<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>detale &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/detale/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "detale"</description>
	<pubDate>Fri, 25 Jul 2008 14:41:49 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Burza nieduża]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=530</link>
<pubDate>Thu, 24 Jul 2008 19:31:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=530</guid>
<description><![CDATA[Zapowiada się burza. Liczę, że oczyści powietrze. Ciało się do człowieka przykleja, myśli lg]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Zapowiada się burza. Liczę, że oczyści powietrze. Ciało się do człowieka przykleja, myśli lgną do siebie niezdrowo, trudno jedną od drugiej oderwać. Stukają krople o parapet, iskrzy na kablach, wielka łuna nad podwórzem, zadymka, zadyszka... Mało mam czasu w tym miesiącu na rozluźnienie myśli, wewnętrzne spięcia nie pozwalają na wolny oddech, jakby kumulował się we mnie ładunek elektryczności, trzaska na łączach, elektrownia nie nadąża, 20-sty stopień zasilania, a i tak wciąż brak prądu...</p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/07/head.jpg" alt="woman's head study" /></p>
<p>Schowana w swojej głowie, unplugged:), przeszkadza mi dotkliwie wszelkie zamknięcie. Trudno mi się dokądkolwiek wybrać, ale jak już się wybiorę, nie chce mi się wracać, nie chce mi się znów zamykać. Zbyt gęsto jest w domu, szukam wiatru w warszawskich korytarzach powietrznych (a są takie!), bezsprzecznie potrzeba mi rozwianego włosa, poszarpanego swetra, wiatrem niesionego kapelusza... </p>
<p>Płoty też mnie wkurzają. Przechodziłam dziś obok apartamentowca, odgrodzonego od reszty ludzi zasiekami i ochroniarzami, kurzącymi fajkę na murku, którzy patrzyli na wchodzących i wychodzących mieszkańców jak na intruzów (nie po raz pierwszy przekonuję się, jak łatwo odwracają się role i podział obowiązków). Kilka dni temu - w płaczliwy deszczem wtorek - zaplątałam się w przemoczonych butach w jakiś zagrodzony zaułek na tyłach Nowego Światu i doprawdy poczułam, co znaczy wpaść w kleszcze współczesności i że to tak naprawdę oznacza jedynie poczucie wyższości, strach przed obcym i układami, pozorne wrażenie porządku i ładu... Obejrzałam też ten meksykański film - "Zona" i przeraziłam się tym, do czego mogą doprowadzić się ludzie, którzy myślą, że ich życie i mienie jest tak cenne, że trzeba je chronić w prywatnym mieście (państwie niemal), a które czyni ich dom nie oazą spokoju na niespokojnym oceanie, ale więzieniem, przebywanie w którym na dodatek grozi śmiercią, bynajmniej nie ze starości...</p>
<p>Nie można też się dostać do niektórych miejsc, bo ich już nie ma. Nie ma Mercersów (nazywanych przez niektórych biurem:), jest za to różowy bank (mizerna namiastka przybytku rozkoszy), nie ma paru kawiarni na mieście ("Nie wszyscy chcą mieszkać obok lokalu, z którego unoszą się różne zapachy, lepsze byłoby biuro albo butik" - cytat ze Stołka), zaraz zamkną Lunę i Iluzjon. Będzie doprawdy pięknie - puste place (bez śmieci), z eleganckimi marmurowymi schodami (wtedy nie będzie i dzieci), z chudymi paniami przegryzającymi liść rukoli w porze obiadu. Wtedy wszystko, co złe, nas ominie - a i natura o nas zapomni - jak ta burza, która przeszła szerokim łukiem obok naszego domu. Miało zacnie popadać, a nawet ona miała nas w nosie. </p>
<p>Oj, iskrzy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Leniwe godziny]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=525</link>
<pubDate>Fri, 11 Jul 2008 20:25:55 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=525</guid>
<description><![CDATA[
Leniwe godziny lipca (a jest ich doprawdy niewiele) skutecznie zakłóca ludzka głupota i jej spek]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/07/lazy.jpg" alt="lazy hours" /></p>
<p>Leniwe godziny lipca (a jest ich doprawdy niewiele) skutecznie zakłóca ludzka głupota i jej spektakularne osiągnięcia. "Chciałbym, żeby choć na chwilę wytłukło idiotów" - takie marzenie miał onegdaj jeden z moich ulubionych, Tadeusz Nyczek. Mniemam, że nadal ma. Mniemam, że trzecie pokolenie po Nyczku będzie miało... Leniwe godziny uświadamiają życiową słodycz, dają szansę na odrobinę próżności i zdrowego egoizmu, dlatego wręcz do rozpadu osobowości doprowadzają mnie uwagi (nazywane przeze mnie didaskaliami): "Nie rozumiem, dlaczego nie ubrała pani dziecku swetra, przecież dziś jest zimno" albo: "Nie rozumiem, dlaczego ubrała pani dziecku sweter, przecież dziś jest upał", albo (szeptem, ale i tak wszyscy słyszeli): "Po co tyle tych Chinek w Warszawie", albo (głośno): "Ale pan śmierdzisz, wysiadaj!". Leniwa godzina kurczy się w zastraszającym tempie, umyka gdzieś jej terapeutyczna moc, właściwie niezależnie od tego, czy powyższe uwagi mnie bawią czy wkurzają - irytują mnie bowiem w każdym wypadku, bo głupota zawsze działa mi na nerwy... Natomiast <strong>ewidentny szczyt głupoty </strong>zarejestrowałam wzrokowo kilka dni temu. Wielki bilboard na kamienicy niedaleko mojego domu. Reklama okien z eukaliptusa, którą reklamuje miś koala... Nie mam do tego komentarza, choć powinnam, ale wrodzona zdolność do ciętej riposty w zetknięciu z czymś takim wydaje ostatnie tchnienie. Porównać podobną akcję marketingową można by do reklamy etiopskiej kawy przez dziecko z opuchlizną głodową... </p>
<p>Poza tym, na co wystarcza leniwa godzina? Na koktajl bananowy w pewnej lansiarskiej klubokawiarni, bo w innej - bardziej lansiarskiej - kręcili akurat film i była zamknięta. Wystarcza na michę czereśni z kawałkiem biografii V.W., kilka listów, krótkich listów, i garść dwuminutowych pixarowych animacji, które pozwalają trwać w przekonaniu, że geniusz ludzki i kreatywność mają się jeszcze dobrze...</p>
<p>---</p>
<p>Pardon za nieobecność na Waszych blogach, czytelnicy, weekend nam to wszystkim wynagrodzi:)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Matka Czereśnia]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=518</link>
<pubDate>Fri, 04 Jul 2008 20:45:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=518</guid>
<description><![CDATA[ 
Matka Czereśnia jest ostoją mojego żywota. Jest ciepłem, które wyzwala ziemia i pozwala trwa]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> <img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/07/cherrys.jpg" alt="sweet cherry" /></p>
<p>Matka Czereśnia jest ostoją mojego żywota. Jest ciepłem, które wyzwala ziemia i pozwala trwać. Czereśnia rozrasta się we mnie od dziecka i jest już całkiem sporym drzewem o szorstkiej korze i wiotkich gałęziach. Niemiłosiernie wyszczerbiona przez szpaki, do dziś zachwyca niespotykaną fakturą i kolorem liścia. Słodycz czereśni jest słodyczą pospolitą, słodką fruktozą:) To nie gorzkawe wyrafinowanie wiśni, eleganckie i gęste karminową czerwienią, ale pucołowaty policzek, smagnięty nieco słońcem, który nie zdąży się zaczerwienić żadnego lata, bo i po co czekać? Deszcz pestek za płotem, konkurs plucia na odległość, kolczyki z owoców noszone do zmęczenia uszu, chowany na później najpiękniejszy owoc, by "później" nie móc go już zjeść... Matka Czereśnia tuli do niepozornej piersi, pozwala włazić sobie na głowę i naginać konary, pozwala rwać garściami, a poza tym każda czereśnia jest Matką Czereśnią, która w zieloności skrywa sekrety, tłumi rozgrzane szepty i - w przeciwieństwie do wielu matek - i nie daje żadnych rad, za to daje czereśnie...</p>
<p>---</p>
<p>Znów jestem pod wpływem Virginii. Czytam jej biografię. Miała w rodzinie uroczego przodka - nazywał się Chevalier Antoine de l'Etang i służył w Indiach. Zapamiętano go tam jako wielkiego łgarza i pijaka. Zapił się zresztą na śmierć, a jego ciało wysłano do domu w beczce spirytusu, która (sic!) eksplodowała na oczach przerażonej wdowy, wyrzucając nieboszczyka. Eksplozja podpaliła statek, którym przewożono pana de l'Etang i statek ten utknął na mieliźnie w pobliżu Hooghly...</p>
<p>Przy takich historiach czymże jest jeden niewinny kieliszek czereśniówki?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Monolog]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=513</link>
<pubDate>Mon, 30 Jun 2008 20:58:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=513</guid>
<description><![CDATA[ 

 
Mania wyrzucania gazet (by w domu nie było jak w czytelni) pozbawiła mnie interesującego c]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> <br />
<img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/jasminum2.jpg" alt="jasmine" /><br />
 <br />
Mania wyrzucania gazet (by w domu nie było jak w czytelni) pozbawiła mnie interesującego cytatu z niedzielnej GW. Dubravka Ugrešić napisała ładny kawałek o kobiecej kulturze ostatnich lat. Przebiegła galerię ostrych babek z komiksów i innych popkulturalnych widowisk, zatęskniła za romantycznym kinem - ale dla mnie najciekawszy jest fragment z samego końca tego artykułu. Traktuje o tym, że kobiety tworzące kulturę uprawiają monolog. Chcą się wygadać w dziedzinach, do których długo nie były dopuszczane lub które dla nich samych do niedawna były tabu. Nie powiem, trochę olśnienia na mnie spłynęło i zaczynam rozumieć, dlaczego nie pociągają mnie dzieła kultury tworzone przez kobiety, szczególnie młode kobiety, pozbawione złudzeń, odarte z tajemnicy i często pozbawione odzieży... Nie mogę się zmusić do przeczytania książki, w której kobiece bohaterki mielą językami o czymś, co powinny przegadać będąc w podstawówce, chłoną świat, jakby go wcześniej nie było i - jadąc po bandzie - korzystają ze wszystkich dobrodziejstw równouprawnienia, co kończy się zazwyczaj piękną katastrofą... I nie mogę - doprawdy - patrzeć na dzieło sztuki składające się portretów nagiej kobiety naturalnej wielkości, wykonanych aparatem fotograficznym w dziennym sinym świetle, które obnaża wszelkie niedoskonałości, fałdki i smugi cienia. Nie mogę, bo nie mam wrażenia, że ktoś chce ze mną zadzieżgnąć nić dialogu, pozwolić na dopowiedzenie lub komentarz, za to mam nieustające poczucie, że wszystko zostało powiedziane, wyrzucone z siebie jednym haustem i na dokładkę skomentowane/skonsumowane. Jestem widzem potrzebnym, ale lekceważonym... </p>
<p>Nie ma wyjścia - przyroda stawia na równowagę. W sztuce też zdaje się obowiązywać podobna zasada. Kobiety nie mogą gadać do siebie i dla siebie tylko, choćby tylko z tak prozaicznego powodu, że to, czego wcześniej nie mogły/nie umiały powiedzieć, musi być zrozumiane przez inne kobiety, no i przez mężczyzn, którym często zarzucają w swoich dziełach niezrozumienie kobiecej natury! To proste, a takie trudne do wykonania. Przekłada się jednak na banalną codzienność - na umiejętność podjęcia zwykłej rozmowy, także z mężczyzną właśnie. Na użyciu takiego języka, który pozwoli być zadowolonym każdej ze stron, bez kompromitujących zwrotów w postaci: "Nigdy tego nie zrozumiesz, bo nie jesteś kobietą"...</p>
<p>Wyrzuciłam gazetę i nie mam błyskotliwego cytatu z Dubravki na koniec. Mam za to cytat z geniusza Sándora Márai: "[...] piękna kobieta, która potrafi się wdzięcznie uśmiechnąć i stroić czarujące miny, nie jest już taka piękna w chwili, gdy w trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że ta piękność jest głupia jak but. Istnieje bezrozumna piękność tak samo, jak pozbawiony rozumu talent".</p>
<p>Zostaję w domu. Ten pociąg, którym miałam odjechać w środę, właśnie mi uciekł...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Głód przestrzeni]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=469</link>
<pubDate>Thu, 26 Jun 2008 20:35:19 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=469</guid>
<description><![CDATA[
Po raz pierwszy Maryśka przyniosła matce chusteczkę, ser i kawałek chleba, gdy miała ze 4 lata]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/hunger7.jpg" alt="i feel..." /></p>
<p>Po raz pierwszy Maryśka przyniosła matce chusteczkę, ser i kawałek chleba, gdy miała ze 4 lata. - Zrób mi z tego węzełek - zażądała. - Wyruszam w świat. Ten świat to było wtedy pole za pastwiskiem albo bzowy zagajnik, albo warzywnik obok domu. Stawiała małe, bose stopy na ciepłym piachu i wydawało jej się, że ziemia jest niezmierzona, ogromna, a jednocześnie należy tylko do Maryśki, która może zająć sobą każde miejsce i w każdym z nich rozłożyć swój węzełek z jedzeniem. Nie czuła w sobie żadnych ograniczeń, nie znała żadnych obostrzeń i zakazów, dodatkowo prowadzona czujnym spojrzeniem matki, która obserwowała ją zza firanki. Maryśka przestała wyruszać w świat, gdy pierwszy raz w życiu poleciała samolotem. I to nie byle blisko - bo aż do Australii. Gdy postawiła nogę na ziemi, obiecała sobie, że nigdy już nie wyruszy w świat, że zajmie ten kawałek przestrzeni, który jej przypadnie. - Ziemia jest jednak mała - powiedziała. - Właściwie zbyt mała, bo jeśli w każde miejsce na świecie można dotrzeć w kilkanaście godzin, to żadna podróż...</p>
<p>To początek artykułu, który miałam napisać do gazety na szczeciński festiwal sztuki ulicy, ale nie napisałam, bo robota mnie przygniotła, a i F. złapał przeziębienie... Ale stało się, przy - i tak przecież dużym - biurku poczułam głęboki głód przestrzeni. Nie tylko przestrzeni festiwalowych, które pachną znajomo i kusząco, ale przestrzeni w najprostszym rozumieniu - pola, które nie kończy się z żadnej ze stron, wody, która oblewa po horyzont, góry w chmurach, pustyni, która razi w oczy bezkresem, łąki, zielonej po czubki traw, drogi, która się wije serpentyną i polany zalanej łubinami. Mam pragnienie węzełka - ale pustego węzełka - nawet bez aparatu fotograficznego, żadnych soczewek i obiektywów - tylko spojrzenie, tyle...!</p>
<p>Liczę, że ten poranny pociąg w środę zechce na mnie poczekać...</p>
<p> </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Za Paryżem]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=496</link>
<pubDate>Tue, 17 Jun 2008 13:03:34 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=496</guid>
<description><![CDATA[Nie tęsknię za Paryżem. Jak wszędzie, tak i w Paryżu są dni gęste od awantur, łez i wyrzutó]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nie tęsknię za Paryżem. Jak wszędzie, tak i w Paryżu są dni gęste od awantur, łez i wyrzutów, także wyrzutów sumienia. Jak wszędzie, tak i tam są kubły na śmieci wypełnione kubkami po coli i papierami po hamburgerach. Ale jak niemal wszędzie jest targ z prawdziwym jedzeniem, jakiś romantyczny punkt na mapie, jest jakiś kościół i jakiś peep show... A świat jest wioską, więc wszędzie są jacyś znajomi, o czym głosi znana teoria, że przez 7 ludzi można dotrzeć do każdego. Zatem nie tęsknię za Paryżem, jak chyba nie będzie tęsknił hipochondryk Jack z filmu "Dwa dni w Paryżu", który obejrzałam w niedzielę. Gość, doprawdy mogłabym go polubić - tuż po etapie, na którym oszalałabym z nim na pewno. Co za bogata (amerykańsko-żydowska) natura: kocha bliźnich (inaczej niż wszyscy, cóż...), kontroluje esemesy swojej dziewczyny (człowiek słaby jest, doprawdy), potrafi rozmawiać z każdym i na każdy temat (przybierając przy tym rozmaite grymasy, najczęściej totalnej dezaprobaty), jest wrażliwy (tak mocno, by trzymać homoseksualistę za rękę w miejscu publicznym)... A ona? Piękna Marion z lekką nadwagą (rzuciła palenie) chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, jak nie przystają do siebie te światy - ten amerykański, demokratyczny, choć tak purytański, i francuski, tak rozwiązły, choć w tej rozwiązłości zagubiony... </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/cola1.jpg" alt="2 pm" width="350" height="461" /></p>
<p style="text-align:left;">I jak wszędzie, tak i w Paryżu potrafi być komicznie, zawsze wtedy, gdy ludzie nie potafią się dogadać albo gdy jedni drugich poddają morderczym testom na znajomość kultury (Renoir? Khem, khem?), do obiadu oprawiają królika, rozmawiają z taksówkarzami rasistami/sadystami/bufonami/ogierami - do wyboru. W sumie - jak wszędzie. I jak wszędzie - tak w Paryżu - i jak w każdym związku, tak i w związku Marion i Jacka - przychodzi moment, którego się już nie przeskoczy zwykłym hopsasa, można go jedynie przegadać, stawiając czasem na jedną kartę i na ostrzu noża. Atmosfera jest bardziej lub mniej rześka w zależności od tego, ile się w czasie takiej rozmowy nakłamie, sobie i partnerowi:) Rześka jak paryski świt przy Wieży E. jak mglisty poranek przy Pałacu KiN... Jak obietnica kolejnego początku. Czyli jak zawsze i wszędzie...</p>
<p style="text-align:left;">---</p>
<p style="text-align:left;">Nie tęsknię za Paryżem, bo za każdym Paryżem jest jakieś jezioro, w którym utopić się może świetny muzyk (est, czy będzie istnieć nadal?) i za każdym Paryżem jest jakaś zaminowana afgańska droga, na której w powietrze może wylecieć jakiś świetny żołnierz (M., kochana, jesteśmy z Tobą)...  </p>
<p style="text-align:left;">Więc nie tęsknię...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Deficyt]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=493</link>
<pubDate>Fri, 13 Jun 2008 20:07:18 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=493</guid>
<description><![CDATA[Mam deficyt słów. Co pomyślę, to już było, stare i wypłowiałe te wszystkie zdaniowe układan]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Mam deficyt słów. Co pomyślę, to już było, stare i wypłowiałe te wszystkie zdaniowe układanki, zdają mi się trącić naftaliną. Dziury w lekturach, niczego nie czytam, nie myślę nawet, by coś zacząć czytać, a i co zacznę przeglądać, wertować, to natychmiast mam poczucie, że już to kiedyś czytałam, nawet jeśli książka dopiero co w księgarni. Nie garnę się do kultury (a i do piłki nożnej też nie, choć może to i dobrze)... </p>
<p>Za to zachwycam się naturą. </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/trioflora.jpg" alt="flowers form meadow" width="420" height="300" /></p>
<p>A może moja niemoc związek ma właśnie z wybujałością przyrody - może ona, inicjując ten zachwyt - mowę mi odebrała? Może podstępem wysysa ze mnie energię, mami kolorem krajobrazu i uszczupla moje werbalne zapasy? Liczę, że jak już wszystkie lipy stracą aromat, a jaśminowi opadną płatki, wrócę do równowagi... Do odwagi i uwagi...  </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Twierdza, 2 detale i... pustka.]]></title>
<link>http://msjacko78.wordpress.com/?p=68</link>
<pubDate>Wed, 11 Jun 2008 20:08:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>Jacko</dc:creator>
<guid>http://msjacko78.wordpress.com/?p=68</guid>
<description><![CDATA[Ot tak z nudów sobie niedawno strzeliłem.



A w ogóle, to ostatnio czuję wokół siebie jakąś]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ot tak z nudów sobie niedawno strzeliłem.</p>
<p><img src="http://img294.imageshack.us/img294/152/wpis115a20080611twierdzgt6.jpg" alt="" /></p>
<p><img src="http://img177.imageshack.us/img177/2480/wpis115b20080611linaek1.jpg" alt="" /></p>
<p><img src="http://img177.imageshack.us/img177/2051/wpis115c20080611kwiatkiih0.jpg" alt="" /></p>
<p>A w ogóle, to ostatnio czuję wokół siebie jakąś taką dziwną pustkę...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ten czas]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=490</link>
<pubDate>Mon, 09 Jun 2008 12:37:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=490</guid>
<description><![CDATA[To już jest stanowczo TEN czas. Czas, gdy starsze panie wyjmują z kufrów słomkowe kapelusze, a z]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>To już jest stanowczo TEN czas. Czas, gdy starsze panie wyjmują z kufrów słomkowe kapelusze, a z szaf kwiatowe sukienki, wiązane w pasie kolorową wstążką lub paskiem. To jest TEN czas, gdy kasztany dostają miękkich kolców, które nie są groźne, a które jedynie łaskoczą w nos. To jest TEN czas poranków, polanych rosą, wieczorów schłodzonych piwem, które w TYM czasie smakuje nie jak przerywnik, ale jak prawdziwa ambrozja. To jest TEN czas, gdy czerwienieje kark - w kilka godzin, a palce - między paskami sandałów - przybierają kolor świeżo wypalonej cegły. I to jest TEN czas, gdy przez otwarte na oścież okna i balkonowe drzwi słychać mój ulubiony odgłos rozstawianych na stole talerzy i miękki chlupot nalewanego chłodnika. Tak, to jest TEN jogurtowo-ogórkowy czas, podbity smakiem świeżo krojonego szczypiora i rzodkiewki. Cienko krojonej kalarepy, botwiny i czosnku. To jest TEN czas zapominana i przypominania, wieczny okrąg czasu, który zjada swój własny ogon. Czas refleksji nad miską zupy i czas psot. Moczenia nóg w fontannach - pierwszy raz w tym roku, to zawsze smakuje! Bosej przebieżki po łące - wielka rzecz! Stawiania na nogi przewróconych chrabąszczy - ku chwale Natury!</p>
<p> <img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/bella.jpg" alt="june" width="409" height="365" /></p>
<p>Czerwiec trwa. Miesiąc nawiązywania namiętności. Międzyludzkich, internacjonalnych... To są głębokie uczucia, pachnące nie do zniesienia, niczym woń kwiatów dzikiego czarnego bzu... Nad światem niemal paruje gęsty kremowy smog miłosnych uniesień, ciężka kurtyna z westchnień i pożądań. A jednocześnie TEN czas jest trudny dla tych, co nie dostają wzajemności, dla fałszywych namiętników i matrymonialnych oszustów,  bo w czerwcu prawda jest obnażona jak nigdy w roku, bezpretensjonalna, a słowa są szybko weryfikowalne. Bo choć mogą nie być obietnicą wiecznej namiętności, są obietnicą namiętności chwilowej, ale niezafałszowanej, nietrącącej pozorem i lansem...</p>
<p>Dlatego nie pójdę na randkę z Michelem Houellebecqiem, bo czerwcowa aura zweryfikowałaby go jako dobrowolnego, sowicie opłacanego współpracownika Służb Blichtru...</p>
<p>Pójdę za to siać maciejkę...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[(Nie)nasycenie]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=488</link>
<pubDate>Wed, 04 Jun 2008 21:26:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=488</guid>
<description><![CDATA[
Ma się ku lepszemu - zdecydowanie potwierdzam i składam podziękowanie za troskliwe zapytania w s]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/06/truskawa.jpg" alt=")" width="430" height="323" /></p>
<p>Ma się ku lepszemu - zdecydowanie potwierdzam i składam podziękowanie za troskliwe zapytania w sprawie mojego zdrowia - także mailowo - co mnie radośnie zaskoczyło i wzruszyło dogłębnie. Są dobrzy ludzie na ziemi i ja ich znam:)</p>
<p>W sprawie (nie)nasycenia. Kilka lat temu nie umiałam donieść truskawek do domu. Ginęły, przepadały po drodze, nieumyte, trzaskające od piachu i tłuste od rąk przekupek na targu. Zostawała po nich garść szypułek i elegancka foliowa torebka z czerwonymi zaciekami. To był instynkt - ostre pożądanie, prawie jak u Michela Houellebecq'a (tak nawiasem, kto idzie na spotkanie z nim, bo ja sama się boję?) - pierwotny pęd do nowalijek:) Coś jakby chęć odtworzenia smaku pierwszej zjedzonej w życiu truskawki, potrzeba ciągłego przypominania, ale żarłoczna i wymagająca natychmiastowego spełnienia.</p>
<p>Dziś jest inaczej. Jestem nabożna. Starannie niosę, delikatnie wyjmuję z eleganckiej foliowej siatki i płuczę, używając durszlaka! Stanowczo! Potem rozrabiam sobie na spodeczku (piękne słowo), tak, na spodeczku, jogurt z cukrem i chwytam jedną, drugą, maczam i zjadam z kulturą, jaka przystoi jedzeniu specjałów. Czyżbym przez kilkanaście lat nasyciła się truskawką? Już mnie bowiem tak nie nęci... Czyżbym była już nią wypełniona, czyżby stała się ona fragmentem mnie i nie mam obowiązku się z niej budować tak wytrwale i zachłannie? Zmiany, które idą z wiekiem, są doprawdy podstępne i cichociemne... Jakby trochę żal tego żaru pożerania, rzeczywistość czerwcowa znacznie traci na uroku... Jakby coś spowszedniało, ale - po dłuższym zastanowieniu - przecież to nieprawda... Smakuje jak kiedyś... Trzeba szukać innego - dojrzałego - wymiaru tego związku. Jak w miłości - niby tak samo, a jednak inaczej... By się nasycić, wystarczy kilka owoców, nie cały kilogram...</p>
<p>I chyba mnie to nie smuci.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Liść...]]></title>
<link>http://msjacko78.wordpress.com/?p=64</link>
<pubDate>Fri, 23 May 2008 19:15:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>Jacko</dc:creator>
<guid>http://msjacko78.wordpress.com/?p=64</guid>
<description><![CDATA[Jako, że czasami (czytaj - BARDZO RZADKO&#8230;) udaje mi się zrobić w miarę dobre zdjęcie jaki]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jako, że czasami (czytaj - BARDZO RZADKO...) udaje mi się zrobić w miarę dobre zdjęcie jakichś detali, postanowiłem stworzyć nową kategorię - detale. Będę w niej umieszczał właśnie takie zdjęcia. Dzisiaj na przykład strzeliłem liścia.<br />
<img src="http://img267.imageshack.us/img267/9554/wpis11220080523lihs6.jpg" alt="" /></p>
<p>Nieskromnie powiem, iż mam nadzieję, że nie tylko mnie się podoba...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Co to jest?]]></title>
<link>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=66</link>
<pubDate>Mon, 19 May 2008 05:45:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>eD</dc:creator>
<guid>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=66</guid>
<description><![CDATA[
Mapa
]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img style="vertical-align:middle;" src="http://i180.photobucket.com/albums/x168/emwu2007/W%20Toruniu/zagadka.jpg" alt="Zagadka" width="500" height="375" /></p>
<p><a href="http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF8&#38;hl=pl&#38;msa=0&#38;ll=53.008244,18.601903&#38;spn=0.002434,0.005322&#38;z=17&#38;msid=114770987012929467502.00044ea8b11a37bf79dca">Mapa</a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wakacje z kurami]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=478</link>
<pubDate>Thu, 15 May 2008 12:09:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=478</guid>
<description><![CDATA[
Wstęp do wakacji. 10 dni bez aparatu fotograficznego i nieustającego dostępu do sieci. Kury i do]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/kurra.jpg" alt=")" width="420" height="634" /></p>
<p>Wstęp do wakacji. 10 dni bez aparatu fotograficznego i nieustającego dostępu do sieci. Kury i dojrzewające poziomki. Wyklują się bociany i bedą uczyły się latać...</p>
<p>Zobaczymy się w czerwcu. Adieu!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jejusmargaryna]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=474</link>
<pubDate>Tue, 13 May 2008 10:34:47 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=474</guid>
<description><![CDATA[Kto tu bywa, wie, skąd się wzięła jejusmargaryna. Ale nawet jeśli nie wie, skąd znam to słowo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kto tu bywa, wie, skąd się wzięła jejusmargaryna. Ale nawet jeśli nie wie, skąd znam to słowo, to zna jejusmargarynę, bo każdy taką w swoim świecie (przynajmniej jedną) ma...</p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/portokrem.jpg" alt="greetings from Porto" width="430" height="283" /></p>
<p>Jejusmargaryna to smak, który zmienia optykę, rzeknę więcej - stawia świat na głowie, rzeknę jeszcze więcej - rozbiera świat do naga i ubiera go w nowe odzienie, człowieka zostawiając sam na sam z nieznanym doznaniem. A człowiek, co w jego naturze, przerzuca tę nowość z ręki do ręki, z myśli do myśli jak gorącego kartofla i poszukuje paraleli - czy ja to znam, z czym to mam porównać, do czego to podobne? Jejusmargaryna wytrąca z ręki broń, jaką jest przyzwyczajenie... Jejusmargaryną jest na przykład konfitura z porto*, czyli z wina. Już konsystencja - słodka i gęsta oszałamia i wabi. Samo porto w winnej postaci jest wynalazkiem na miarę koła, za to konfitura jest podniesieniem do potęgi aromatu i słodyczy. Jak magdalenka Marcela prowadziła do dzieciństwa, tak portokonfitura prowadzi mnie wąską ścieżyną w drugą stronę - w świat jeszcze do zdobycia i łupów, które są do zagarnięcia. Przez moment samo patrzenie wystarczy - karminowa kropla na pleśnowym serze. Błyszczy lakową czerwienią, droczy się ze mną (wyglądam przecież jak zwykły dżem:), próbuje odroczyć, co nieuniknione (pobłyszczę się jeszcze, a ty na mnie popatrz:). Nie ma siły na jejusmargarynę - kwestia wymaga rozstrzygnięcia. Pleśniowy dym sera i szlachetny cukier porto. Ech, wiruje kula ziemska, w ciemnościach ginie to, co pospolite, a oświetlone zostaje to, co nowe. Jak ze ściany farba, tak ze mnie płatami odpada wspomnienie rosołu, kotleta, kiszonego ogórka... Jejusmargaryna wypełnia po nich pustą przestrzeń dokładnie i do granic. Rządzi niepodzielnie, trzymając naród na kolanach do krańca wytrzymałości... </p>
<p>I oczy zasnuwa obraz spokojnego morza, błękitnego i wzbudzającego nostalgię. Na falach kładą się cienie sierpniowego słońca. Liście drzew pomarańczowych szykują się do podróży, a młody koliber co chwila próbuje wystartować do pierwszego lotu...**</p>
<p>A potem do pokoju wchodzi Virginia Woolf i krzyczy: - Dlaczego nikt się mnie nie boi? </p>
<p>* najmłodszy bracie mój - dziękujemy za odrobinę Porto w naszym domu!</p>
<p>** reminiscencje po lekturze "Orlanda":)</p>
<p> </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Konstans]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=471</link>
<pubDate>Sat, 10 May 2008 20:51:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=471</guid>
<description><![CDATA[
W dzieciństwie nosiłam broszki z łopianu i kolczyki z wiśni. Chodziłam po płotach i zapuszcza]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/okdjuemi.jpg" alt="brooch" width="420" height="238" /></p>
<p>W dzieciństwie nosiłam broszki z łopianu i kolczyki z wiśni. Chodziłam po płotach i zapuszczałam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu zardzewiałej puszki po groszku konserwowym, która zazwyczaj służyła za garnek w dziewczęcych zabawach w dom. Podglądaliśmy zwyczajowe przedwielkanocne świniobicie i dziadka uganiającego się za prosiakiem, a potem czekaliśmy na głuche łup, spadające nieubłaganie na kark wieprza. Osobiście odrywałam ze swojego kolana grube skorupy strupów tylko po to, by zobaczyć, co jest pod spodem - jeszcze świeże mięso czy już zasklepiona, lśniąca blizna... A bałam się jedynie węża pod łóżkiem, którego istnienie wmówiłam sobie po obejrzeniu jakiegoś filmu dla dorosłych. Wstanie w nocy do łazienki graniczyło z cudem i kilka razy o mało nie zakończyło się katastrofą... </p>
<p>Niewiele się zmienia, to już potwierdzone spostrzeżenie. Mlecz puchaty za uchem, broszka z kopru. Chodzę po ogrodzeniu piaskownicy i zapuszczam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu piłki. Podglądam bez zażenowania sąsiadów przez ich otwarte okna, a oni z kolei bez skrępowania obserwują mnie... Czasem jest to bardziej ekscytujące niż niejedno świniobicie:) Bez zmrużenia okiem przemywam skaleczony palec F., choć obiecałam solennie nie dotykać jego strupów in spe, które pojawią się przecież wraz z nauką jazdy na rowerze:) A filmów boję się nadal, koleżanka B. może zaświadczyć, że po obejrzeniu japońskiego "Kręgu" miałam problem z przejściem ciemnym korytarzem do kuchni, co o mało nie skończyło się płaczem...</p>
<p>Czyli konstans. Ale jakie wnioski? Czy się nie zmieniam? Czy rzeczywiście tak niewiele się zmieniam? Czy się wciąż zmieniam, ale jeszcze się nie zmieniłam? Czy zmieniłam się na zawsze w dzieciństwie, czy dzieciństwo mnie zmieniło...? Odpowiedź jest jedna - zbyt wiele alkoholu we krwi zmienia punkt widzenia...</p>
<p>(Żeby się tak w czyjś pępek zapatrzyć... Tak mówiłyśmy, A., pamiętasz?)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zmarszczka nr 1]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=466</link>
<pubDate>Wed, 07 May 2008 20:12:53 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=466</guid>
<description><![CDATA[B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła swoje zęby w nieskazitelnie gładką twarz i nadszarpnęła kruche poczucie stałości i jędrności, jakim B. szczyciła się przez 30 lat życia. Zmarszczka niby niewielka, a jednak z godziny na godzinę rozrastająca się do rozmiarów Rowu Mariańskiego. Niewiele trzeba, by machina się rozpędziła i została naprowadzona na cel, którym jestem ja i odpowiedź na pytanie: - Ty już też odkryłaś jakąś zmarszczkę? Nie umiem odpowiadać na podobne pytania. Ale, przyparta do muru, wyłuszczam: tak, odkryłam, a moja zmarszczka jest pojemna jak spora torba podróżna, jak marynarski worek, gruba jak bela materiału i wielkokrotnie złożona jak metafora poetycka. Tłumaczę - jak dziecku, wszak po 30. człowiek rodzi się raz jeszcze, z czego składa się rasowa zmarszczka: z wylanych łez, z ochów i achów nad dotychczasowymi miłościami, z szaleństw studenckich imprez, z podkradanych papierosów, z piwa otwieranego zębami, ze słów "Nie będziemy już o tym rozmawiać", drżenia łydek przed pierwszą kwalifikacyjną rozmową, z wiśni w kompocie oraz z innych składników, których nie warto tu wymieniać, bo każdy pomarszczony ma swój zestaw (a ja nie będę przecież do końca obnażać mojej pierwszej zmarszczki). </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/broddea.jpg" alt="a beard" width="420" height="554" /></p>
<p>I tyle tłumaczeń. Zanotuję jeszcze, że tak naprawdę zmierzam w zupełnie innym kierunku niż pierwszozmarszczkowe kobiety. Będę zapuszczać brodę, zaiste gęstą i ciemną... To będzie broda "malinowy chruśniak", słodka i bezwzględna. W niej to zaplączą się moje myśli o zmarszczkach, niespełnieniach i niezrealizowanych pomysłach. W niej uwiją gniazdo kosy i śpiewem odpędzą głupie pretensje, żale i nieuzasadnione paplaniny. Tu mieszkać będzie Ciotka Borowa, która na kaszubskich bagnach nęci wędrowców i ich topi, a w brodzie mej zatrzyma nędzne chwile zwątpienia i podupadania na duchu. Wszystkie te brodate zasieki są właśnie po to, by do głowy mojej nie przedostała się żadna, nawet najdrobniejsza, chęć zapytania kogokolwiek o jego pierwszą zmarszczkę. </p>
<p>Adieu, dziś czytam "Orlanda" i kiziam się z Virginią Woolf. Czyli cukier w normie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Krystyna M.]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=464</link>
<pubDate>Mon, 05 May 2008 21:02:19 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=464</guid>
<description><![CDATA[
O tym, że jest czas matury, przypominają mi nie kasztany, ale tłumy pięknie ubranych dziewcząt]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/flowerspo.jpg" alt="flowers" width="420" height="277" /></p>
<p>O tym, że jest czas matury, przypominają mi nie kasztany, ale tłumy pięknie ubranych dziewcząt, które - lekko zarumienione od egzaminacyjnych emocji - wypełniają ulice i kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, jak świetnie wyglądają. Dla nich garsonki i ciemne spódnice to przebranie, które po powrocie do domu zrzucą ze wstrętem i wszystkie od razu wskoczą w jednakowe ometkowane kombinezony:) Dopiero po parunastu latach - ze zdjęć - dowiedzą się, że zawsze powinny się ubierać w prosty i szlachetny krój, ale wtedy kształt łydki już nie ten, pierś mniej sprężysta, a o talii niektóre zdążą już zapomnieć... Wszystko płynie i przemija:) Jak moje imieninowe kwiaty - były i została po nich tylko smutna woda, bynajmniej nie kolońska...</p>
<p>Ale ja nie o tym, choć dziś, gdy - w przypływie wspomnień - powrócił do mnie obraz mojej maturalnej białej bluzki z tureckiego poliestru, zaczerwieniłam się bezwzględnie i uśmiałam jednocześnie. Chcę zanotować raczej to, że mimo najdziwniejszych kostiumów, kobieta wciąż pozostaje kobietą, to znaczy zestaw rzeczy dla niej najważniejszych jest zawsze (lub niemal zawsze) taki sam, tylko atmosfera się zmienia i czas wykonania jest inny. Drogi M. od pewnego czasu skupuje polskie filmy dokumentalne. Pięknie wydawane, technicznie podrasowane, dobrze opisane (to wydawnictwo wydało też antologię polskiej animacji dla dzieci, za którą F. przepada, szczególnie za filmem o samochodziku z muzyką Dudusia Matuszkiewicza). W tej antologii jest także Kazimierz Karabasz, znany mi skądinąd, choć dopiero teraz zaczynam go poznawać od początku. Obejrzeliśmy film "Krystyna M.", nakręcony w latach 70. Opowieść o młodej kobiecie, która ze wsi gdzieś nad Bugiem, przyjeżdża do Warszawy, by osiągnąć lepszy status. W jej rozumieniu dokonała kroku wręcz stumilowego - z miejsca, gdzie przeznaczony byłby jej żywot gospodyni domowej i szybkie zamążpójście za przypadkowego chłopaka, do fabryki w Ursusie, gdzie ma odpowiedzialną pracę i widoki na dobre życie. Zachwyciła mnie jej konsekwencja i upór w działaniu. W pracy dziwią się, że kobieta może wykonywać zajęcia zarezerwowane dla mężczyzn, w technikum rozwiązuje zadania z fizyki zaledwie z kilkoma koleżankami - reszta to panowie. Ma czas na szydełkowanie (bo nie ma telewizora) przy tykaniu budzika i krótkie spotkania z przyjaciółkami. Cały czas przedziera się przez drętwą rzeczywistość, nie do końca wiedząc, dokąd ją ścieżka zaprowadzi, gdy tymczasem współczesne dziewczęta rzucają mimochodem do telefonu: - zdam maturę, potem SGH, prawo i po trzecie marketing, ojciec weźmie mnie do firmy, tam zacznę MBA... Chcą tego samego, ale jedna nie ma śmiałości marzyć i czeka, co przyniesie jutro, a druga już wymarzyła i została jej realizacja bez cienia spontaniczności... </p>
<p>Krystyna M. jest krucha - albo takie sprawia wrażenie - z urody może niezbyt delikatna, ale spojrzenie i głos nie zdradzają kobiety, która dzisiejszym maturzystkom przecierała szlaki w dostępie do tego, co mieli onegdaj tylko mężczyźni. Wyważone zdania, niezaśmiecona polszczyzna, zupełnie nie do porównania z tym, co słyszałam dziś na ulicy, gdy matrurzyści wymieniali się komentarzami na temat egzaminu. Jakby nie mieli czasu na refleksję, a ich języki musiały wciąż coś mówić, gadać, peplać... Coraz trudniej spotkać zrównoważoną nastolatkę, która nie musiałaby wszystkiego dostać zaraz i natychmiast, która ma czas nie tylko na papierosa i żucie gumy, ale na chwilę zastanowienia nad bożą krówką:)</p>
<p>Wzruszający to dokument (pomijając jego nieco propagandową wymowę - dziewczyny do fabryk, itp.) o kobiecie, która chce wyłamać się ze schmatu, odnaleźć swoją własną ścieżkę. Przyznam, że sympatyzuję z Krystyną dużo bardziej niż z jakąkolwiek spotkaną dziś maturzystką, bo to Krystyna wie, że ścieżka jest do przetarcia samemu, do wydeptania jej butami, a nie do spokojnego przejścia z jednego końca na drugi po to tylko, by przejść...</p>
<p>PS. Na mojej maturze z historii było Powstanie Warszawskie. 11 stron drobnym pismem, coś pięknego!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Vespa]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=460</link>
<pubDate>Sat, 03 May 2008 19:07:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=460</guid>
<description><![CDATA[W maju budzą się osy. Ani one nie są moimi przyjaciółmi, ani ja nie jestem obiektem ich ciepły]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>W maju budzą się osy. Ani one nie są moimi przyjaciółmi, ani ja nie jestem obiektem ich ciepłych uczuć - raczej jesteśmy w stanie permanentnej wojny, której bitwy przegrywam sromotnie... Osy są bowiem bezwzględne i nie respektują - ba, nawet nie przyjmują do wiadomości - żadnych możliwości paktowania, układania się, haraczu... Rozkwitają czereśniowe kwiaty, zanurzam w nich spragniony nos - i już są, w środku, brzęczą, a ich tłuste kupry drżą z chęci rozszarpania mnie na strzępy. Całe są instynktem walki, żądzą polowania... Ech i tak całe lato...</p>
<p>Z os to ja najbardziej lubię tę:</p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/duobike.jpg" alt="vespa vespa vespa" width="300" height="824" /></p>
<p>W maju także rok kończy mój blog - zwany również digitalnym pamiętnikiem. Dziękuję Wam bardzo! Za czytanie, za pisanie, za oglądanie. Za towarzystwo i radość towarzyszenia Wam - w Waszych gościnnych progach.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wyzwanie dla wyobraźni]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=458</link>
<pubDate>Wed, 30 Apr 2008 12:37:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=458</guid>
<description><![CDATA[
Znów sypnęło śniegiem. Słodkim jak płatki śniadaniowe. Dziwny ma zapach ten śnieg - dusząc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/flo4.jpg" alt="spring!" width="400" height="531" /></p>
<p>Znów sypnęło śniegiem. Słodkim jak płatki śniadaniowe. Dziwny ma zapach ten śnieg - dusząco kwiatowy i pudrowo cukierkowy. F., który ostatnio stawia na węch, jako na zmysł najbardziej wiarygodny, obwąchuje pnie i gałęzie oblepione białym mchem i otwiera ze zdziwienia oko jedno, a drugim patrzy na mnie, czy potwierdzę: - Tak, kochany, to taki wiosenny śnieg, wszak mamy kwiecień, a w kwietniu, wiadomo, się plecie...</p>
<p>W taki duszny od słodyczy wieczór wracałam ze spotkania z reżyserem Warlikowskim. Wracałam Czerniakowską, a wiatr nosił białe tabuny i kręcił wiry tuż nad stopami - jak w zamieci! I dumałam sobie nad tym, jak to być musi pięknie, gdy człowiek od losu dostaje taki bezwzględny talent. Ktoś umie śpiewać i śpiewa jak skowronek od dzieciństwa, a otoczenie się zachwyca i kieruje na właściwą ścieżkę, tak, by móc te 10% talentu wzmocnić 90% ciężkiej pracy. By na końcu tej ścieżki odnotować wielki sukces. Albo dzieciak rysuje namiętnie od urodzenia, rysuje pięknie, do utraty tchu - po to, by zostać architektem, który mówi o sobie: "Jestem wyzwaniem dla wyobraźni" i buduje domy sięgające dachami pięt Twardowskiego:) Albo nastolatek Krzysztof ze Szczecina, któremu miasto dało wszystko, właśnie dlatego, że nic nie dało - poza determinacją, by wyjechać w inne kraje, w inne światy, by te światy chłonąć, by tworzyć teatr... Taki talent to prawdziwy dar, niewielu go dostaje, reszta dostaje po trochu: odrobina słuchu muzycznego, umiejętność w miarę przyzwoitego narysowania kotka albo misia, brak ofiar na parkiecie podczas tańca (to naprawdę jest duża umiejętność!), minimum estetycznego gustu, szczypta talentu do słuchania i rozmowy, krztyna poczucia humoru - wszystko to pozwala żyć, ale jednocześnie nie pozwala na gwałtowne uniesienie, bo żaden z tych darów nie jest na tyle wielki, by go rozwijać do poziomu Teresy Salgueiro, Zahy Hadid, Krzysztofa Warlikowskiego... Pewnie, należy się cieszyć z tego, co się ma i nie martwić tym, czego się nie ma, ale jednak, gdy idzie się w środku takiego słodkiego deszczu, trudno się nie zastanowić, jakie to uczucie taki ogromny talent mieć? Czy jest się tego świadomym? Czy może wciąż ma się uczucie niedosytu, nieustającego kwestionowania? Ciągłą potrzebę podsycania? Strach, że się go straci - jak Maria Callas, która wciąż się bała, że straci głos - i go straciła? Dla jednych to pewnie odrzutowiec wprost do nieba, dla innych taki talent to przekleństwo...</p>
<p>To nie ja, to ten śnieg takie myśli wyzwala... Spotkanie z reżyserem bowiem było jak tysiące innych ze znaczącymi  twórcami - niczego nowego się nie można dowiedzieć - raczej jedynie otrzeć się o wielką osobowość - pooddychać tym samym powietrzem:) Wcześniej nie widziałam Warlikowskiego na spotkaniu z widzami, dlatego przyjemnie było zobaczyć, że to człowiek z klasą, dla którego nie ma głupich pytań, każde jest istotne, jeśli nie dla tego, kto odpowiada, to na pewno dla tego, kto pyta. Nie wszyscy twórcy to wiedzą, zdążyłam się wielokrotnie o tym przekonać. Poza tym przez moment - wśród tych szczupłych, zachwyconych studentek, które patrzyły w reżysera jak w obraz, znów poczułam się jak na którymś z teatralnych festiwali, gdy siedząc na podłodze w dusznej sali i słuchając wypowiedzi Leszka Mądzika, zastanawiałam się: jak to jest mieć tak fenomenalny talent...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kraksa Kasandry]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=454</link>
<pubDate>Mon, 28 Apr 2008 05:45:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=454</guid>
<description><![CDATA[
Sobotnia noc doprawdy musiała być upojna. Skasowana ławka, naruszone drzewo, rozbity reflektor]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/fiat.jpg" alt="fiat bambino" width="400" height="300" /></p>
<p>Sobotnia noc doprawdy musiała być upojna. Skasowana ławka, naruszone drzewo, rozbity reflektor... Przez cały dzień to auto - porzucone bez cienia żalu przez własciciela - było atrakcją naszej ulicy... Wygląda jak wyrzut, poczyniony dorosłości, że pozwala na takie nieprzyjemności... Ale zanim ta historia nabierze aromatu najprzedniejszej anegdoty, przyniesie temu sobotniemu kierowcy niemało kłopotów...</p>
<p>Myślę o tym wyrzucie wobec dorosłości od dwóch filmów ostatnio widzianych. Pozornie niepasujących do siebie, a jednak wiele je łączy. "Control" i "Sen Kasandry" są opowieściami o inicjacji w dorosłość. Ian Curtis niemal jednym gestem przechodzi ze zdecydowanych chęci do nonkonformizmu w sam środek nonkonformizmu, którego nijak nie da się dzielić z tzw. normalnym życiem, a dwaj bracia z filmu Allena w jednej chwili dowiadują się, że dorosłe życie, którego tak bardzo chcą, wymaga nie tylko wyprowadzenia się od rodziców, ale i podejmowania kwestii znacznie trudniejszych i doprawdy wyrafinowanych jak monologi z greckich tragedii... Są tacy, co się znakomicie odnajdują, jak jeden z braci, ale dla innych przebijanie się przez kolejne etapy bycia dorosłym kończą się kraksą. Tyle marzeń i obgadanych po nocach planów, a Kasandra ma i tak dla każdego tylko jedną ścieżkę i czasem podszeptuje, że ta - a nie inna - będzie najwłasciwsza, ale oczywiście nikt jej nie słucha... Każdy wie lepiej, co jest mu przeznaczone... Jasna rzecz, że nie byłaby ludzkość w miejscu, w którym jest teraz, gdyby słuchała tych podszeptów - to właśnie tacy nonkonformiści pchają świat do przodu, dają mu skrzydła, koło, zacne trunki, wspaniałą muzykę i jeszcze lepsze wiersze... </p>
<p>Ale kto - w licealnej ławce - by pomyślał, że dorosłość tak boli? Weryfikacja jest szybka - to nie chodzenie z głową w chmurach, ale ewidentne chodzenie na pasku - korporacji, rodziny, wymagającej publiczności... Nieustająca - nawet nie walka - ale nudna szarpanina między tym, co się wydawało, gdy nastolatkiem wypalało się trawkę albo papierosy rodziców, a tym, co w słowie wolność oferuje dorosłość - pożyczony jaguar, przejażdżka którym zaiste rozwiewa włosy, dreszczyk emocji (dlaczego nie) przy legalnym już teraz (a nie pokątnym, gdy się jest pryszczatym dzieciakiem) pokerze... A przecież długów i wgniecionych błotników nie ma w wyobrażeniach o świecie, gdzie się stanowi o samym sobie - nie ma też pieluch, martwej atmosfery małego miasteczka, a moralne zasady, których stara się się trzymać większość, można naginać w nieskończoność... Stąd nieustające kraksy, z których tylko Kasandra wychodzi najmniej pokiereszowana.</p>
<p>Ech - jeszcze zdaniem w nawiasie napiszę - jakie piękne są zdjęcia w filmie "Control"! Od razu wiadomo, że autor jest fotografem. Co kadr, to znakomite zdjęcie! Wspaniałe światło, perfekcyjnie dobrany drugi plan, zadziwiające perspektywy. Myślę, że każdy artysta chciałby mieć tak sfotografowane życie:)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Prezenty dnia codziennego]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=452</link>
<pubDate>Fri, 25 Apr 2008 12:34:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=452</guid>
<description><![CDATA[
Najpiękniejsze prezenty mam nadal - myślę, że wszystkie  Kilka zasuszonych kwiatów w albumie z]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/duraflex.jpg" alt="duraflex" width="400" height="414" /></p>
<p>Najpiękniejsze prezenty mam nadal - myślę, że wszystkie:) Kilka zasuszonych kwiatów w albumie z podstwówki (no i opakowanie po gumie balonowej). Kulki marbles od koleżanki R., która dostawała je od ciotki z Niemiec i podarowała mi kilka. Nigdy w nie nie grałam - patrzyłam w nie ciągle, chcąc na moment wśliznąć się do ich wnętrza i popatrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Mam kamienie, które ojciec przynosił mi z pól, właściwie połówki kamieni - każda o innym kolorze wnętrza. Dzięki nim dowiedziałam się, że kamień nie jest szarym, niezauważalnym bytem, ale ma swoje jestestwo - błękitne, czerwonawe, marcepanowe... Kilka mądrych książek od ludzi, którzy - dając mi je - mieli nadzieję, że czegoś się z nich nauczę (z jednych uczyłam się chętniej, z innych mniej). Mam puszkę po herbacie (bo herbata już wypita) i świecznik od W., takie piękne symbole wspólnego i aromatycznego czasu; szpilki z białymi łebkami i guziki rozmaite od babci, która podarowała mi je, gdy widziała, że próbuję coś szyć lalkom. Do dziś je mam, są dla mnie gwarancją dobrej roboty, zaczarowane ręką zacnej krawcowej. Afrykański mały kamienny kot od M., piekący dotyk słońca jak pieczęć:), szalik z gruzińskiej wełny, który został po J. i okazał się być prezentem, jak i płyta Diany Krall - wszystkie rzeczy tkają mocną siatkę rzeczywistości, dzięki której moja postawa jest wyprostowana i nadal wyczekująca nowych wrażeń...</p>
<p>Od drogiego M. kilka dni temu dostałam duaflexa za garść dolarów:) Nie mam do niego jeszcze filmu (pewnie też do dostania jeno w USA), ale już teraz - gdy patrzę w ten zachwycający obiektyw - dobrze wiem, co się będzie działo. Co zdjęcie, to będzie historia! Analogowa, nie cyfrowa, przemyślana... Obiektyw tego typu wyznacza świat dokładną, wyraźnie wyrysowaną, niemal nieprzekraczalną granicą... Zachwycam się samym oczekiwaniem na tę przygodę i odkrywaniem zupełnie od początku tego, co znane. To są ponowne narodziny mojego oka, mojego spojrzenia!</p>
<p>Kiedy ja się tak cieszyłam z prezentu? Chyba ze trzy lata temu, gdy drogi M. podarował mi na urodziny moją pierwszą naładowaną warszawską kartę miejską. Wtedy też świat stanął przede mną otworem...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[To ciężkie czasy dla marzycieli*]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=449</link>
<pubDate>Tue, 22 Apr 2008 06:46:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=449</guid>
<description><![CDATA[
Mam kłopot - czas się kurczy i przechodzenie z roli w rolę trudno mi dziś wychodzi&#8230; Za sz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/tree2.jpg" alt="to be a tree" width="410" height="383" /></p>
<p>Mam kłopot - czas się kurczy i przechodzenie z roli w rolę trudno mi dziś wychodzi... Za szczupłe są godziny, dlatego się zdarza, że gdy już winnam być matką - jestem jeszcze w pracy, a palec nadal klika w niewidzialną mysz... A gdy wybija godzina pracy, ja wciąż studzę za gorący sok dla F. Stoję na rozdrożu czasu - jak drzewo na rozstaju, które - choć ma być znakiem dla wędrowców - jest tylko drzewem, które łatwo pomylić z innym... </p>
<p>Jutro winno być lepiej...</p>
<p>-------</p>
<p>* złota myśl z "Amelii":)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Chleb jest głodny]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=446</link>
<pubDate>Sun, 20 Apr 2008 13:27:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=446</guid>
<description><![CDATA[
Kolega z bloga obok (brzmi niemal jak z bloku obok) zainspirował mnie do odnalezienia starej skand]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/chlebek.jpg" alt="bread" width="420" height="308" /></p>
<p>Kolega z bloga obok (brzmi niemal jak z bloku obok) zainspirował mnie do odnalezienia starej skandynawskiej baśni* o chlebie. Trochę jak przypowieść - takie słowo na niedzielę:</p>
<p>"Chleb był głodny, bo piekarze nie zrobili mu ust. Okrągły, podobny do głowy bez oczu, leżał na stole i nie był w stanie myśleć o niczym innym, tylko o jedzeniu. Całymi godzinami marzył o białym, smacznym miąższu i chrupkiej skórce posypanej makiem, co potęgowało jego głód, a na dodatek bał się noża, który leżał przy nim na stole, zimny, dobrze naostrzony i co jakiś czas pobrzękiwał groźbami, że już niedługo zagłębi się w jego białym ciele.</p>
<p>I pewnego dnia - było to przy wieczerzy - nóż wszedł  w jego białe ciało i rozciął je głęboko. I właśnie wtedy, gdy ludzie zaczęli łamać się jego białym, kruchym miąższem, chleb przestał się bać. Zrozumiał, że wyzwoli się z głodu, jeżeli rozda siebie tak, że nie zostanie po nim nawet jeden okruch.</p>
<p>I tak się stało. Im bardziej go ubywało, tym mniej się bał. A kiedy nie było go już wcale, na ciemnym dębowym stole pozostał po nim tylko piękny ślad - krąg mącznego pyłu, podobny do ciepłego słońca".</p>
<p>-------</p>
<p>cytat za "Złotym pelikanem" Stefana Chwina</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zapach dziecka]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=444</link>
<pubDate>Thu, 17 Apr 2008 20:58:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=444</guid>
<description><![CDATA[M. i F. wrócili ze spaceru z &#8220;Antologią polskiej animacji dla dzieci&#8221;. Trzy płyty i 3]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>M. i F. wrócili ze spaceru z "Antologią polskiej animacji dla dzieci". Trzy płyty i 37 filmów dla najmłodszych. By nie psuć wspólnego oglądania, ukradkiem zerknęłam na dwa - "Pyzę" i "Za borem, za lasem" - i zwariowałam. "Pyza" jak to pyza, pulchna i okrąglutka, wędruje po polskich dróżkach, a nawet podróżuje autobusem - aż do Torunia:) Animacja poklatkowa w powijakach, zdaje się siermiężna i pewnie dla współczesnych dzieciaków mało atrakcyjna, ale za to jaka staranność - dziś wszystko da się zrobić w komputerze, wyczarować wszystkie światy, istniejące i nieistniejące, umaić je tysiącem barw, a nawet dać człowiekowi drugie, alternatywne (niektórzy twierdzą, że lepsze) życie, w którym wreszcie może się naprawdę zrealizować. Ale doprawdy, oglądając tę "Pyzę", wyobrażałam sobie, który z tych grafików, z dowolnego dream teamu animatorów, potrafiłby wyciąć z tektury taki łowicki domek i wyprodukować z podłych, dostępnych w PRL-u, materiałów tak wdzięczną, piękną Pyzę, w kolorowej krajce... Z filmem "Za borem, za lasem" jest jeszcze ciekawiej - nie dość, że to żwawo zrobiony, bajecznie barwny film z wycinanek, to jeszcze ma wielki walor edukacyjny - pokazuje obrzędy i zwyczaje łowickie, a ilustrację muzyczną zrobiła prawdziwa ludowa kapela... No po prostu jejusmargaryna i reszty filmów nie mogę się doczekać. Ale to dopiero jutro, główny adresat tych filmów już bowiem śpi:)  </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/reka.jpg" alt="my baby" width="400" height="478" /></p>
<p>Właśnie, dziecko... Oglądając Pyzę i jej przygody wśród pachnących pierników, przypomniałam sobie, że w moim nieocenionym notesie mam notatkę, w której zapisałam zapachy F. niemal we wszystkich momentach jego życia... Robię to nadal - od czasu do czasu - wiedząc, że nigdy później dokładnie nie przypomnę sobie tej woni na karku dwuletniego mężczyzny:) Nie jest zresztą powiedziane, że te zapisane wrażenia szczególnie mi w tym pomogą, ale i nie przeszkodzą przecież...  Pierwszy zapis to "świeżo czerpany papier", mokry, dopiero co wyjęty z wody, który paruje na powietrzu, wiążąc luźne włókna w trwałe sploty... Tak było, tak pachniała skóra małego Pasażera, gdy się wreszcie wydostał na świat! Potem zapisałam "dobrą herbatę", świeży, orzeźwiający zapach zwiniętych aromatycznych liści, potem "słodki, zielony groszek", tuż po rozerwaniu strąka, gdy się te drobne kulki rozgryza i pękają sokiem - tak pachniały drobne palce F. w nocy podczas karmienia... "Pierniki" są zapisane dużo później, spocona skóra, która oddaje korzenną woń balsamów, dobrej zabawy i proszku do prania. Jest też zapisek "mocznik", wiadomo:), "sól morska" - to od kropli do nosa, "skórzana tapicerka samochodowa" - nie doszłam, dlaczego..., "za uchem malina" - sok malinowy F. pił chyba jako pierwszy w swoim życiu, "czarnoziem" - wyłapany po spacerze w parku, podczas którego syn drążył ziemię w poszukiwaniu trufli:), "piżmo na czole" to F. wytarmoszony przez ojca:) Pachnie to dziecko jeszcze kurzem z odkurzania, kaszką kukurydzianą i słodkim zapachem krwi - czyli wszystkim tym, czym pachnieć winien prawdziwy twardziel, który nie krzywi się, gdy matka opatruje mu skaleczony w zabawie palec i który w zapachu ulubionego misia właśnie w tej chwili unosi się gdzieś ponad ścieżkami dorodnej Pyzy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ciekawostki bardzo światowe]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=441</link>
<pubDate>Tue, 15 Apr 2008 20:16:18 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=441</guid>
<description><![CDATA[Na powitanie dopiero co wyklute liście, pełne soku, i wiosenne, delikatne kwiaty.
 
A zatem, czy ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Na powitanie dopiero co wyklute liście, pełne soku, i wiosenne, delikatne kwiaty.</p>
<p> <img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/cworka.jpg" alt="spring time" width="420" height="558" /></p>
<p>A zatem, czy wiecie, że:</p>
<p>1. Istnieje pewne, znane mi, miasto na świecie, w którym jest wspaniały bar - okoliczni mieszkańcy wstępują do niego po północy w płaszczach narzuconych jedynie na pidżamy lub koszule nocne? I barman od czasu do czasu ogłasza, że stawia drinka temu, kto śpi nago, tzn. temu, kto nie ma nic pod okryciem? Niekiedy sam barman nalewał drinki w szlafroku:)</p>
<p>2. Nie byłam w miejscu, w którym można na środku ulicy zgubić torbę/walizkę/plecak, a nie znajdzie się nikt, absolutnie nikt, kto by się na to połakomił? Ewentualnie, gdy spadnie deszcz, ktoś litościwy przeniesie zgubioną rzecz pod dach... Chciałabym takie miejsce poznać, na pewno ktoś mi o nim opowiedział, inaczej nie wiedziałabym, gdzie mniej więcej się znajduje - a to akurat wiem!</p>
<p>3. Naprawdę ogromny może być rozdźwięk między tym, co sobie człowiek wyobraża, a tym, jaki jest faktyczny obraz? Moja trauma to poznanie prawdziwej twarzy pewnego piekielnie utalentowanego i znanego aktora. Każdy jego gest, wykonywany zawodowo, był dla mnie jak objawienie i nie przypuszczałam nawet, że aktor sauté może być aż tak odmienną osobą - gorzej jeszcze - że nadal gra, poza sceną, poza kadrem, jest nadal aktorem, ale w życiu tak mało utalentowanym, że nawet ja - do tej pory tak zafascynowana - wyczuwam gryzący fałsz... Szkoda, jeszcze jedno rozczarowanie, tym bardziej, że liczyłam na wyborną rozmowę...</p>
<p>4. Są chwile, gdy mimo piekła na zewnątrz, między ludźmi wytwarza się prawdziwy serdeczny ogień, dzięki któremu udaje się przez moment powstrzymać świat przed rozpadnięciem na kawałki? Tysiące historii, czytanych albo opowiedzianych z pierwszej ręki o wypadkach samochodowych, atakach terrorystów (prawdziwych lub nie), napadach na bank, utkwionych windach gdzieś na wysokości 40 piętra, gdy znalazł się ktoś, kto jednym słowem, uściskiem ręki, przytuleniem albo anegdotą powstrzymał nadchodzącą panikę i rozpacz... Gdy tkwiąca przy inkubatorze kobieta, słyszy od obcej osoby słowa, które powtarzać będzie przez wiele lat jak pieśń radości lub modlitwę dziękczynną...</p>
<p>5. Można usłyszeć, jak rozwija się drzewo? Staliśmy dziś z F. pod wielkim kasztanowcem, którego tylko nieliczne pąki były rozwinięte i wystawały z nich szkielety tych pięknych kasztanowych kwiatów. I co jakiś czas słyszeliśmy delikatne puk, puk - pąki się rozrywały i przez delikatną materię kokonu przebijał się zielony pęd... Absolutnie nie wiązaliśmy tego faktu z uroczym starszym panem, który siedział obok na ławce i pykał fajkę...</p>
<p>:)</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
