a teraz popiszę sobie z zamkniętymi oczyma. I jeszcze coś - doszedłem do wniosku, dlaczego pokoje tutaj są takie, jakie są... - brakuje w nich "duszy". Brakuje tego czegoś, co ja nazwałbym "klimatem." Zaraz stuknie druga - czas się zbierać. Jak obrócę w dwie godzinki... wieczorem będę miał chwilę wolnego czasu i opiszę pierwszy dzień, który trwał ponad 69 godzin! ... Od wczoraj nęka mnie pytanie - "<em>Co ja tak naprawdę chcę w życiu robić? W czym jestem "dobry"? Do czego się nadaję?  Czego oczekuję?</em> - To... nie to samo, co jasno określone marzenia. Tyranie w przydrożnym sklepie z fast foodem - dno moich ambicji... więc gdzie jest problem? Będąc w Polsce bałem się, że sobie tutaj nie poradzę... przeszkodą jest bariera językowa. Chociaż są ludzie, którzy języka nie znają - wcale... i mieszkają na stałe. Gdzie leży kur## mój problem? Poza tym... każdy powtarza, że jeżeli nie będę kłamał - pracy nie znajdę. Cholernie ciężko mi się do tego przekonać. Nie mogę się przełamać, by patrząc w oczy ludziom w agencjach, sklepach, gdziekolwiek indziej - powiedzieć, że zostaję tutaj na zawsze. Skończyłem szkołę. Szukam pracy na okres co najmniej jednego roku... potem się zobaczy - myślę o studiach. "Tam" wszystko było takie proste... chodzę zestresowany, spisując każdą mijającą godzinę na straty. Nie patrzę w kalendarz - boję się. Za niecałe dwa tygodnie kończy się rok szkolny. Zwiększy się liczebność mieszkańców Londynu, wtedy to dopiero będzie "wesoło." Nie chcę nawet wiedzieć - jak czuje się mąż, ojciec... tracąc pracę z dnia na dzień. Zdechł...</p>
<p style="text-align:justify;">W drogę! W pierwszej kafejce internetowej padła drukarka. Kurs - ciociunia. Będzie wiedzieć gdzie znajdują się jeszcze te przeklęte miejsca. Red Lion za Hindusem... wydrukowane razy ilość pięć (1.5F) ... (I tak poszły do kosza..) Teraz... do zdaniem P. Ewy "najważniejszej agencji" - koło postoju autobusów na Greenford Broadway. A tam *bum* Przychodzi moja kolej... kobieta słysząc twierdzącą odpowiedz na pytanie, czy jestem studentem odpowiada: <em>"I'm sorry we don't need more students..."</em> Już mam dosłownie dość! Ten ich pierdo###y akcent - mówią, jakby seplenili z zapchaną mordą... Spadam, kierując się w stronę fast foodu - byłem tam dwa dni wcześniej. Miałem podrzucić CV. Po drodze spotykam Damiana wracającego z Tesco. Olałem "restaurację." I wróciłem z nim kawałek. Do przystanku... Potem ruszyłem zgodnie z narysowana przez brata - wypadałoby napisać "mapą." Przejść prze park - na wprost. Przez drogę prosto, miniesz szkółkę tenisa po lewej i skręcisz w tą sama stronę. (Poszedłem w prawo, po chwili się zorientowałem i wróciłem.) Fajny ford... (Czerwony z białymi paskami.) Skrzyżowanie i w prawo. Teraz tylko przed siebie. Minąć rondo i na rozwidleni w lewo... przez park - w stronę niebieskiego mostu. Bingo!</p>
<p style="text-align:justify;">Most nad autostradą. Zatrzymany na środku, oparty o poręcz patrzyłem na auta jadące z naprzeciwka. W głowie pojawia się "Tak mija czas" Nie pamiętam melodii, ni dalszych słów - po prostu, tak się skojarzyło. Coraz bardziej zmęczony, padnięty - wręcz zdechły... zastanawiam się - Błąd... gdzie on jest? Wizja zapchanej autostrady (Większe auta... przejeżdżając "pod" powodowały - wstrząsy na metalowej konstrukcji.) W ciągu 60 sekund zliczyłem ponad setkę pojazdów. Gdzie jest ten pieprzony błąd? ... No ku###! ... Przejechało trzech bike riderów. Musiałem dziwnie wyglądać tam na górze... któryś krzyknął: "Juump!" Nie kurwa - jeszcze nie teraz. Spadam stąd - jeszcze jakiś idiota zadzwoni i mnie zgarną. Za podzi... za obserwowanie tego, jak ... - <strong><em>zapierdala błędne koło.</em></strong></p>
<p style="text-align:justify;">Tego dnia zauważyłem: Że ostatni szkolny balet przestał mnie obchodzić - jedno z ostatnich zmartwień... a przecież jeszcze kilka dni temu... to mnie tak pochłaniało. Teraz... - mam na nią dosłownie wyj####e. Ruszył... zgodnie z magiczną karteczką dotarłem. Ja znam to miejsce! Tam jest sklepik gdzie kupiłem plecak i butki (Sport Direct)... naprzód! Naprzód! Po drodze w oczy rzuca się plakat z... misiem. Zawsze chciałem komuś kupić... - teraz mam okazje, w sobotę panna ma urodziny... i kartkę! "Dla mojej najukochańszej... Dla jedynej... Dla wspanialej dziewczyny..." jest! jedna z nielicznych, które nie nawiązują do relationships, a przede wszystkim jest taka, jaką bym chciał wręczyć - biorę! i mis... wtf?  Teraz to dopiero "misja." Coś neutralnego..." - szukanie igły w stogu siana. Ten... ten jest śliczny. Z różą... i napisem: "One on a milion." Niezbyt na miejscu. Ten napis jest na czymś co trzyma się na dwóch nitkach - świetnie. Do reszty wymyślę jakieś oryginalne tematyczno sytuacyjne życzenia. Teraz czas odwiedzić sklep, gdzie... gdzie nie ma ni jednej szmaty, którą chciałbym na siebie założyć. Ciao! Czas wracać do szukania agencji. - Musi tu gdzieś być. Musi, musi! - Tak mówiła ciociunia. (Dziś już wiem, że "tutaj" - to trochę "gdzie indziej.") Nie udało mi się jej znaleźć. Czas wracać - Orełek zaniedługo spada do szkoły i mi chatę zamknie. Spacerek... jeszcze obchód po Red Lionie - szukałem tego fast foodu, no coś nie mogę znaleźć tego fast foodu. Obieram nowy kierunek - P. Ewa... Nikt nie otwiera. Śpią, albo poszli na spacer. Wracam... jeszcze minutka i się położę. Znam ten warkot - to rozpieprzony motor Orełka. (Ostatnio miał "spięcie" na autostradzie, straci którąś z kónczyn to dotrze do niego.) Ku###, no człowieku! Minutę!... jedną cholerną minutę i byłbym w domu. Trudno odjechał, był za daleko nawet nie było sensu krzyczeć. Dzwonię, dzwonię, dzwonię... nic, nic, nic! Obrót. Zatrzasnąłem zewnętrze drzwi, czas zrobić coś co zmieni mój światopogląd! Litwin... Litwin otworzył drzwi i szlag trafił mój plan. Rozwiesiłem pranie. Zapuściłem happysad. Popisałem trochę i skoczyłem do ciotki wysłać esa do brata. Nim wyszedłem, w głośnikach "Ale zanim pójdę..." - perfect timing. Po powrocie wziąłem sie za czytanie MM... wrócił brat. Szklana pułapka (chyba IV) na szklanym ekranie. - Kobieta o ciele modelki, hakerka o lśniących włosach... musiała sporo grać - by nauczyć się zabijać bez mrugnięcia okiem. Ciekawe kiedy znalazła czas na "pracę nad sobą." - Nie lubię czegoś takiego. Media robią siekę z mózgów. Czytam, czytam... bingo! Wracam... Wzmianka o hierarhi wartości Maslova. O trzech strefach vitalnych. (Wzajemnie na siebie oddziałują.) W końcu jakieś logiczne wytłumaczenie - zwłaszcza w sytuacji, w której się znajduję.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#ffffff;">"You are... what you convey."</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Nieznane zmienia znanych." część II]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=35</link>
<pubDate>Thu, 19 Jun 2008 12:49:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=35</guid>
<description><![CDATA[Rozdział II (Wymyślę coś specjalnego - zmienię)

Niedziela - 08.06.08r.
16:40 chyba Niedziela, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><strong>Rozdział II (Wymyślę coś specjalnego - zmienię)</strong></p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:right;"><strong><em>Niedziela</em></strong> - 08.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">16:40 chyba Niedziela, w każdym bądź razie... na pewno - sunday - pizga po oczach od słońca. W dodatku cholernie skwarno. Zacząłem pisać tylko po to, by wylistować wydarzenia, które ostatnio miały miejsce. Jest tego naprawdę sporo - szkoda byłoby o czymś zapomnieć. Ale najpierw prysznic...</p>
<p style="text-align:justify;">Wypadałoby napisać CV. Kierunek ciociunia! Nikola będzie miała okazję się wykazać, a przede wszystkim - zrobić dobry uczynek. Zbłądził, dotarł... akurat Marek wychodził. Okazuję się, że dziewczyna urywa się do kina z koleżankami. (I tak nie zawitały...) No czyli z pisania Curriculum Vitae - nici. "Kuzyn" zadaje zbawiające pytanie: "Jedziesz na mecz?" Chwilę później już byliśmy w drodze po Kamila. Dość długo się chłopak zbierał... w końcu doszedł. Ruszyli. Gnali ulicami Vauxhall'em Vectrą aż na sam Ealing! Tam uprzednio opuszczając bolid popędzili w kierunku polskiego baru... przed którym stały całe tłumy. Niestety bez specjalnych wejściówek można było sobie jedynie meczu posłuchać - z zewnątrz. Dwa ludziki pokroju Pudzian i spółka tarasowali wejście. No nic, idymy do innego. Nie będzie takiego klimatu, ale lepsze... Weszli. Zesnajpili cały pub. Brak wolnych miejsc siedzących. Zaowocował klapnięciem na "schodku" od mini sceny. Do meczu pozostało trochę czasu. Wielki telewizor, oraz rzutnik pokazywały popis Kubicy. Tego dnia chłopak odniósł zwycięstwo... oby reprezentacji poszło tak samo. Wyszli na murawę. Śpiewają hymn, poruszając ustami jak lalki. Gwizdek i jazda. Nie minęła piąta minuta i tylko dzięki złej kalibracji Niemca było wciąż 0:0. Minęła dwudziesta i Polak wpakował piłkę w siatkę rodaków. (Za taką kasę... - też bym tak zrobił.) Mija kolejne dziesięć minut i... i... i nie pamiętam co się wydarzyło, aczkolwiek było to coś godnego uwagi bo zanotowałem to prawie tydzień temu. To samo tyczy się czterdziestej minuty meczu. Gwizdek, chwila przerwy. Dostałem drugie piwo - mam już półtorej. O ile mnie pamięć nie zwodzi w pierwszej połowie Smolarek dostał kartkę. To zmusiło mnie do wysilenia szarych komórek... co zaowocowało stwierdzeniem: Dlaczego zawodowi sportowcy pierwszej klasy... zachowują się na boisku jak pozerzy? Rozumiem, że liczy się wynik, ale gdzie chowa się ich godność? Na tym polega gra? To jest piłka nożna? ... - Pytania retoryczne. Co nie zmienia faktu, że to Ci sami ludzie, którzy pokazywani są na okładkach kolorowych gazetek dla nastolatków, czy podczas przerw na szklanym ekranie. Gwizdek, grają. Co jakiś czas rozlega się barowy doping. Raz, za razem któryś nawalony osobnik wykrzykuje ten sam stek bz... te same słowa, które wszyscy wokół podłapują - nawet jeżeli sytuacja na boisku pokazuje inaczej. Jakiś taki... nie w porę był ten doping - taki nijaki. Podolski strzela drugą bramkę - Niemcy prowadzą. Ale piłka wciąż znajduje się na boisku. Podanie, strzał. W barze rozlega się<em> "Polska biało-czerwoni!"</em> zagłuszając komentatorów. Ni ch###! "<em>Ebi Smolarek!"</em> Podłapali... prawie tak samo jak na koncercie Wilków. Teraz cały pub wykrzykiwał strzelca bramki... po spalonym. Czyli wynik bez zmian: zero do dwóch dla Polaków. Ostatni gwizdek. Radość... Niemców. Zbieramy się stąd. W stolicy Anglii - poczułem się jak "w domu." Ulice opanowane przez ludność z Polski... polskie symbole. I... odgłosy syren. Bolid i wzium do domku. Jeszcze rundka po osiedlu i... czas nyny. Właśnie wybiła pierwsza.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#808080;">Podsumowanie dnia dzisiejszego: Kubica wygrywa dla niemieckiego BMW... Polak strzela gole dla Niemców. - A czy tak naprawdę - to ma jakiekolwiek znaczenie? ;-)</span></p>
<p style="text-align:right;"><strong><em>Poniedziałek</em></strong> 09.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Powoli tracę rachubę czasu. Wstałem po 9... Śniadanie, Ogarnięcie się... przelanie H2O do butelki. O 11 wypad do ciociuni napisać CV. - Zajęło mi to z 3h. (Wliczając zabawę z małym, gadanie o wszystkim i o niczym... obiad, i takie tam.) Teraz... po bracika i śmig na Ealing do agencji: pierwsza - spóźniłem się całe 3 minuty. Śmigamy autkiem do następnej. Nikola wspomina o urodzinach Elizy. Chce poznać tą dziewczynę - "wkręć mnie." Niszczące <em>"Pamiętasz go?"</em> (Wspomniałem już, że chce ją poznać?) Kolejna agencja. Wchodzę... kobieta idzie po schodach. A co tam - puszczam przodem. Nie spieszy mi się. Bingo. Ta sama kobieta mnie "obsługiwała" (chce przytoczyć, że to agencja... pracy.) Chwila gadki, zostawiam CV i ciao. Stoimy na przejściu. Głupio przejść na czerwonym... ale co tam - idę za policjantami. Kuzynka z Pawłem wstąpili do Lidla, ja skoczyłem do pobliskiej agencji... która otwarta jest do 16. Rzut okiem na zegarek 16:03. Wracam pod sklep. Obserwują wracające ze szkoły dziewczyny. Piją... "próbują" pić z 2.5L butelki Pepsi - nie dotykając jej ustami. Cyrk jakich mało, oblewają się, krztuszą... Wyszli. Czas do domku. Oświadczam, iż wracam z buta - chce wstąpić do każdego sklepu po drodze. Zapytam się o prace... Jeżeli się czegoś boisz, nie jesteś pewien - zrób to razy ilość 10, 100, 200, 300... Just do it! Śmigam. Początkowo myślałem, że coś w gardziołku mi się skleiło... potem było coraz luźniej... łatwiej. Wchodziłem do każdego. Nie widziałem się w pracy w warzywniaku... ale dla reguły... - wszedłem nawet do fryzjera. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł. Pytano mnie nawet, czy jestem rzeźnikiem. Pękło, mogę wracać.W domu poznałem Arniego - Litwina. Miał dość "niecodzienną fryzurę" (I ja to mówię...) Jak za "dawnych lat" połączyliśmy siły z bratem co zaowocowało mielonymi. Wieczorem poszliśmy grać w tenisa do parku. Zabierając ze sobą kuzynkę z kuzynkiem.</p>
<p style="text-align:justify;">(opis gry)  piłeczki &#62; powrót</p>
<p style="text-align:justify;">Dom prysznic i chwila dla sie... może innym razem - czas coś napisać. Nie przepadam za zaległościami.</p>
<p style="text-align:left;">Kolejny dzień <span style="text-decoration:line-through;">"nic nie robienia."</span></p>
<p style="text-align:right;"><strong>Któryś tam dzień tygodnia</strong> 10.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Obudził się, zerknął na zegarek. Dziesiąta przeskoczyła już jakiś czas temu. Lidka w domu? Ano wpadła. Zabieram się za pranie. Pralka - fajna rzecz. Za niedługo musi być sobota, czas się przygotować. Jakieś fajne życzenia or sth. Międzyczasie spoglądam na film. Nie pamiętam już jaki - chyba "Uliczne psy." Czas się zbierać. W drogę! Do agencji... ble. Brat z żalem, dlaczego kobiety do przodu nie puściłem... Why should I? Może jeszcze jej drzwi otworzyć? Ealing Broadway. Lidka wysiada. (19.06 - przyszedł mandat z fotkami - 50F za to wyjście.) Agencji nie znaleźliśmy, za to jedziemy na Greenford Station. Tam znajdują się fabryki. O ile mniemam jedna należy do IBM - jak znalazł. Niestety trzeba się umówić na spotkanie. Jedyne co otrzymaliśmy to nr telefonów. Dzwoniąc... obojętnie pod który - można usłyszeć prośbę z zadzwonienem w nowym tygodniu. W tej okolicy pracuje pełno Polaków. Naprawdę dużo - zwłaszcza kobiet. Chociaż kto wie, możę... - mężczyźni chowają się za krawężnikami. Wracamy. Brat z Damianem jadą do "nas," ja chcę zawitać do ciotki poprawić CV. George już się mnie nie boi... sukces. Trzy godzinki spędzone nad CV, albo z młodym... nie pamiętam - komu/czemu poświęciłem więcej czasu. Done! Do domku... jestem taki padnięty. Chłopaki oznajmiają: Jedziemy do Tesco! Ooo tak. Wtargnęliśmy jak do sejfu. Nie rzucałem się na małe nominały - szukałem czegoś o wielkiej wartości (prezentu), niestety nic co chciałbym komuś podarować. Chłopaki robią wieś... napieprzają się wielkim gumowym młotkiem po łbach.  To musiało być widowiskowe. Gdzieś tam między czasie wrzuciłem upragnione mussli do koszyka. Czas wracać. Zajadając sie lodami, z początkowym zakładaem "Kto pierwszy." Podział na dwa teamy: Daniel, Paweł. Tomek, Łukasz. Odbyło się bez zwycięzców - nie zależało mi. W domku zabieramy się za tworzenie pizzy. Piekarze podniecają się zajebistościa wyszejdszedłszego ciasta, nastepnie Orzeł się zmywa... jego strata. Moją misją było - krojenie (A kto się w paluszek ostatnio skaleczył? ...) Wpada Damian z czymś do popicia, mmm niebo w gebie!<br />
(opis)<br />
Kończymy jeść, bracik spada na lotnisko. Damian do domu... Zostałem sam, co tu robić? Załączyłem konsole... czas zobaczyć tą gre, która się tak ludzie podniecają... Assasin Creed - rzadna rewelacja, jeszcze się ścięło po pierwszej misji. Konsola off. Półlnoc i czas popisac - chociaz chwile. Usnalem nad klawiatura... przebudzilem się, wylaczylem wehikuł i nie myslac nawet o prysznicu walnalem sie do wyrka.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wakacje! Nareszcie są...]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=33</link>
<pubDate>Fri, 13 Jun 2008 21:19:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=33</guid>
<description><![CDATA[Piątek 06.06.08r.
Nie lubię pożegnań, jakoś nie jestem do tego przyzwyczajony, wydaje mi się t]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:right;"><strong><em>Piątek</em></strong> 06.06.08r.</p>
<p style="text-align:justify;">Nie lubię pożegnań, jakoś nie jestem do tego przyzwyczajony, wydaje mi się to takie sztuczne - może kiedyś... przytuliłem mamę... Drzwi zostały zamknięte. Wolny. Mam nadzieję, że nie będą tęsknić - bo ja... nie zamierzam. Przystanek - tycia 120 podjedzie lada moment... cholernie niewygodny autobusik, za to jaki stylowy!. Wysiadam "stację" wcześniej i maszeruję kawałek - nie podoba mi się wizja wypychania się z zamałego, zapchanego ludźmi autobusu, w którym niektórzy mieli problem z normalnym siedzeniem (Bez wskazywania palcami!). Zwłaszcza taszcząc ze sobą torbę. Pawilony - fresh air... uuu siakiemuś typowi nie widziało się zejść mi z drogi i hardo stał na wprost drzwi. Świetnie - wpadliśmy na ten sam pomysł - ja również bardzo wyszedłem na wprost. Okej kilka następnych kroków i w głowie pojawia się myśl... przecież na moim bilecie ktoś może pojechać dalej. Odwracam się i tak oto rzekam: <em>"Chce ktoś bilet?"</em> ... z drogi zejść mu nie w smak było, za to na widok biletu aż mu się oczy zaszkliły. Teraz kierunek - dworzec! Rozpieprzenie się na ławce i ostatnie dwadzieścia parę minutek w rodzinnym mieście (Nie będę tęsknić!) Podjechał Drabas. Wtaszczam się doń, podbijam do kierowcy, kupuję bilet. (7zł) Ni mam ochoty gnieść się gdzieś z tyłu... siadam w pierwszej wolnej dwójce. Za jakąś kobietą z synkiem... i to był błąd... Po raz pierwszy śmierć zajrzała mi do gardła. Dusza spoczęła na ramieniu a w głowie pojawiły się myśli jakby mnie z Marsa wygnano. Nawet zacząłem sobie jakieś wampiry wkręcać, wysysanie duszy i inne takie... ale powoli i od początku.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;">Zasiadł... głowa powoli spoczęła na oparciu. Relaaaax. Z niecierpliwościa wyczekiwał warkotu silnika, który nie miał nawet najmniejszego zamiaru się zbliżyć. Czas mijał. Na zewnątrz zielono... niebo powoli zmienia barwę na tą bardziej senną - ślicznie. Ostatni dzień, yeah. Jedzie odtyrać swoje - to tylko kolejny epizod w jego życiu... ale po tym "będzie lepiej." Zmarnował wystarczająco dużo wakacji, jedne w tą, czy w tą - żadna różnica. Powrót do rzeczywistości. Silnik zawył, drzwi zostały zamknięte, jedziem. Odjeżdżał... oddalał się od domu - pierwsze takie wakacje, chociaż już dawno dbał o siebie... sam. Spojrzał przed siebie - na lukę miedzy siedzeniami. Para kruczoczarnych psich oczu (Już na starcie coś mnie musiało łączyć z tym dziwadłem...) wlepiało? penetrowało? Niee... przeszywało na wylot jego sylwetkę. Złapany kontakt wzrokowy zaowocował złamaniem prawa (Ponoć gwałcenie kogoś wzorkiem przez czas dłuższy, niż osiem sekund to już wykroczenie.) Pojawiło się zakłopotanie - mało powiedziane... dlaczego ta kobieta nie zrywa kontaktu wzrokowego? Dlaczego jej oczy nawet nie drgną?... troszeczkę... chociaż troszeczkę. Nie wspominając już o ciele. Co z nią? Opętana? Druidka? Córka ziemi? Włosy pomimo, że upięte wołały o pomstę do nieba. Bluza - wyglądała niczym... Jej syn, wydawał się zachowywać bardziej ludzko niż ona. Czas mijał a kontakt wzrokowy, który powinien zostać zerwany już po kilku pierwszych sekudach wciąż trwał... i trwał. Przeszyły go dreszcze, powoli i dogłębnie rozchodząc się od wnętrza gdzie w większości gościła niepewność i ciekawość przed nieznanym, aż po kark, dłonie, stopy... Dość! Może ona "tak ma." Odwrócił głowę, zerwał połączenie. Tylko powierzchownie podziwiał mijające zabudowania. Może ona zobaczyła śmierć? Była tak przestraszona, że aż sparaliżowana? A jeśli samolot, którym będzie leciał - rozbije się? Ktoś podczas snu na lotnisku będzie posiadał o jeden sztylet za dużo... i w głowie trochę za mało? Normalni ludzie się tak nie zachowują... K#### mać! Serce podskoczyło do gardłą, wzrósł puls, pompowana krew przetaczała się przez organizm z szaloną prędkością... dawno się tak nie czuł. Ta kobieta minęła go... uprzednio energicznie zrywając się z siedzenia, następnie przebiegając tuż obok. Pędząc w kierunku tylnych siedzeń w pojeździe. Nie chciał umierać... jeszcze nie! Wróciła... błędne koło... które przerywa staruszka - ledwo porusza się o lasce podpierana przez jakąś kobietę. Przed chwilą weszli do autobusu, szukają miejsca... powoli "toczą" się w jego stronę... rozgląda się po pierwszych rzędach - nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby ustąpić jej miejsca... Przecież ona mimo, że podpierana - zaraz wyląduje na ziemi... szybciej niż jego samolot, którego jeszcze nie miał okazji nawet zobaczyć. Nie wiedział dlaczego, ale ponownie się w nim zagotowało. "Niech Pani siadzie tutaj." Zabrał swoje rzeczy i dosiadł się do siakiejś kobiety. Po jej twarzy widać było, że nie przypadł jej do gustu ten pomysł. Chwali jej się to - jemu również - życie. Bynajmniej staruszka, nie będzie musiała toczyć się przez cały autobus chcąc z niego wyjść. A reszta w pierwszych rzędach niech kurwa zgnije na tych siedzeniach. I teraz surprise...</p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Mój mindset zaczął się zmieniać. Miałem wyrzuty sumienia - powiedziałem do staruszki:<em> "Niech Pani tutaj usiądzie."</em> zamiast<em> "Proszę, niech Pani tutaj usiądzie."</em> (Jezu! Coś Ty zrobił?!) Dawniej takie słowa nie przeszły by mi przez gardło, nawet ciężko byłoby mi je sobie wyobrazić... I zaczęło mnie to gryźć... dogłębnie penetrować moją duszę - zniknąłem, zatraciłem się na moment gdzieś tam głęboko... wewnątrz.</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;">"Przepraszam" z mocą równą: "Kocham Cię." - bingo!</p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Zakładając, że kocham Cię powiem TYLKO kobiecie, która będzie godna zostać matką moich dzieci - Wypieprzamy ze słownika "przepraszam" i sayonara z wyrzutem sumienia. (Gbur! ... ale za to jaki!)</p>
<p style="text-align:justify;">Katowice - dworzec główny. Wypad z busu... teraz trzeba znaleźć przystanek z którego odjeżdża autobus do Pyrzowic. Podchodzę do pierwszego lepszego ludzia, zadaję pytanie i... facet wlepia we mnie swoje pięciozłotówki - spogląda jak na idiotę i wskazuje za siebie na znak... w odległości mniej więcej jakiś pięciu metrów. Na tabliczce - napis "Airport Bus" ... bingo! Tam poznaję kobietę, która od pięciu lat śmiga do Anglii - wciąż nie zna języka, teraz pracuje w hotelu... początkowo była wykorzystywana przez mafię...</p>
<p style="text-align:justify;">P-I-Ę-Ć lat! Jestem tu od dni ilość - trzech i szlag mnie trafi, gdy usłyszę proponowane 700F/mc... a ona... ehh. Szkoda słów. Pomimo, że rozmowa z nią była długa - wspomnienie będzie krótkie: <em><strong>"Ja tak nie skończę. Basta."</strong></em> Nadjechał autobus. Prawie pusty. Rozpieprzony na czwórce szybko poczułem chłód. Większość okien była pootwierana - powietrze cieło skórę w każdym miejscu. Zimno... zmiana miejsca. W pojeździe z tyłu - był... najprawdopodobniej silnik. Zabudowany, ale tworzywo było przyjemnie ciepłe. Spocząłem na nim i nie chcąc zasnąć - oddałem się przemyśleniom odnośnie monogamii, które zachowam dla siebie. 23:40 - Lotnisko... szkoda, naprawdę - dopiero koło 4 nastąpiła odprawa. Do tego czasu pograłem na psp, zjadłem co ciążyło w plecaku, położyłem się na siedzeniach - gdzieś na uboczu... z plecakiem pod głową, zamkniętymi oczyma i wyciągniętymi nogami... nie ma co owijać, i tak nie usnąłem - czuwałem. Między czasie gdzieś w pobliżu gniotła się jakaś rodzinka. Ich piątka zajmowała mniej miejsca niż ja jeden. Heh... nie lubię tego, aczkolwiek mam ich gdzieś. Usta służą do czegoś więcej... wystarczyło tylko w miły sposób zwrócić uwagę... Dość, ich życie - niech się gniota na własne życzenie. Zresztą kawałek dalej wolnych miejsc było od groma. Po co ja się w ogóle tłumaczę? Nie wiem... ale chyba jeszcze mnie to troszkę gryzie. Jeszcze... Gdzieś tam międzyczasie minął mnie ludź z security maszerując z telefonem w ręku - z jego dłoni wydobywała się melodia - "Diary of Jane" Breaking Benjaminów... wejście jest kapitalne. Zaczęła się odprawa, stojąc w kolejce w oczy rzucił mi się kantor - funt po 3.60. Ała. Skosili mi bagaż, dostałem bilecik, pan nieopodal w pomieszczeniu poprosił o ściągnięcie paska... no cóż - nie spełniam takich życzeń ale tutaj nie miałem wyboru. Gratis dodałem mu portfel i klucze. Przeszedłem przez bramkę. Wziąłem co moje i kolejne dwie godziny spędziłem w poczekalni, gdzie w sklepie przodowały wyroby tytoniowe, wraz z alkoholem... i perfumy! (Nawet mi się jeden spodobał... niestety nie pamiętam nazwy.). A mi szczególnie przypadł do gustu taki duży misiu... taki czarująco uroczy. Kiedyś takiego komuś kupię! Nastały ciężkie chwile - nie byłem w stanie dłużej siedzieć. Powieki zbyt szybko opadały. Głowa nie bardzo chciała sama utrzymać się w pionie... zacząłem krążyć po poczekalni. Wzeszło słońce... (nie mam ochoty na magiczne opisy... nie dziś. Jestem padnięty i opisuję tylko po to, by nie zapamiętać. Może kiedyś to rozpiszę...) Dotarła obsługa, zaczęli wypuszczać ludzi z poczekalni... ustawiłem się w kolejce - tej złej. A wiedziałem, że olanie tej kolejki i stanięcie gdzieś z tyłu będzie najlepszym rozwiązaniem. Miejsce w samolocie... na ziemi i tak byłoby najwygodniej. Przetransportowałem się do wężyka obok- ekipy z dziećmi przodem. Jacyś ludzie spłodzili sobie całą drużynę siatkarską... z niewyparzonymi mordami. Aż się tego słuchać nie dało. W dodatku matka miała zdanie o większej mocy od ojca - paranoja! Zabrali mi część biletu, mogłem kierować się do bolidu... podczas gdy inni spieszyli się - maszerowałem spokojnie przed siebie, obserwowałem przez które wejście wtacza się więcej ludzi. Zwróciłem uwagę na samolot... te skrzydła, które unoszą wszystkich w przestworza... Wszedłem tylnym wejściem. Kobieta poprosiła o drugą część biletu. Zająłem pierwsze miejsce z brzegu. Przede mną ludzie z malutkim dzieckiem - warkot silników mi wystarczy, nie lubię płaczu... bardzo. Następne... cała trójka wolna, miejsce przy oknie - nie leciałem jeszcze w dzień. Super, skrzydło nie zasłania - będzie na co popatrzeć... Nie mija chwila a do gościa przede mną podchodzi mężczyzna... prosi o ustąpienie miejsca - chcieli z żoną i dzieckiem usiąść razem... co za kurwa naród, pierdolony buc... znowu mi się ciśnienie podniosło... ale dlaczego mnie pominał?! Ugryzłbym go gdyby zapytał? Tak k#### odpi######ł bym mu rękę. Przecież ja też siedziałem sam na trójce... Ehh - bynajmniej próbował... Wołam go... zwalniam miejsce. Powoli wychodząc... Jego żona - reakcja neandertalczyka  (<em>"Patrz przecież tutaj są 3 miejsca wolne!"</em>)- nie mam pojęcia, gdzie oni się znaleźli. Przesiadam się. I na tym miejscu udaje mi się przetrwać pół lotu. W pewnym momencie robię wypad do ubikacji... wracam i facet przede mną ucina sobie drzemkę na odsuniętym do oporu fotelu... wcześniej nie mógł - moje kolana blokowały to siedzisko. N/C. Zmarnowany znowu się przesiadam. Co jest? Dziwnie tu jakoś... dlaczego tu jest tak wygodnie? Tak dużo miejsca... co się dzieje? ... odwracam głowę i moim oczom ukazuje się nagłówek z napisem <em>"reserved."</em> No tego... trochę nie wypada... Było naprawdę wygodnie. Następnym razem będę musiał rozważyć wejście do samolotu jako ostatnia osoba. Czas leciał, niestety w odróżnieniu od samolotu cholernie wolno... Chcąc, nie chcąc... ale bardziej chcąc - w końcu doczekałem się lądowania. Grabnięcie bagażu, spacer korytarzami lotnisk. Wyjście! Poczułem uderzenie czyjejś dłoni w mojeą klatkę piersiową... niedomyślenia jeszcze jakiś czas temu...</p>
<p style="text-align:justify;">(TV, na którym brat ogląda horror znajduje się za moimi plecami... spadam z tąd - dokończę innym razem.) Ale od tego momentu zaczęła się dość długa podróż do domu. Zjadłem ostatnie łakocie, zaznajomiłem się z GPS'em - naprawdę fajne... zwłaszcza kiedy wskazuje wszystkie fotoradary. (Nie miałem pojęcia, że może ich być, aż tyle na tak krótkim odcinku...) Nawet miałem okazję przekonać się - ile te Volvo wyciśnie.</p>
<p style="text-align:justify;">Jazda, jak każda inna - cztery kręcące się kółka i zmieniające się obrazki za oknem. Pogaducha z bratem. Uwzględniając fakt, że byłem bardzo zmęczony - niewiele się odzywałem...  Powoli zaczynałem rozpoznawać okolicę, im dłużej jechaliśmy - tym bardziej. Znam ten salon Citroena! Te sklepy... ten kościół. Ten dom - skręcałem szafki tutaj. Drzwi stanęły otworem. Ostatnio widziałem go w trakcie remontu... Pokój jak te z willi Papy - z "Gry." Dobrze - poczuję klimat. Nie minęło wiele czasu nim wyrzuciłem chłopakom, że ja ich tutaj poustawiam ze sprzątaniem... "A nie prędko Ci na lotnisko?" No... bynajmniej próbowałem. Moja część jest zorganizowana i przystępna... w miarę możliwości. Chwilę posiedzieliśmy. Zadzwoniła Lidka i wspomniała o jakimś wydarzeniu w "Hyde Parku." Brat chciał się z nią zobaczyć, więc decyzja zapadła szybko - jedziemy. Lecz pierw poszliśmy do ciotki... niestety nie mieliśmy okazji się z nią zobaczyć. Usypiała małego, wielki odkrywca nie miał ochoty na sen w nocy. Zastaliśmy tylko Nassifa. Chwila rozmowy i powrót. Dom, następnie kierunek - Oxford. "Ja już tam byłem." - rzekł bracik. Świetnie - nie zbłądzimy. Ładujemy się do wozu i wio. Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do zmienionego kierunku ruchu. I wymsknęło mi się parę komentarzy. Udało nam się znaleźć miejsce do parkowania... dobrze, że nie dostaliśmy mandatu. Teraz do... nie wiedzieliśmy dokąd, ale mieliśmy świadomość, że w końcu tam trafimy. Po drodze Orzeł zrobił mi zdjęcie z autem... do dziś tego nie rozumiem. No ale mam. Pobłądz... potrzebowaliśmy poznać pobliski teren nim trafiliśmy do miejsca, gdzie pracuje Lidka. Panna przyniosła męczennikom wodę... jedną - dla Pawła Dość romansów, oblewania się wodą - spadamy. Ciao!<strong><br />
</strong></p>
<p style="text-align:justify;"><strong>Royal Hyde Park.</strong> (Ponoć w tym parku co Niedzielę jest dzień wolności słowa. Stoją fanatycy i wkręcają, że to właśnie ich wiara jest najlepsza... - idioci... Moja wiara jest najlepsza.) Następny park, który zawładną moją duszą. Zaczęło się od Ogrodów Włoskich, gdzie o mało nie wrzuciłem brata do jednego z czterech ozdobnych "stawików..." ide o zakład, że jego serducho zabiło jak szalone. Kilka zdjęć i idymy dalej.</p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:center;"><img class="aligncenter" src="http://img511.imageshack.us/img511/1936/dscf2727cram7.jpg" alt="" /></p>
<p style="text-align:justify;">Brak słów by to opisać - to trzeba zobaczyć. Natknęliśmy się na Squirrele! <em>"Jednak dziś będziemy jeść!"</em> Chopcy dali popis próbując złapać wiewiórkę... ale rezultat był tak samo zajebisty jak pomysł...   Prowadzeni przez Orzełka... gubiliśmy się raz za razem. Odbyliśmy dość długi spacer i doszlimy do wniosku, że spóźniliśmy się na zawody. Trudno, ale i tak było warto - spadamy. Wychodzimy na ulice i naszym oczom ukazuje się tłum, jakiego jeszcze w życiu nie widziałem - w końcu to: <strong>Red Bull X-FIGHTERS 2008!</strong> Prowadzeni przez O... poszliśmy do miejsca, gdzie nie chciało nas dalej przepuścić - tylko z wejściówkami. W drodze mieliśmy okazje "zwiedzić" pamiętną fontannę księżnej Diany - bardzo ładna i oryginalna... fontanna. Byliśmy zmuszeni wrócić dość spory kawałek - ale było naprawdę warto. Przechodząc przez tłumy ludzi porozkładanych gdziekolwiek byle widzieć co dzieje się na t...t... mam na końcu języka - chodzi o ten duży ekran, na którym wyświetlane jest co dzieje się w miejscu, gdzie ma się coś dziać. Mężnie przedzierając się przez niezliczone tłumy... udało nam się w końcu znaleźć odrobinę... powtarzam - ODROBINĘ wolnej przestrzeni. To było, aż nadzwyczaj dziwne... spoczęliśmy na moment. Zobaczyliśmy kilka wygłupów, którym pobliska widownia z zapałem kibicowała. I odpuściliśmy sobie... nie wiem co w tym takiego. To było wręcz nudne, żeby nie pisać żałosne. Jest miliard bardziej ciekawszych rzeczy, które można robić... niż oglądać pajaców na maszynach, które i tak nie przemieszczają się w powietrzu dalej, niż metr... no góra dwa. Ale!... ryzykanci czas efektownie wbijali się w wodę.</p>
<p style="text-align:justify;">Enough! Zmęczeni ruszyliśmy z powrotem. Na szczęście pamiętaliśmy gdzie stoi nasz bolid. Na szczęście nie było mandatu... i na szczęście nikt nie wdepnął w końskie gów##, którego nagle pojawiło się pod nogami od groma. Baza... zbliża się wieczór, jakiś film na dobranoc i nyny. "28 dni później." Międzyczasie pojawili się chłopaki z ziołem.</p>
<blockquote><p>- Jarasz?<br />
- Nie.<br />
- A palisz?<br />
- ... nie.</p></blockquote>
<p style="text-align:justify;">"I pogadali." Nawet nie pamiętam jak się zwali. Urwali się gdzieś w trakcie filmu. W tym samym trakcie zadzwonił Marek - jadymy na disco. Znaczy się do "funciaka." Problem jest - obowiązuje stój wieczorowy: koszule... od biedy - mam. Gorzej z butami. No, najwyżej pojedźmy do innego klubu. Marek zna gdzieś tam jakiegoś bramkarza więc - nie powinno być problemu. Krótka wizyta u "kuzyna" (Wciąż jestem przekonany, że zielony pasek bardziej pasował do jego spodni!) i już jesteśmy w drodze po Cinka. Mieszka na jakimś zadupiu... zadupia. O! Ja go skądś znam... tylko kurde skąd. Mniejsza. Teraz do... zaraz 22 nie ma sensu jechać do Funciaka. Jedziemy do <strong>Liquid</strong>u - przed 22 wejdziemy za free. Dotarli. Ciinek zapomniał dowodu - wchodzi na prawko Marka. A mi się nogi trzęsą... <em>"A jeżeli mnie nie wpuszczą? Nie chce spieprzyć wieczoru chłopakom..."</em> Szybki wyskok na zaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb fizjologicznych... Myślałem, że szczanie komuś na dom... - będzie bardziej ekscytujące... Wiadomość z informacją, że wejście kosztuje 6F. Brat z Cinkiem już weszli. Świetnie, a co jeśli mnie nie wpuszczą? Brawo! Podbijamy do bodygardów... sprawdzają dowody, ciuchy... te same szmaty, w których pogowałem na happysadzie pozwoliły mi wejść do jak to, o ile dobrze zrozumiałem - jednego z najbardziej "brytyjskich klubów." Jeszcze mi typ kołnierz poprawił - jak śmiał! Kupiliśmy bilety, przeszliśmy przez "bramkę." I... i... i... gdzie ja trafiłem?! Kompania sączyła piwo przy barze... nie podoba mi się ta sytuacja. Nie lubię tak - stanie w miejscu z piwem w ręku, którego i tak nie miałem - nie rokuje zbyt dobrze. Siadamy... Na wprost parkietu. To miejsce też jest do dupy. Cinek zagadany z Markiem. ... Już zdążyłem się wygadać z bratem. Więc rozpieprzam się na sofie i "obserwuję" - porażka. Ludzie powoli się schodzą. DJ kusi muzyką. Na parkiecie jakiś typ... tańczy z kolegą. Podbija do każdej dziewczyny, u której również pojawia się ochota na małe wygibasy... co owocuje tym, że ona znika równie szybko jak on podchodzi. Coraz więcej osób. Parkiet się zapełnia. Chłopaki sączą kolejne piwo co chwilę pytając się czy: <em>"piję, chcę..."</em> whatever else. Odpowiedz za każdym razem była taka sama... Nie idę na parkiet, to nie mój klimat... zresztą nie umiem tańczyć. Pozabijam ich tam.</p>
<p style="text-align:justify;">Obserwując klub, można doiść do kilku ciekawych wniosków:</p>
<blockquote>
<p style="text-align:justify;"><em>Są obserwowani i obserwujący. Wysokie dziewczyny na parkiecie, pomimo, że się nie znają - wolą tańczyc w swoim towarzystwie. Do tego dochodzi fakt, że atrakcyjne dziewczyny ściągane sa z parkietu  już od początku. Potem przychodzi kolej na resztę. I pod koniec bujają się już tylko te mniej atrakcyjne... lub te rzeczywiście niedostępne.</em></p>
</blockquote>
<p style="text-align:justify;">Międzyczasie koło mnie pojawiła się "dziewczyna od gumy" która wykrzyczała mi w twarz po krótkiej wymianie poglądów:<em> "I want chewing gum!!1111oneoneone..."</em> Tym razem byłem jeszcze miły... właściwie, gdybym miał to dlaczemu miałbym jej nie dać - waliło jej z ust alkoholem. Nadszedł moment, gdy siedzenia miałem dość. Czas znaleźć ekipę. Rundka po klubie... parkiet... rundka... parkiet. Parkiet... parkiet... parkiet... Ciężko pogodzić nawyk do pogowania z płynnym bujaniem się. - Nauczę się... Pojawiały się tam takie "dziwne" męskie kółka tancerzy - homoseksualiści? - Trzymałem się jak najdalej od tych śmiesznych grupek. Tak sobie tańcząc parę razy przywaliłem w kogoś, komuś, albo rozepchałem się na niego plecami... - gome! Stawał potem taki wpieniony twarzą do mnie jak mur... chociaż z tej pozycji miałby problem z dopluciem mi do brody. Ale ja jestem przecież chodzący człowiek kompromis! ... tak długo dopóki cel "lata mi koło..."  ... Parę razy zgubiłbym apaszkę - zatrzymywała mi się w dłoni, gdy zsuwała się w dół. (Zna ktoś jaki oryginalny sposób na zawiązanie tego?) - Wybawiłem się, poznałem klub... bariera językowa wzięła górę - ale chcę go splażować nim wyjadę. Wyszliśmy. Wracając Cinek rzucił tekstem... <em>"Wiesz kogo mi przypominasz? ...  Marilyna Mansona... nie obraź się. W sensie, że nie mówię tego jako obrazę..."</em> Ciekawe jak długo będę jeszcze przypominał "kogoś." Bolid... Marek po pijaku prowadził całkiem podobnie jak na trzeźwo. Pokazując ludziom ile fabryka maszynie dała. Wieś Cinka - pożegnanie. Dom "kuzyna." Przesiadka do autka bracika - wpółprzytomny wtoczyłem się na tylne siedzenia... Nie pamiętam jak znalazłem się w łóżku...</p>
<p style="text-align:justify;"><strong><span style="color:#808080;">Prawie najdłuższy "dzień" w moim życiu trwał ponad 69 godzin. Spędzony czas uważam za zajebiście pozytywny. Tak zaczęły sie moje wakacje i dodam tylko tyle, że planuję więcej takich "dni."</span></strong></p>
<p style="text-align:justify;">PS. Wizyta w klubie nauczyła mnie jeszcze czegoś... zmieniła mój wcześniej wspomniany "mindset" (W końcu bo już mnie czasem szlag trafiał.) ^^ <span style="color:#ffffff;">... Zajęta kobieta... - tylko  fizyczną czynnością.</span></p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#c0c0c0;">I chcę jeszcze wspomniec o dziewczynie w czarno zielonym wdzianku na lotnisku ;-)</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Święta 2008 - Broadway'e &amp; Subway]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/?p=8</link>
<pubDate>Thu, 31 Jan 2008 14:39:24 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/?p=8</guid>
<description><![CDATA[(Wersja do edycji) 
&#8220;Kwiaty pachły, wiater wiał&#8221;. Zaraz, zaraz&#8230; o czym to ja mi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify">(Wersja do edycji) </p>
<p align="justify">"Kwiaty pachły, wiater wiał". Zaraz, zaraz... o czym to ja miałem pisać? A no tak! O Anglii! Dziś omówimy sobie (ta..., jakbyście mieli coś do powiedzenia w tym wypadku :PP) Broadway'e! Tak, tak. Miejsca, gdzie:<br />
Primo- jest tłoczno!<br />
Secundo- jest kolorowo!<br />
(Nigdy nie pamiętam jaką nazwę nosi "po trzecie".) - jest... a raczej odnosi się wrażenie, że znajdując się w takim miejscu jesteśmy na rynku... bez rynku. Szerokie chodniki (pewnie mają ustawę o minimalnej dopuszczanej szerokości. Wiecie - dla, "złudzenia optycznego" - duże na dużym wydaje się "normalne"... wydaje się.), Kolorowe prospekty (?) zachęcające ludzi do robienia rzeczy, których nie mają zamiaru - oddawania swoich ciężko zarobionych pieniędzy ciapakom, którzy po opuszczeniu swojego kraju łapli się na etat w funciakach. (Taki odpowiednik wszystko po N-złotych. Z produktami "po terminie." I masą innych badziewnych, nieprzydatnych rzeczy żałosnej jakości.)</p>
<p align="justify">Karierę robią również Subway'e. Pytając początkowo "co to?" Odpowiadano mi: "taki angielski odpowiednik MC Donalda." Ale! Zauważyłem pewną różnicę i od momentu, gdy tam zawitałem, gdy zjadłem swoją pierwszą kanapkę! Za 32.50zł (Wybrałem stosunkowo tanią. Do konica życia będzie mnie prześladywać.) ... już nigdy nie mogłem się z tym zgodzić. Cały posiłek przygotowywany jest na naszych oczach. Dostajemy "serię pytań" (z czymś mi się to kojaży... ;) ) Zaczynającą się od... Najnormalniejszego w świecie pytania- "bułka?" (Miałem zaszczyt być obsługiwany przez brytyjczyka, którego koleżanka uczyła polskiego. Oczywiście tylko na tyle by rozumiał w sklepie. I gdy ja chciałem do niego po angielsku, to mi kazał po polsku.) Po obejżeniu kilku okazałych produktów o dość pokaźnych rozmiarch, podajemy nazwę, lub wskazujemy paluchem i mówimy "tą." Bagietka krojona jest na naszych oczach. (Pierwszy raz moje oczy patrzyały na coś tak widowiskowego, szczęka mi opadła jak zobaczyłem szybkość i prezycję z jaką on przekrajał tą bułkę.) Następnie wybieramy sobie sami sałatki i warzywa, które znajdą się w naszym posiłku. Płacimy. Dostajemu kubek... pusty (Początkowo założyłem, że koleś jest guru jeżeli chodzi o relacje sprzedawca - klient, sprzedać pusty kubek...) Potem się zorientowałem, że się zorientowałem, że maszyna która stoi w rogu służy do napełniania "kubka obfitości." Dopóki nie wyjdziemy z lokalu, możemy go dopełniać ile nam się tylko podoba. Cola, Pepsi i jeszcze pare innych chemicznych "czyś." Ale soku pomarańczowego nie było!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Święta 2008 - Kobiety, Klimat]]></title>
<link>http://holyluxas.wordpress.com/2008/01/18/relacja-z-anglii-cz2-kobiety-klimat/</link>
<pubDate>Fri, 18 Jan 2008 21:51:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>holyluxas</dc:creator>
<guid>http://holyluxas.wordpress.com/2008/01/18/relacja-z-anglii-cz2-kobiety-klimat/</guid>
<description><![CDATA[Tak to odwlekam i odwlekam. Nie mam w zwyczaju wyrażać skrajnych opini na jakiś temat. Proste. Le]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify">Tak to odwlekam i odwlekam. Nie mam w zwyczaju wyrażać skrajnych opini na jakiś temat. Proste. Lecz, to co zobaczyłem kopnęło mnie w "mUsK". Bardzo... bardzo... I został niesmak. Niedosyt. Uprzedzenia. I przekonanie, że Polki to piękne kobiety. ... A... może to zazdrość? zawiść? Boże! Kur##! "Wjechały mi" na ambicje?! Ba! i to jeszcze jak! Ja - opychając się co dwie godziny, straciłem jedynie troche tłuszczu i rozciągnąłem sobie bebech na tyle, że jadłem do pełna o dwudziestej drugiej, a gdy dwie godziny później kładłem się spać - konałem z głodu. ... one mnie... zdeklasowały.</p>
<p align="justify">Przerastało mnie to, normalnie nie mogłem tego pojąć przez bardzo długi czas, i w końcu doszedłem... wywnioskowałem to! - dlaczego, tam nie przyjmuje się za darmo paroletniego BMW z zepsutą klimatyzacją, która zawsze była włączona (... którą najnormalniej w świecie można wyłączyć odłączając od zasilania?) "strzałeczką" pokazującą ilość paliwa w baku.</p>
<p align="justify">Pamiętacie komune? Nie? To nic nie szkodzi - ja też. Ale wiem, że gdy Anglia "kwitła w interesach" my w sensie Polska robiliśmy to co dalej nam doskonale wychodzi - napychaliśmy kieszenie idiotów... Efekt jest bardzo prosty: Anglicy, mając do wyboru: piękne kobiety, lub wierniejsze maszyny... tutaj nie ma co się rozwodzić nad poprawnością, ważne, że dokonali wyboru, którego my Polacy nie mieliśmy... ;)</p>
<p align="justify">No bez przesady ile można przynudzać o maszynach... (Leszek, jeśli to czytasz... - Gomennasai!)</p>
<p align="justify">"Pada deszcz, taki już było wczoraj..." - "bzdura" (Pozdrowienia dla P. Wychowawczyni) "Pogoda, pogoda, każdej chwili..." Bullshit! Ogromny żal, nienasycenie, i taki cholernie dziwny wewnętrzny niedosyt. Zima, a biało było tylko tam, ... no właśnie tu jest problem - nie było biało. Temperatura minusowa to chyba tylko nocą była, wtedy kaloryfer parzył mnie w d..., a chłodne powietrze z otwartego okna go ochładzało. Więc nie miało to najnniejszego znaczenia. Ale!..."Pamiętam jakby to było wczoraj..." Pamiętam dzień w którym zrobiło się chłodno, miałem na sobie koksiarke (nie taką jak Prezes - nie mój lewel, zresztą widać ją na zdjęciach), i koszulę z krótkim rękawem. Pojechaliśmy do centrum Londynu. Gdy wracaliśmy, "a słońce chyliło się ku zachodowi" - oddalaliśmy się od królewskiego pałacu "dreptakiem księżnej Diany". Było zimo. Wiało. A mój wypaczony mózg nie pozwalał mi zapiąć kurtki, (cholernie nie trawie tego worka, gdy otacza mnie z czterech stron).</p>
<p align="justify">Do rzeczy bo czas się kończy.<br />
Śnieg - o tak! miałem okazję się nim nacieszyć. Padał... z deszczem, ... gdy cisnąłem obwodnicą na Lotnisko.<br />
Deszcz - był. Może padało dwa razy, akurat, gdy byłem w domu. Więc nie ręcze za to, czy to napewno był deszcz, czy lisy "załatwiały się" (czyt, szczały) z dachu na parapet przy oknie z którego było widać Wembley.<br />
Temperatura - widziałem ludzi w krótkich spodenkach, gdy ja targałem w kurtce. Widziałem człowieka w bokserkach idącego do TESKO (może szedł sobie spodnie kupić?), gdy było tak zimno, że zdecydowałem się ją zapiąć.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kredyt]]></title>
<link>http://4kredyt.wordpress.com/2008/01/18/kredyt/</link>
<pubDate>Fri, 18 Jan 2008 11:49:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>4kredyt</dc:creator>
<guid>http://4kredyt.wordpress.com/2008/01/18/kredyt/</guid>
<description><![CDATA[Kredyt
Kredyt  - jest pożyczką pieniężną zaciągniętą w banku na określony cel i czas oraz z]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<h1>Kredyt</h1>
<p><b><a href="http://pokredyt.pl" target="_blank">Kredyt</a> </b> - jest pożyczką pieniężną zaciągniętą w banku na określony cel i czas oraz za określony procent. Udzielanie kredytów przez <a href="http://pokredyt.pl/poradnik-finansowy/instytucje-finansowe/bank.html" target="_blank">banki</a> jest jednym z ich podstawowych zadań. Kredyt uzyskuje się na pewien czas, po którym należy go zwrócić. Czas ten liczony jest w dniach, a przy dłuższych okresach w miesiącach i latach. Procent za <a href="http://pokredyt.pl" target="_blank">kredyt</a> jest jego ceną i stanowi podstawę do obliczenia wynagrodzenia <a href="http://pokredyt.pl/poradnik-finansowy/instytucje-finansowe/bank.html">banku</a>. Wynagrodzeniem <a href="http://pokredyt.pl/poradnik-finansowy/instytucje-finansowe/bank.html" target="_blank">banku</a> za udzielone <a href="http://pokredyt.pl" target="_blank">kredyty</a> są odsetki <a href="http://pokredyt.pl">kredytowe</a>, których wielkość zależy od sumy udzielonego <a href="http://pokredyt.pl">kredytu</a>. Odsetki te płaci kredytobiorca i są one dla niego kosztem. Odsetki od <a href="http://pokredyt.pl">kredytów</a> stanowią podstawowy przychód <a href="http://pokredyt.pl/poradnik-fina