<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>bawidelka &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/bawidelka/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "bawidelka"</description>
	<pubDate>Sat, 11 Oct 2008 02:52:40 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[1492]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=1098</link>
<pubDate>Tue, 07 Oct 2008 20:42:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/10/07/1492/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy Krzysiek odkrywał Amerykę tysiącjużiczterystadziewięćdziesięciodwuletnią z solą na us]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>K</strong>iedy Krzysiek odkrywał Amerykę tysiącjużiczterystadziewięćdziesięciodwuletnią z solą na ustach i potem przedtem i potem - skąd mógł wiedzieć, że wszyscy jego następcy w dochodzeniu do spraw wielkich i przełomowych będą przyrównywać swoje osiągnięcia do jego pierwszego razu, z którym to wszak było wiele Zachodu. Nie mógł tego wiedzieć z przyczyn oczywistych, z których to i my także nie znamy miny Magellana, gdy zamiast dotrzeć do krańca ziemi i spaść w czeluści piekielne oraz otchłanie wiekuiste powrócił do punktu wyjścia ( w myśl reguły: mężczyźni są jak marsjańska gumka); nie wiemy z jakiej filiżanki pił mate Marquez, gdy Pułkownik po raz pierwszy wchodził w ciepło Remedios, kto był prekursorem odebrania pióra Dąbrowskiej ( co szczęśliwie zaowocowało "jedynymi" pięcioma tomami <em>Nocy i Dni</em>) i komu przy stoi palma pierwszeństwa w dziedzinie ustalania stania tejże.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>O</strong>dkrywanie ma to do siebie, że pobudza i podjudza. Majstruje światy równoległe i światy klapy. Daje satysfakcję ponurą lub takową pełną - po brzegi lejącą się mlekiem i spirytusem. Albo punktem ksero z żeliwiarkami i koszami bakłażanów. </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>B</strong>o i kto powiedział, że odkrycia wielkie i przełomowe nie mogą mieć miejsca w warzywniaku za rogiem?</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>M</strong>iejscówka jak się patrzy. Skrzyżowanie Głogowskiej z Hetmańską, Hetmańskiej z Kasprzaka, ptasia sraka. Tuż obok wielki salon sukien ślubnych, jeden z wielu na sześcioprzystankowej trasie czternastki, dumny i wypięty, trochę wysunięty do przodu, jakby chciał coś zasugerować, coś wytknąć, coś pominąć. Dalej pieczone kuraki, minibankowisko, części agiede, itepe. W środku warzywa i owoce, więc wchodzę; jako, że poszukiwania dzisiejsze popołudniowe i eksploracja przestrzeni dotyczą cytryny. ( I ksero, gdzieś potem.)</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>W</strong>ięc wchodzę. Na podłodze - szlifierki i żeliwa. Wiadra, piły motorowe, łopaty, siekiery. To po lewej. Po prawej owoce, warzywa, jakaś ryba, kapusta kiszona i szafa fajek wszelkiej maści, po tańszemu. Zastanawiam się przez chwilę, czy ta miejscówka sklep się nazywa i jeśli tak, to która jej część do sklepu właściwego należy, a która do zaplecza, gdy wtem się pan, co rosły - odzywa i rzecze: - <em>Na ksero?</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>adłszy wstaję, <em>iść i padać, z padłych wstawać</em>, - <em>Ksero?</em> - pytam. A pan na to: - <em>Ha! No</em>. Że kseruje, robi kopie, druku nie ma, może potem, może kiedyś, słowo, dwa i trzy, prawie jestem z nim na <em>ty.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>J</strong>uż po chwili - okazuje się, że pan tu prawdziwe <em>wszystkoinic</em> prowadzi i że zaczynał w sumie od warzywniaka, potem dołączył elementy mechaniczno-wiertnicze, a na koniec "za słojami z kapuchą" zainstalował sobie ksero, bo nowo, bo zdrowo, sza-ło-wo! Więc korzystam. I parzyste strony z imiesłowami drukuję, do całości dorzucam cytrynę, dobrą minę robię na propozycję zakupu zestawu gwoździ, z uprzejmości na koniec jeszcze dygam i zapowiadam się na raz następny, bo sprawdziany, bo Leśmiany, formy, gęby. </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">***</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>G</strong>odzina czternasta dziewięćdziesiąt i dwa. Poznań, Głogowska, A me ry ka.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[sunstroke]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=1061</link>
<pubDate>Sat, 04 Oct 2008 14:52:33 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/10/04/sunstroke/</guid>
<description><![CDATA[Pysznie jest. Stoimy z N. na przystanku, a pijane o tej porze roku słońce rzyga na linie tramwajow]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>ysznie jest. Stoimy z N. na przystanku, a pijane o tej porze roku słońce rzyga na linie tramwajowe, wchodzi pod bluzki, łaskocze pępki i rozgrzewa mrożone pierogi, którymi dopiero co się łoiłyśmy. N. grzechocze workiem włoskich orzechów i wrzuca mi je pojedynczo za koszulkę, a ja piszczę na całe skrzyżowanie Głogowska-Palacza i odganiam się od niej tłumaczeniem Schulza w czterech językach, które pogniecione plącze mi się w palcach. </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>J</strong>est sobota, godzina chwilę po piętnastej. Wcześniej piłyśmy ekonomiczną, niesłodzoną herbatę i rozgrzeszałyśmy świat z błędów językowych. N. snuła perwersyjne wizje, w których to, ja i M. obściskiwaliśmy się lubieżnie za osiedlowymi garażami i nakryli nas na tym moi uczniowie/ znajomi/ znajomi znajomych/ przyjaciele, donosząc o tym innym uczniom/ znajomym/ znajomym znajomych i przyjaciołom. Jako, że od picia z kimś herbaty w miejscu publicznym do obmacywania się na rogatkach miasta jest bardzo blisko, przystaję na tę plotę i już po chwili możemy przejść do oglądania kompromitujących mnie zdjęć, w stylu:<em> i tak mieszkałaś ze mną, widziałaś gorsze rzeczy.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>óźniej siedzimy na parkingu przed supermarketem, jak takie mlecze dwa wykwitłe, banalne i słoneczne, z torbami przeciążonymi od podstawowych artykułów gospodarstwa domowego i pierogami-kamieniami, które z upływem minut miękną i nie można się już nimi walić. Ja idę na filologię serbsko-chorwacką, a N. śpiewa <em>ejoejoindeszadoł.</em> W ramach wczucia się w nowy kierunek studiów kupuję sałatkę bałkańską, co obydwie uznajemy za dobre posunięcie przy zapoznaniu się z programem zajęć i poskromieniem ducha dziedzictwa południowosłowiańskiego.</span></p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>ysznie jest. Stoimy z N. na przystanku, a pijane o tej porze roku słońce rzyga na linie tramwajowe, wchodzi pod bluzki, łaskocze pępki i rozgrzewa mrożone pierogi, którymi dopiero co się łoiłyśmy. N. wypycha mi kieszenie marynarki orzechami i żegna się w pośpiechu z jakąś inwektywą w tle. Raczę ją czymś równie siarczystym, jako, że należę do świadomych użytkowników języka polskiego i po krótkim buzi dupci - N. ładuje się do tramwaju.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>K</strong>olejny dobry dzień reszty mojego życia. Dankeszyn, dankiren, "<em>dankemachenvonsechz</em>". </span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[kachana!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=1052</link>
<pubDate>Thu, 02 Oct 2008 19:15:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/10/02/kachana/</guid>
<description><![CDATA[W dzieciństwie mówiłam na nią kiełbasa, a ona na mnie salceson. Ja jej zabierałam kołdrę w n]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>W</strong> dzieciństwie mówiłam na nią <em>kiełbasa</em>, a ona na mnie <em>salceson</em>. Ja jej zabierałam kołdrę w nocy, a ona spychała mnie z łóżka. Kiedy mnie zdenerwowała, to kopałam ją, albo rzucałam kapciem, po czym wiałam, bo wiedziałam, że jak mnie dopadnie, to się fiołków tu i ówdzie dorobię. Siłować się z nią nie było sensu, była lepsza w te klocki. Toteż kiedy mnie lała, ja mogłam rzucać tylko inwektywami w stylu: <em>gupia, debilka, bezbożnica</em> - ostatnie określenie zaś było moim ulubionym, bo brzmiało dumnie i patetycznie, i tylko ja wiedziałam przez jakie<em> ż</em> się je pisze.</span></p>
<p style="text-align:center;"><img class="alignnone size-medium wp-image-1056" title="zxzx" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/10/zxzx.jpg?w=300" alt="" width="300" height="225" /></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>D</strong>ziś mówię na nią <em>Kaczorek,</em> a ona na mnie <em>Magda!</em>. Ja jej zabieram kołdrę w nocy, a ona powtarza, że nic się nie zmieniło. Kiedy mnie denerwuje, to się po prostu przestaję odzywać, milknę, a ona spokojnie wytyka mi moje błędy i się z nich śmieje. Po chwili zmuszona jestem przyznać jej rację i chichram się razem z nią. Jest młodsza, a przecież starsza, mądrzejsza, silniejsza. To ja ryczę, jak bóbr, kiedy ona wyjeżdża, a ona ryczy jak lew, żebym nie ryczała, jak bóbr, bo przecież wróci. Wiadomo.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Kacha, niech Ci Twa ojczyzna obczyzna lekką będzie, płynąca gorącą czekoladą i zdjęciami tęcz gdzieś nad Nottingham. Do zobaczenia w  styczniu! </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Kacham Cię.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[noc wielkiego sezonu]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=1007</link>
<pubDate>Sat, 27 Sep 2008 09:17:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/09/27/noc-wielkiego-sezonu/</guid>
<description><![CDATA[Wychodzę i po omacku, trochę nieprzytomnie, pozornie tylko leniwie i w stylu: &#8220;nic mi się n]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>W</strong>ychodzę i po omacku, trochę nieprzytomnie, pozornie tylko leniwie i w stylu: "nic mi się nie chce" idę do ciebie w makijażu rozmazanym węglem w kąciku oka, dziurą w pończosze, która zahaczyła o guzik twoich spodni, dusznością wpijającą się w ramiona, pojedynczymi, gęsimi piórami we włosach i wstydem startym na policzkach. A ty przyjmujesz mnie niedbale i beznamiętnie, tak, jak zwykłeś to robić z każdą jedną, po cichu i powoli, z rezurekcją wtłoczoną w schemat: <em>cukru nie ma, mi też zrób.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>o wszystkim dopijamy herbatę, a ty jesteś bardziej zainteresowany muchą, która wpadła do pustej o tej porze roku cukiernicy, niż moim nieprzyzwoicie głębokim dekoltem zaczynającym się w kąciku ust, a mającym swój koniec na wątrobie.<br />
Po raz pierwszy śmiem wytknąć ci błędy. Staję nad balią, piorę w niej twoje koszule, spodnie, marszczę kanty, ciężką marynarkę wyżynam i patrzę, jak drze się między szwami we wrzasku wody wpijającej się w boki. Ty zapadasz w fotelu, patrzysz na dymienie się nocy za oknem, wsiąkasz w popielatość szyb i koci język nocy liżący nas po skroniach.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>N</strong>awet przez chwilę nie byłeś ze mną. Zawsze jesteś sam, żyjący od krawędzi ust po trzewia, które ślinią ci się na widok lodów marcepanowych, truskawki rozgniecionej na ulicy, nieba z deszczem i jeszcze. Sam celebrujący ten swój świat wgłąb, cichy i powolny, rozbujały na stopie infantki i w kieszeniach karłów, zaklęty w koszyku Adeli i popalony na poddaszu przez ojca, który kombinował z naftą. Wyżywający się dożylnie i doustnie, bez głębokich haustów ultramaryny przechwyconych z krawędzi czyichś ust; bez cierpkiego smaku skóry po całym dniu piłowania drewna i pozornego "mam problem" łączącego dwa światy w jeden.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong>o raz pierwszy śmiem się z tobą nie zgodzić, zamknąć książkę w połowie zdania, zmarszczyć nos w stylu <em>buraczki</em> i zmienić kilka punktów w xiędze bałwochwalczej. Życie wgłąb ma rację bytu i sens tylko wtedy, jeśli zaczyna się na życiu wszerz. W pryzmacie spojrzenia drugiego człowieka, który pozwala nam poznać niezbadane głębiny zrywów i możliwości ludzkich.<br />
- Ja bez ciebie tu też bym przecież nie dotarła. -</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[świetlicki ]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=1001</link>
<pubDate>Mon, 22 Sep 2008 22:25:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/09/22/swietlicki/</guid>
<description><![CDATA[
państwo von kleist
Wchodzimy w noc, jakby dnia nie było, poranków nie było, lizania się słoń]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><img class="alignleft size-medium wp-image-1002" title="kordian pawlak" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/latarnia-w-kazimierzu.jpg?w=300" alt="" width="245" height="170" /></span></p>
<p style="text-align:center;"><em>państwo von kleist</em></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Wchodzimy w noc, jakby dnia nie było, poranków nie było, lizania się słońca z cienką szparą horyzontu i duszności od mgieł drżących tuż przy ziemi. Jakby nie istniało nic poza rytualnym wchodzeniem w noc co noc, co sen. Dajemy się rozbierać światłu lampy węszącej jakąś zdradę na skrzyżowaniu Jagiełły z Kościuszki, gdzieś już dawno po północy, bezwstydnie i bezecnie pakując dwie dłonie do jednej rękawiczki.<br />
Za dnia nie poznajemy ulic i krawężników, wstydzimy się klatek schodowych, które widziały nas po dziewiętnastej, dziwimy się wszystkiemu i zachowujemy, jak na młodą parę przystało. <em>Tak, a ponad to donosimy, że leżymy zastrzeleni - i jeszcze w tej chwili można nas odnaleźć.</em> Ja zatłukłam Ciebie, Ty zarżnąłeś mnie. <em>Bardzo staromodnie leżymy - przytuleni, a trawy zwyczajnie ruszają się.</em> </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Śni mi się A. i odpytywanie uczniów z ich grzeszków młodości, szlajania się po klatkach schodowych i zabierania nam miejsca. Pytam ich długo i namiętnie, potem skaczę po dachach kamienic, sunę przez noc na ogromnym włochatym robalu i ląduje u Ciebie w łóżku; a potem się budzę. <em>List ci<br />
przyniosę we śnie. Otwieraj go wolno.<br />
Wszystko należy robić cicho i powoli,<br />
ponieważ miłość jednak jest. Tak.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">.<br />
</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Praktycznie # 1, Kwiaty Zła]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=972</link>
<pubDate>Fri, 12 Sep 2008 20:26:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/09/12/praktycznie-1-kwiaty-zla/</guid>
<description><![CDATA[.Praktyki W Liceum - Tydzień I.


Miłość bez miłości jest smutna i nieprawdziwa i czytając te]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#800080;"><strong><span style="color:#850929;">.Praktyki W Liceum - Tydzień I.</span><br />
</strong></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-973" title="clipboard012" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard012.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">Miłość bez miłości jest smutna i nieprawdziwa i czytając ten tekst takie właśnie odczuwam uczucia, nie czuję tego romantyzmu. Autorka nie ma uczuć/ miłości/ do tego wiersza.</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><em>- z interpretacji wiersza Maryśki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Laura i Filon"</em></span></p>
<p style="text-align:left;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-974" title="clipboard013" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard013.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">- Jaka atmosfera panuje na tym obrazie? Jest sielsko, to pewne, co jeszcze?<br />
- Woda jest.<br />
- A., ale ja się pytam o atmosferę.<br />
- Hydrosfera?<br />
<em><br />
- z interpretacji obrazu Bouchera "Jesień pasterzy"</em></span></p>
<p style="text-align:left;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-975" title="clipboard014" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard014.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">- Do motywu poety-ptaka nawiązywali wielcy klasycy. Za jego najwybitniejszych przedstawicieli w dawnych epokach możemy uznać Horacego iii...?<br />
- ...Iiii...gnacego?</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><em>- z interpretacji wiersza Kazika Przerwy-Tetmajera "Evviva l'arte"</em></span></p>
<p style="text-align:left;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-976" title="clipboard015" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard015.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">- Cześć.<br />
- Dzień dobry.<br />
- Hej, dziewczyna!<br />
- Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na ty.<br />
- Ale możemy być, hehe.<br />
- ...<br />
- Umówisz się ze mną, po dyskotece? Gdzie, wybierz miejsce.<br />
- Możemy się spotkać na mojej lekcji języka polskiego.<br />
- &#60;kolega z tyłu&#62; Ja pie! Nauczycielka!</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><em>- z dyskoteki szkolnej przy punkcie kontrolnym opiekunów</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-977" title="clipboard016" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard016.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">- Francuscy moderniści chodzili po knajpach.<br />
- Ola! Po kawiarniach, wyrażaj się.<br />
- Przepraszam, chodzili po kawiarniach i chlali wódę.</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><em>- z życiorysu Rimbaud'a </em></span></p>
<p style="text-align:left;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-978" title="clipboard017" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard017.jpg" alt="" width="15" height="14" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;">- One nie są z naszej szkoły.<br />
- Pierwsza klasa pewnie.</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><em>- z korytarza szkolnego</em></span></p>
<p style="text-align:left;"><img class="aligncenter size-full wp-image-979" title="clipboard018" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/clipboard018.jpg" alt="" width="15" height="14" /></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[sto lat samotności]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=963</link>
<pubDate>Mon, 08 Sep 2008 16:36:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/09/08/sto-lat-samotnosci/</guid>
<description><![CDATA[Nic się nie zmieniło. Dzieci włażą na drzewa tak, jak to robiły pięć i dziesięć lat temu, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>N</strong></span>ic się nie zmieniło. Dzieci włażą na drzewa tak, jak to robiły pięć i dziesięć lat temu, krzyczą mi pod oknem wyzywając się od dałnów i debili, sieką się trzcinowymi gałązkami, na końcu których umieszczają owoce dzikiej róży i drą japy o tym, jak to się nawzajem będą brać w aucie,<em> e-he</em>. Dziewczyny w wieku lat siedemnastu wystawiają na ostatnie słońce swoje pępki, kręte jak ślimaki, brudne od coca-coli i leżenia w trawie. Karmią chłopców w wieku lat siedemnastu ciastkami z dziurką i watą cukrową spomiędzy palców, którą kręcą bez mrugnięcia okiem.<br />
Dziadkowie siedzą pod parasolami sącząc herbatę i rok czterdziesty piąty, który kamiennym murem wrasta w zabudowę miasta oraz smak pączków z przed wojny, narzekając na tegoroczoną młodzież, która już rok temu miała być najgorsza z najgroszych, a tymczasem wciąż jeszcze przebija siebie z ostatniego czasu i przekłada pokolenia na nieskończoność w wężykach pępków i spazmach rzęs.</span></p>
<p style="text-align:center;"><img class="aligncenter size-medium wp-image-966" title="cowan-city" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/cowan-city.jpg?w=254" alt="" width="223" height="232" /></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>N</strong></span><span style="color:#000000;">ic się nie zmieniło. W szkole siedzę w ostatniej ławce, zamykam oczy i słucham głosu pani eM., która dzieli bajki na epigramatyczne i narracyjne. Czekam, aż mnie wywoła do odpowiedzi, a ja bez przygotowania odpowiem o Krasickim gładko i genialnie. Podsuwam A. konspiracyjną karteczkę z informacją, że znowu widziałam B., a A. mi odpisuje, że drugi rząd, trzeci od okna i wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Mamy siedemnaście lat i wszystko nam wolno; jesteśmy jeszcze całkiem głupie, naiwne i mamy słodko drżące łydki w nylonowych pończochach. Po szkole pijemy wódkę i czytamy Jaspersa, a w weekendy naprawiamy świat przy pomocy Chrestomatii Polskiej, która świetnie przytrzymuje pamiątki po wszystkich byłych niebyłych w platynowych okładkach z miodu. </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><br />
<span style="color:#993300;"><strong>M</strong></span>ówimy w sześciu językach i rozpoczynamy studia ścisłe, kochamy się w malinach i pieczonych ziemniakach, mamy siedemnaście lat i po dwa fakultety, a do tego poważne braki w literaturze narodowej, z której jesteśmy specjalistkami. W przyszłości planujemy być żonami i matkami, mieszać składnię staro-cerkiewno-słowiańską z allofonami oraz domieszką myśli Heideggera, planować dzieci zgodnie z pojęciem i naukami Piageta, a wieczorami dziergać na drutach z Borgesem wepchniętym w futrynę okna, chroniącym dom przed przeciągiem i wilgocią.</span><span style="color:#000000;"><br />
</span> <span style="color:#000000;"><br />
<span style="color:#993300;"><strong>N</strong></span>ic się nie zmieniło. Ty nadal się głośno śmiejesz i błyszczą ci oczy, ja rozmawiam na lekcjach i co chwila pytam ile do końca; jestem uzależniona od czekolady, internetu, spania i pomarańczy, ziewam ostentacyjnie i piszczę omijając sunące po deszczu ślimaki; to ty czekasz na mnie i zawsze jesteś, podczas, gdy ja mam wieczne spóźnienie sponsorowane przez milion rzeczy na raz i na zawsze. Śpię w dzień, piszę w nocy, mam dwa lata do ćwierćwiecza i siedemnaście w papierach; wszystko sfabrykowane przez ciebie, bo ja jestem na to za mała.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong><span>N</span></strong>ic się nie zmieniło. Masz rację.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[słodka francja]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=949</link>
<pubDate>Wed, 03 Sep 2008 00:04:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/09/03/slodka-francja/</guid>
<description><![CDATA[Mój brat twierdzi, że nie będzie mówił do mnie dzień dobry, bo to jest doprawdy żenujące, ż]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>M</strong></span>ój brat twierdzi, że nie będzie mówił do mnie <em>dzień dobry</em>, bo to jest doprawdy żenujące, żeby zwracać się w ten sposób do kogoś, kogo widuje się na co dzień bez makijażu,  w gaciach po tacie, wstającego rano z kołtunem na głowie i śpiewającego przy myciu zębów bulgotem i chlupotem <em>facet z Pewexu ma wszystko spod lady</em>. I że mogę być do tego samym bogiem i carem, ale dumne i tymmiesięczne stanowisko praktykantki w jego szkole, nie upoważnia mnie do tego, żebym się natrętnie wywyższała i twierdziła, że go wypytam na lekcji, bo on swoje wie i zakłada się o milionowy milion, iż pały mu i tak nie wstawię, bo chyba nie chcę mieć go na sumieniu, gdy przyjdzie mu zamieszkać pod mostem. Rodzina to jest siła!</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>M</strong></span>oja siostra twierdzi, że najlepszy facet to taki, który potrafi się znudzić dopiero w szóstym dniu znajomości i w siódmym można go rzucić. Wszyscy inni, którzy odpadają w przedbiegach są zwykłymi dałnami i zupełnie nie wiadomo po co zawracają jej dupę, skoro ona ma ważniejsze sprawy na głowie. Jako, że na dziś przypadają jej dwudzieste pierwsze urodziny, życzę jej takiego faceta jednego z drugim, który dociągnie choć z miesiąc przy jej boku, żeby potem już na zawsze posiąść serce księżniczki, co w Kasinej piersi bije.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>M</strong></span>oja mama twierdzi, że na wszystko jest czas i co ma być to będzie; i że nawet, jak jest źle, to przecież jest dobrze i że się nie znam. Najdziwniejsze jest to, że ma cholerną rację zawsze i wszędzie. Umie przy tym grać w <em>Diablo </em>i robić najlepsze pierogi na świecie, zwane w niszowych kręgach <em>pierogami królewskimi</em>, toteż nie dziw, że</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>M</strong></span>ój tata twierdzi, że mama jest ideałem kobiety i że szkoda, że córki się w nią nie wdały. Jest przy tym tak rozbrajająco szczery i prawdomówny, że nie sposób się z nim nie zgodzić, zwłaszcza, gdy widzi się jedną z nich uważającą kaszalota za ptaka i drugą, która w młodości z racji posiadania swojej racji - pobiła się o Borysa Jelcyna, będącego podówczas prezydentem Uesa, <em>idiotko!</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">***</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><span style="color:#993300;"><strong>P</strong></span>ozostaje mieć nadzieję, że jeżeli się chce, to nie ma rzeczy niemożliwych i że prędzej, czy później dotrze się do punktu, z którego nie ma już wyjścia i trzeba będzie powiedzieć sobie szczerze i namiętne:<em> Tak, nigdzie nie ma, jak w domu, tutaktututak.</em></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bumtarabum]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=903</link>
<pubDate>Wed, 13 Aug 2008 09:29:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/08/13/bumtarabum/</guid>
<description><![CDATA[Właściwie to mój świat obecnie zasadza się na perspektywie dziecka. Jestem w nim gdzieś podsk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>W</strong>łaściwie to mój świat obecnie zasadza się na perspektywie dziecka. Jestem w nim gdzieś podskórnie, dogłębnie; łapię się na tym, że zmiękczam spółgłoski na wzór trzylatkowy i dziwię się wszystkiemu tak, jak dziwić się potrafią tylko ci, którzy jeszcze nie znają słowa<em> wirtuozeria</em> i <em>nonszalancko</em>, choć przecież doskonale potrafią odnieść je desygnacko i brawurowo do rzeczywistości.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>J</strong>estem w nim właściwie po raz drugi, choć dopiero teraz zdaję sobie w pełni sprawę z tego dziecięctwa, daru spostrzegania pierwszorazowego, widzenia bez kontekstów i nawarstwień. ( A przecież, w gruncie rzeczy, gdzieś tam skażonego definicjami i teoriami, upartością i lenistwem adolescencji).</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>U</strong>czestniczę w odkrywaniu świata pierwszego, nienaruszonego jeszcze drugim dnem, podtekstem, ironią, metaforą i symbolem. Światem kręcącym się wokół pisku z okazji piłki wpadającej w kwiaty, palców wkładanych do dziurek w swetrach, nosa wścibianego do każdego zakamarka domu i zainteresowania zeszłym z tego świata żukiem gnojarkiem, który: <em>popsuł się.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>U</strong>czę się przy tym, że tak naprawdę, to wraz z wiekiem optyka widzenia się zawęża, a nie rozszerza, i że od tego ma się wyobraźnię, wrażliwość i naiwność, żeby nie wpaść w schematy. - <em>Wiesz czym są schematy?</em><br />
Pytam Rendżersa pięcioletniego -<em> Wiem.</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><em>- To takie suche tematy, o których wstyd nawet mówić... Ale odlot! Madziu, mucha mnie okupała!</em></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">♣</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>M</strong>oim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dunkelheit]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=895</link>
<pubDate>Sun, 10 Aug 2008 13:28:34 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/08/10/dunkelheit/</guid>
<description><![CDATA[Czarna kawa, czarne myśli. Maczane rzęsami w tym ciemnym, słodkawym płynie, obowiązkowym śniad]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>C</strong>zarna kawa, czarne myśli. Maczane rzęsami w tym ciemnym, słodkawym płynie, obowiązkowym śniadaniu wypłukującym z organizmu zachwyty nad brzemiennością jabłoni i pieprzeniem się jeży w krzakach. I właśnie myśli nią zabarwione. Jakby nie patrzeć, to ich obowiązkowy kolor. Wystarczy tylko przez chwilę się zastanowić nad otoczeniem, w którym powstają, tymi ciemnymi jamami, w których pulsują, splotem mroków i pluszowych wymoszczeń natury. Wszystko, co w nas pracuje, żyje, tętni i dudni - robi to w mroku, gdzieś na granicy hebanowych załomów tkanek i pulsującej gęstości krwi. W zupełnej ciemności, przez którą sączy się szum i pulsowanie. <img class="alignleft size-medium wp-image-896" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/08/raj-w-podworzu.jpg?w=248" alt="" width="205" height="248" /></span></p>
<p><span style="color:#000000;"><strong>D</strong>opiero przy niedopatrzeniu, nieuważnieniu, chwilowym przytępieniu zmysłów i cichemu darciu się skóry na strzępy, i fragmenty tkanek rozczapirzających się w uniesieniach miąższu dochodzi do rozświetlenia tego naszego ciemnego wnętrza, nadaniu mu koloru i smaku, wtłoczenia w krew bolesności maków i skrzydeł ważek w perlistość limfy; w biel płotów z kości i beż mięsa rzucanego klawiaturami połączeń mięśniowych.</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><strong>***<br />
</strong><br />
<strong>P</strong>oeta Herbert pisał kiedyś, że trzeba iść, póki krew obraca w piersiach naszą ciemną gwiazdę.<br />
I że od nas zależy, jak ją wydobędziemy z tego worka kości i mięsa zanurzonego w przepuklinach węglowodanów prostych i białkach puchnących w załomach szkieletu dusznego oraz ciemnego.</span></p>
<p><span style="color:#000000;"><strong>B</strong>o życie w głąb zaczyna się na byciu wszerz. Skąd będziemy wiedzieć, że oto już się zaczyna właśnie ten nasz cichy Absolut za bramą przeczuć i zapatrzeń? Tylko życie wszerz potrafi wskazać Schulzowską granicę bycia w głąb; tylko wypieprzenie gwiazdy z ciemnicy pozwoli jej na ciepły i <em>jasny</em> powrót do splotu słonecznego.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Święto słoneczników]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=874</link>
<pubDate>Thu, 31 Jul 2008 11:46:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/07/31/swieto-slonecznikow-2/</guid>
<description><![CDATA[

Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<pre><img class="alignnone size-full wp-image-876" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/powstanie-warszawskie1.jpg" alt="" width="459" height="227" />
<em>
Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w huku jak w ogniu jasnym.
Wtedy krzyk krótki zza ściany;
wtedy w podłogę - skałą
i ciemność płynie jak z rany,
i w łoskot wozu - ciało.
Oto jest chwila bez imienia
wypalona w czasie jak w hymnie.
Nitką krwi jak struną - za wozem
wypisuje na bruku swe imię.

</em>K.K.<em></em></pre>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pojutrze]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=869</link>
<pubDate>Sun, 27 Jul 2008 20:41:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/07/27/pojutrze/</guid>
<description><![CDATA[Śni mi się Warszawa. Bliska, płynąca, pulsująca w żyłach, rozbabrana i rozwydrzona. Warszawa ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><img class="alignleft size-medium wp-image-870" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/malgorzatka.jpg?w=198" alt="" width="198" height="300" /><span style="color:#ff0000;"><strong>Ś</strong></span>ni mi się Warszawa. Bliska, płynąca, pulsująca w żyłach, rozbabrana i rozwydrzona. Warszawa zdzielona po twarzy, pąsowiejąca białymi różami, wtłoczona w zaułek muru i ukrzyżowana gdzieś pod przydrożną kapliczką. Warszawa pełna potłuczonych wystaw, na których dawniej pyszniły się lukrowane pączki, rozdartych koszul, szmat tamujących krwiobiegi ulic i nieba sunącego z warkotem.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#ff0000;"><strong>W</strong></span>arszawa najbliższa, podskórna, senna. Wykwitła gdzieś w podświadomości, za załomem myśli, rycząca po nocach i tuląca się w prowizorycznych grobach. Taka, jaką znam od lat, ciężka, a przecież piękna, wymagająca, a przecież też wyrozumiała - najważniejsza, bo walcząca.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#ff0000;"><strong>W</strong></span>racam do niej w myślach, w snach. Jestem tu, a przecież tam; Okopowa, Żytnia, Kacza. Biegnę ilę tchu w piersiach, ile sił w nogach, mijam porozrywane torsy, węże nóg i sploty samotnych rąk, gryzą mnie komary iskier wdzierające się pod koszulę, do płuc, do oczu; przez usta do krwiobiegu. Ale przecież nie mogę się zatrzymać, nie chcę.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#ff0000;"><strong>J</strong></span>uż teraz nie wolno. Po wojnie, strachu, samotności, pozorności i złudzeniach; sierpniu pachnącym krwią, głowach porozbijanych o krawężniki, dzieciach roztańczonych po śmietnikach; po rzezi brzóz i oczach zamglonych popiołem. Po całym tym świecie, który runął, żeby Powstać.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#ff0000;"><strong>Ś</strong></span>ni mi się Warszawa, a w niej My. W końcu spokojni, w końcu pewni i słoneczni; śmiejący się przed wystawami z watą cukrową i bajaderkami, szczypiący się w tramwajach i rozpieprzający się po Łazienkach; mokrzy od łez, szczęścia i miłości. Rozbabrani w babim lecie, pączkach z Górczewskiej i pierwszosierpniowym święcie słoneczników. <em>Dziś. Jutro. Pojutrze.</em> Zawsze.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Elegia]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=809</link>
<pubDate>Sun, 06 Jul 2008 17:29:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/07/06/elegia/</guid>
<description><![CDATA[W dniu, w którym się poznaliśmy miałam ochotę rozbić Ci garnek na głowie i jeszcze dołożyć]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">W dniu, w którym się poznaliśmy miałam ochotę rozbić Ci garnek na głowie i jeszcze dołożyć patelnią, gdyż irytowałeś mnie okrutnie.<br />
Jak na swój debilny wiek lat czternastu przystało - byłeś hałaśliwy, krnąbrny, bachorowaty z przewagą rozwydrzenia, uparty, zatrważająco konsekwentny i rozbrajający. W jednej chwili potrafiłeś wyprowadzić mnie ze stanu względnej równowagi i zburzyć cały porządek dnia, w takim stopniu, że miałam ochotę sprać Cię na kwaśne jabłko, by potem jeszcze strzelić Cię laczkiem po uchu.<br />
A Ty mimo mojej wyższości, pełnoletności, wieku o osiem lat postępowego i charakteru trudnego, umiałeś tym buractwem i kozactwem wkraść się do mojego serca na tyle, żebym w późniejszym czasie mówiła do Ciebie - <em>Synku.</em></p>
<p style="text-align:justify;">Poznaliśmy się właściwie przypadkiem. Ty skakałeś wtedy po płotach, grałeś z kumplami, słuchałeś Don Gurala i miałeś manię na punkcie rodzynek. Ja zajmowałam się w tym czasie Gombrowiczem, piłam do snu kakao i z hermeneutycznego punktu widzenia badałam przestrzeń<em> par excellence</em>. Ty zgrubiałeś moje imię nadając mu jakieś karykaturalne brzmienie, pisałeś mi mnóstwo zatrważająco durnowatych wiadomości, rapowałeś <em>Magda - rodzynki zjadła </em>i denerwowałeś mnie serdecznie, a przecież nie umiałam Ci odpuścić. Byłam miła, serdeczna, stateczna. Synku.</p>
<p style="text-align:justify;">Później coś pękło. Siedzieliśmy koło siebie we Wrocławiu, a Ty byłeś tak cudownie nieprzejednany i genialnie uparty w tym bałwochwaleniu przestrzeni i wszystkich jego pozytywów, że wpadłam w Ciebie, jak siostra w młodszego brata wpada i czując, jak obejmujesz mnie ramieniem ciepłym i czternastoletnim mówiąc: <em>Madziu, uwielbiam Cię</em>, wiedziałam, że oto rodzi się więź szczególna i odmienna od innych; ciepłota wykwitła<img class="alignleft size-medium wp-image-813" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/21.jpg" alt="" width="292" height="305" /> z serc i myśli dążących do pełni zrozumienia, Synku.</p>
<p style="text-align:justify;">Mówiłeś do mnie Mamo. I była w tym jakaś moc sprawcza, pieczęć uświęcająca naszą zażyłość rozparcelowaną po wszystkich płotach odczuć, zapamiętań i dążeń. Ja Ci sprawdzałam prace domowe z polskiego, radziłam w sprawach z dziewczętami, rymowałam z Tobą na poczekaniu i grałam w dziesiątki durnowatych gier, które raczyłeś wymyślać w nieskończoność. Ty słuchałeś moich jęków studyjnych, trzymałeś kciuki za moje marzenia, wspierałeś dobrym słowem i zawsze potrafiłeś mnie rozbawić, Synku.</p>
<p style="text-align:justify;">Pamiętam, jak zadrwili z Ciebie Twoi przyjaciele. Chciałam najechać tą waszą miejscowość, z ramienia kuratorium i uniwersytetu, i nie dopuścić ich do egzaminu gimnazjalnego. Ty uspokoiłeś mnie cicho i ciepło mówiąc, że niczego się nie boisz, i że sam się z nimi rozprawisz. Potem sprałeś ich na kwaśne jabłko, a ja martwiłam się tym rozcięciem na brwi każąc Ci przykładać rumianek i szałwię. Później, kiedy wywinęli Ci jeszcze jeden numer groziłam im zawieszeniem w prawach ucznia. Mogłam to zrobić. Nie było rzeczy, której nie mogłam, Synku.</p>
<p style="text-align:justify;">Kilka dni temu pytałeś czy możesz zadedykować mi kolejny tekst, nad którym właśnie pracujesz. Byłam zaszczycona. Przepraszałeś też, że się nie odzywasz, w wyniku tylu spraw na głowie, ale ja to rozumiałam i mówiłam Ci o rozpoczęciu tych wakacji pełnych dudnienia i tętnienia, i oczekiwania na sierpień, w którym znowu mieliśmy wskrzeszać nasz Wrocław, Synku.</p>
<p style="text-align:justify;">Ósmego listopada roku dwa tysiące siódmego uratowałam człowieka w wypadku. Wtedy powiedziałeś mi, że jestem Twoim aniołem.<br />
Wczoraj nie potrafiłam uratować Ciebie. Nie chciałeś.</p>
<p style="text-align:center;"><em>I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,<br />
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.<br />
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.<br />
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?</em></p>
<p>...</p>
<p><em><strong>Tomek Kasperowicz</strong></em> *23 sierpnia 1992 - + 4 lipca 2008</p>
<p>Synku...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Latoto]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=749</link>
<pubDate>Sat, 14 Jun 2008 22:26:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/06/14/latoto/</guid>
<description><![CDATA[Totaktototak! Właśnie tak i wszystko sunie, i bulgoce w słońcu popołudnia, które narzygało na]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;">Totaktototak! Właśnie tak i wszystko sunie, i bulgoce w słońcu popołudnia, które narzygało na mój pociąg ciągnący się na żyłkach torów. Siedzę w rozparcelowanym, rozżagwionym oknie odbitym na wiśniowym siedzeniu i wtapiam się w to sunięcie ogromne, grzeję się pożarem maków liżącym pobocza i patrzę, jak w kącikach oczu rozczapirzają mi się żyłki zmęczenia plecione przez czerwonodzioby klekot bociani. Totaktototak!</p>
<p style="text-align:center;">Jakiś pan na dziewiątej godzinie otwiera kefir i rozlewa go po kolanach dziewczyny w wieku lat sześćdziesięciu, co siedzi na przeciwko niego i ma spódnicę z falbaną. Dziewczyna piszczy, jak podlotek i dzieli się z nim swoją torebką po głowie, po czym obrażona szuka miejsca w innym wagonie. A pan rozmaślony, obtorebkowiony spogląda za nią tęsknym wzrokiem i przyzywa i nazywa, per <em>ku</em> per<em> su</em> per <em>ka</em>.</p>
<p style="text-align:center;">A słońce rzyga, jakby się upiło swoim ciepłem i powoli stacza się nad horyzont, plując świetlikami i krztusząc się włochatym kłacznieniem chmur maczanych w jodynie i atramencie.</p>
<p style="text-align:center;">Konduktor wlazł mi do gardła, podrażnił moje struny głosowe, które rozciągając się na odległość między słodką wargą dolną, a jego uchem ropuchem wykrzykiwały <strong><em>tak</em><em>!</em></strong> przez totaktototak. Niechybnie może i doszłoby do bajkowego zakończenia, w którym to ucho zmienia się w księcia, ale na co mi książę z przyczepionym do głowy konduktorem. Toteż zapłaciłam tylko za bilet, by już po chwili włożyć go między bajki.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;">Nigdy nie będzie takiego lata, <em>nigdy nie będzie takiego lata</em>. Linda siedzi na przeciwko mnie i zamiast gotować kalafiory wyrywa mi ciastka, gazety, kolę i wędliny, mówiąc, że to już na nic, że wszystko było, i że <em>takiej drugiej nocy nie będziesz już miał, takiej łaski bogów, nie będziesz już miał</em>. A ja przecież mam dwie ręce, dwie nogi, dwie piersi kobiece i wiem, że wszystkie najpiękniejsze i najcieplejsze lata są jeszcze przede mną. I że po latach, powiem <span style="text-decoration:underline;">tak.</span><br />
Totaktototak!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Taką Cię znam]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=738</link>
<pubDate>Sun, 08 Jun 2008 08:12:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/06/08/taka-cie-znam/</guid>
<description><![CDATA[Jeżeli o trzeciej nad ranem, ktoś rzuca ci kamieniami w okno, to jest to dobry znak.
Lekki stuk p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Jeżeli o trzeciej nad ranem, ktoś rzuca ci kamieniami w okno, to jest to dobry znak.</p>
<p style="text-align:justify;">Lekki stuk płytki o parapet. Podrywam się z pościeli, w której i tak nie śpię, rozsuwam zasłony i patrzę, jak to słońce blade i rozkapryszone, niczym niepełnoletnia panna młoda wdziera mi się do pokoju, całuje mnie po policzkach i ładuje się do łóżka, zastępując mnie w nim już do końca nocy. Ja tymczasem na krótką koszulkę narzucam stary sweter ojca, w którym zwykłam się rozbijać po okolicznych lasach, na stopy wciskam trampki przygotowane, jeszcze wieczorem do podróży pierwszych, podróży dalekich i najzwyczajniej w świecie wymykam się przez to parterowe okno, tak, jak zwykłam to robić w wieku lat piętnastu, szesnastu, siedemnastu, z Natalką, Piotrkiem, Kasią, gdy przychodziły noce czerwcowe, skoro do wędrówek i podbojów przestrzeni.</p>
<p style="text-align:center;">***<img class="alignleft size-full wp-image-739" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/clipboard011.jpg" alt="" width="285" height="370" /></p>
<p style="text-align:justify;">Siadam na parapecie i śmieję się ukradkiem, bo mimo tego, że nie jest wcale wysoko, to ja się wstydzę, rumienię się, waham, że nie przystoi, że prawie dwadzieścia trzy, że <em>iiiiiiiii </em>( tu ciche piski i chichy), i że chyba totalnie na mózg upadłam, a jak nie, to na pewno to zaraz nastąpi.</p>
<p style="text-align:justify;">A Ty z lat najdawniejszych, z których wysupłałeś mnie zaledwie wczoraj i przygarnąłeś w pełni człowieczeństwa, mimo dystansów, pasjansów, pozornej nieznajomości i ostatniego <strong><em>cześć</em></strong>, w okolicach wstępującej piętnastki, śmiejesz się do mnie i wyciągasz rękę, i mówisz, że następnym razem przyniesiesz linę, ale teraz muszę sobie poradzić bez niej. I dodajesz jeszcze poważnym tonem: -<em> Julio, skacz!</em>, a w tym tonie jest i to nasze wczorajsze wieczorne spotkanie przy stoisku z watą cukrową, bo okoliczny festyn przyjechał pobajdurzyć; jest i stawanie się pogód, szmery strumieni dawne, pewność na to, że ludzie nigdy nie są sobie obcy i że warto wracać, warto rozmawiać, dzielić się sobą z przeszłości, by wrastać w siebie na przyszłość.</p>
<p style="text-align:justify;">Toteż pokonuję te dwieście centymetrów malowniczo rozwalając sobie łokieć o parapet, a Ty pukasz się w głowę i łatasz mnie zupełnie profesjonalnie, mówiąc coś o babach, co z parapetów na księżyc chciały doskoczyć.</p>
<p style="text-align:justify;">A potem ładujemy się na rowery, które tu ze sobą przytargałeś o tej wykwintnej i subtelnej porze, i wybieramy się gdzieś tam przed siebie, żeby głębiej pooddychać, żeby się zasłuchać, żeby porozmawiać, jak przy spowiedzi o tym, że boli, że cieszy, żeby człowiek był człowiekiem;<em> lecą liście, szumi w lesie, wiatr z obłoków warkocz plecie i że tego trzymać się trzeba.</em><br />
I jeszcze, żeby się nigdy nie poddać, żeby walczyć o siebie, o ten swój środek, który się znajduje na wysokości złożonych rąk, i żeby pamiętać, że tak naprawdę, mimo wszystkiego, jest się niezastąpionym, niezbywalnym i jedynym.</p>
<p style="text-align:justify;"><em>-  Nie ma Ciebie drugiej. Nie ma Ciebie innej. Taką Cię znam, taką Cię znam... </em></p>
<p style="text-align:justify;">Dzięki Piotr.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dworzanin polski]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=724</link>
<pubDate>Fri, 06 Jun 2008 11:27:30 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/06/06/dworzanin-polski/</guid>
<description><![CDATA[Otóż mam pod blokiem sklep. ( To podblokiem nie znaczy oczywiśnie, że złażę do niego w bliże]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Otóż mam pod blokiem sklep. ( To <strong>podblokiem</strong> nie znaczy oczywiśnie, że złażę do niego w bliżej nieokreślone podziemie ukryte pod warstwą bagna strojnego w puszki po piwie i ptaki, pawiami zwane. Po prostu silę się na luz. <em>Na auli, na rynku, pod blokiem</em>, jasne.)</p>
<p style="text-align:justify;">Nie byłoby w tym może i nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w sklepie owym pracuje Don Kichot, Hrabia Roland, sam jaśnie wielmożny Jeremi Wiśniwiecky, Percewal z Walli, czy inny Sir Robin, - jednym słowem rycerz pełną buziunią, rodem z kazuistycznych dialogów średniowiecznych.</p>
<p style="text-align:justify;">
Już od progu wita nas szerokim uśmiechem, kłania się w pas!, zachęca do zakupów, zakrzykuje gromko, ilustrując okrzyki gestami, wymachuje laserem do odczytywania kodów i kręci się na pięcie. Jako, że włosy ma uhodowane do brody, z naturalnym podszyciem loków, a brodą ową spiszastą i z wąsem znacznym,podejrzewanie go moje niecne o rodowód dworski jest w jakiejś tam mierze usprawiedliwione.<br />
Charakterystyczna rzecz: ma cyrkumfleksowy zaśpiew. Właściwie to nie mówi, a melodeklamuje, kładąc nacisk zawsze na ostatnią sylabę i wydłużając ją z dodatkiem <em>vibratto</em>. Kiedy podchodzi się do niego z koszykiem pełnym specjałów, banałów, to o każdym ma zwyczaj coś powiedzieć: a to, że pasztet wygrał ostatnio konkurs w kategorii: <em>pasztet roku</em>, a to, że kola lajt <em>lajt lajt laj</em>t ( jak widać powtórzenia są jedną z jego ulubionych form ekspersji), a to znowu, że chlebuś, o chlebuś tak tak, czy ser, s<em>eeeeee</em>r. Każdą rzecz zauważa, każdej się grzecznie dziwi. Po czym taskuje wszystko laserem - ruchem kurtuazyjnym i eleganckim, stając na palcach i z nich opadając, by na koniec zamachem totalnym wcisnąć kasowy przycisk, uruchomić zapadnię kasą zwaną i wydać z niej resztę. Aby dopełnić dzieła żongluje monetami!, przesypuje je z ręki do ręki i kłania się w pas! pytając, <em>czy coś jeszcze będzie</em>.</p>
<p style="text-align:justify;">Zazwyczaj w powadze i dostojeństwie docieram tylko do tego momentu, w którym laser odbywa swoje dzikie akrobacje, toteż na ostateczne zapytanie przecząco kiwam głową dusząc się i krztusząc, i żeby nie wyjść na niegrzeczną - dygam, przed opuszczeniem jego przybytku.</p>
<p style="text-align:justify;">***</p>
<p style="text-align:justify;">Przyjemność płynąca z zakupów, zakupy na poprawienie humoru, shopping - dopiero w tym kontekście te słowa nabierają znaczenia. Co więcej - sprawiają, że wybieranie sera, stanie w kolejce i otwieranie portfela, to prawdziwa sztuka. No cóż, <em>jaki pan, taki kram</em>:)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Genialna Epoka]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=699</link>
<pubDate>Sun, 01 Jun 2008 07:15:19 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/06/01/genialna-epoka/</guid>
<description><![CDATA[&gt;wszystkim tym, którzy pragną dojrzeć do dzieciństwa&lt;
***
Cóż to jest epoka genialna i k]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>&#62;wszystkim tym, którzy pragną dojrzeć do dzieciństwa&#60;</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#888888;">***</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;">Cóż to jest <strong>epoka genialna </strong>i kiedy to było? Tu zmuszeni jesteśmy stać się na chwilę całkiem ezoteryczni jak pan Bosco z Mediolanu, i zniżyć nasz głos do wnikliwego szeptu. Musimy pointować nasze wywody wieloznacznymi uśmiechami i, jak szczyptę soli, rozcierać w koniuszkach palców delikatną materię imponderabiliów. Nie nasza wina, jeżeli czasami będziemy mieli wygląd tych sprzedawców niewidzialnych tkanin, demonstrujących w wyszukanych gestach oszukańczy swój towar.</span></em></span><img class="alignright size-full wp-image-700" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/wyspians.jpg" alt="" width="195" height="193" /></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;">Więc czy <strong>epoka genialna </strong>zdarzyła się, czy nie zdarzyła? Trudno odpowiedzieć. I tak i nie. Bo są rzeczy, które się całkiem, do końca, nie mogą zdarzyć. Są za wielkie, ażeby się zmieścić w zdarzeniu, i za wspaniałe. Próbują one tylko się zdarzyć, próbują gruntu rzeczywistości, czy je uniesie. I wnet się cofają, bojąc się utracić swą integralność w ułomności realizacji. A jeśli nadłamały swój kapitał, pogubiły to i owo w tych próbach inkarnacji, to wnet, zazdrosne, odbierają swą własność, odwołują ją z powrotem, reinterują się i potem w biografii naszej zostają te białe plamy, wonne stygmaty, te pogubione srebrne ślady bosych nóg anielskich, rozsiane ogromnymi krokami po naszych dniach i nocach, podczas gdy ta pełnia chwały przybiera i uzupełnia się nieustannie i kulminuje nad nami, przekraczając w triumfie zachwyt po zachwycie.</span></em></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;">A jednak w pewnym sensie mieści się ona cała i integralna w każdej ze swych ułomnych i fragmentarycznych inkarnacyj. Zachodzi tu zjawisko <strong>reprezentacji</strong> i zastępczego bytu. Jakieś zdarzenie, może być co do swej proweniencji i swoich własnych środków małe i ubogie, a jednak, zbliżone do oka, może otwierać w swoim wnętrzu nieskończoną i promienną perspektywę dzięki temu, że wyższy byt usiłuje w nim się wyrazić i gwałtownie w nim błyszczy.</span></em><em> <span style="color:#808080;">Tak tedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te stacje i etapy po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego zwierciadła.</span></em><br />
</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em></em><em><span style="color:#5b5b5b;">Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, <strong>genialną epokę </strong>naszego życia.</span></em></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;">Możeśmy ją w diminucyjnym zapędzie, sterroryzowani nieobjętością <strong>transcendentu </strong>– zbyt ograniczyli, zakwestionowali i zachwiali. Gdyż mimo wszystkich zastrzeżeń: <strong><span style="color:#000000;">ona była.</span></strong></span></em></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;"><strong><span style="color:#000000;"> Ona była</span></strong> i nic nam nie zabierze tej pewności, tego świetlanego smaku, który mamy jeszcze na języku, tego zimnego ognia na podniebieniu, tego westchnienia, szerokiego jak niebo i świeżego, jak haust czystej ultramaryny.</span></em></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#999999;"><em><span style="color:#5b5b5b;"> </span></em></span><strong><span style="color:#000000;"><span style="color:#5b5b5b;">Dzieciństwo.</span></span></strong><em></em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Fizyczne podstawy materiałoznawstwa]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=611</link>
<pubDate>Tue, 13 May 2008 19:51:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/05/13/fizyczne-podstawy-materialoznawstwa/</guid>
<description><![CDATA[- Wokół dziury mamy sferę Fermiego, z protonami, które na płaszczyźnie, powiedzmy k, wpisujemy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">- Wokół dziury mamy sferę Fermiego, z protonami, które na płaszczyźnie, powiedzmy <em>k</em>, wpisujemy w wartości nadrzędne dla tego pola.</p>
<p class="MsoNormal">- Ale musisz uwzględnić konwencję, której sfera Fermiego w tej sytuacji <em>k</em> podlega.</p>
<p class="MsoNormal">Młodzieniec w koszulce w poziome pasy uwzględniający swą osobą konwencję zgoła inną od tej dyskusyjnej, bo - njustajldizajn, - popatrzył na apologetów wyżej wymienionego Fermiego z miną niezbyt rozgarniętą, acz najlepszą, na jaką go było stać, po czym wyłączył się ze sfery działania również wyżej wymienionej dziury, albowiem toaleta się zwolniła. I klops.</p>
<p class="MsoNormal">Starając się nie zepsuć naukowej atmosfery, która w jednej chwili zapanowała przy stoliku sąsiednim, zwróciłam się do K. zapytana o składniki naszego pola w sposób aksjologicznie nacechowany antycypując paradygmat następujący: <em>ser, polędwica, cebula, bekon</em>; co K. rezolutnie i inteligentnie sparafrazował do tezy: <em>ser, pomidor, szynka, cebula i czosnek</em>. Trudno mi się było z tak przeprowadzonym dowodem nie zgodzić, toteż przyjęłam go za swój.</p>
<p class="MsoNormal">Jakaś para na godzinie drugiej od sfery Fermiego nie wzięła specjalnie do siebie wpływu dziury na zachowanie się studentów w lokalu typu pizzeria o współrzędnych: <em>szybko i smacznie</em>, i przystąpiła do zanalizowania zagadnień związanych z chamskim zachowaniem się A. i smaczną pizzą o paradygmacie wykonawczym: <em>ser, szynka, świnka</em>, co uznałam za przejaw totalnej ignorancji i przy pomocy siły woli ( <em>Fw</em>) wyłączyłam ją z działania sfery Fr.</p>
<p class="MsoNormal">Nie przestając bezczelnie przy tym przysłuchiwać się falom sąsiedniego stolika-matki próbowałam fizycznie zależnie upić pepsi, tak, żeby to moje <em>F</em> działające na <em>m</em> w czasie <em>t</em>, nie zakłóciło ruchów protonów w obrębie dziury należącej do sfery Fermiego. K. jednocześnie wprawiając w drgania menu i wykonując przy tym pracę o wartości nieskończenie niewiadomych mi ilości kilodżuli orzekł z punktu widzenia swojej naukowej orientacji podnosząc głos do natężenia <em>głos&#62;normalnejilościjednostekgłosowych</em>: - <em>Bawidełka. Jak nic</em>.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Natchniona przez naukową konwersację w lokalu użyteczności publicznej o tendencjach motłochowych, zastanawiałam się więc - podczas konsumowania swojej pizzy - w jaki sposób jej promień wpływa na obwód mojej talii i czy dziury, które niecnie żłobię widelcem w jej cudownie chrupkiej <em>m</em> nie mają przypadkiem takiej ilości protonów, że moja osobista sfera Fermiego nie wytrzyma i przeskoczy z obwodu: 60+<em>całe mnóstwo czekolady</em>, do 60+<em>cmc</em>+1.</p>
<p class="MsoNormal">Będąc jednakże oświeconą i nieskończenie mądrą osobą, przypomniałam sobie w tejże samej chwili - genialny w swoich założeniach rachunek prawdopodobieństwa i wyszło mi, że przy takowym zerowym mam szansę otrzymać w wyniku następującej reakcji protonowej wynik typu: 60+<em>cmc</em><strong>-1</strong>, co też poprawiło mi humor i udowodniło genialną w swych założeniach tezę K., w której paradygmat: <em>ser, pomidor, szynka, cebula, czosnek</em>, wpisany w koło o promieniu <em>r</em> i pole o rozmiarze: <em>duża pizza</em>, są warunkiem istnienia przyjemności płynącej z jedzenia.</p>
<p class="MsoNormal">Co należało dowieść.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ubawidełka]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=550</link>
<pubDate>Wed, 30 Apr 2008 21:58:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/04/30/ubawidelka/</guid>
<description><![CDATA[Jeżeli jeszcze nie wiecie - co lubi jeść Ronaldo, jak zostać królową lateksu, co robi śledzio]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jeżeli jeszcze nie wiecie - <em>co lubi jeść Ronaldo, jak zostać królową lateksu, co robi śledziona, gdy jest śledzona i dlaczego wietnam pig posiada rącze nóżki</em>, to znak, że macie poważne zaległości w czytaniu <span style="color:#ff3333;">Bawidełek</span>, skarbnicy wiedzy o rzeczach wielkich i jeszcze większych.</p>
<p>I tak - poprzez podsumowanie dwumiesięcznych, marcowo-kwietniowych statystyk wychodzi nam na to, że stronę w tych dniach odwiedziło ponad piętnaście tysięcy osób, co nam daje dwieście koma pięćdziesiąt pięć osób na dzień, a bez ekscesów matematycznych - wiela człeka, co się nam przez te pielesze przewija, w pieleszach tych śpi, łazi, snuje, czy też spamuje.</p>
<p>W perspektywie dziesięciu miesięcy - w których to czasie prowadzę ten przybytek rozpusty i namiętności, przy ugoszczeniu bez mała czterdziestu pięciu tysięcy osób o różnych porach dnia i nocy,  w różnych czasoprzestrzeniach i zwierzeniach, najchętniej wstukiwaną frazą internautów, prowadzącą na baw.com, jest - <em>serduszko (1,309)</em>, zdecydowany faworyt, a dalej za nim <em>gimnazjalistki</em> - w różnych kombinacjach <em>(315)</em>, <em>świnie, guziec (455), pałer rendżers (171), bawidełka (189)</em> i <em>harem</em> (magiczne <em>69</em>). Z mniej popularnych, aczkolwiek często wpisywanych mamy tutaj: <em>64-tańczące parabole, 64-cochones, 52-bohun, 49-palma wielkanocna,</em> czy <em>męskie rzeczy</em>, w liczbie aż <em>46</em>. Od czterdziestu - zaczyna się wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Schulzu z jego stopami włącznie.</p>
<p>Stopy jakoś w ogóle są uprzywilejowane na tym blogu. Mamy tutaj bowiem: <em>stopy gimnazjalistek, dojrzałe stopy panów, stopy u Schulza, polskie stopy naj, rajstopy, stopy o wschodzie słońca i stopy na gorąco. </em> Tak, to zdecydowanie najbardziej reprezentatywna część ciała na Bawidełkach. Za nimi daleko, daleko w tyle są <em>fantastyczne biodra okalające, kolano z bigosem, bandażowane oczy, kikutowe paznokcie</em> i wspomniana już wyżej <em>śledziona śledziona.</em></p>
<p>Wielką wizytówką bloga jest oczywiśnie też, również przytoczony powyżej, dział gimnazjalny, a więc: <em>stopy gimnazjalistek, zboczone gimnazjalistki, pamiętniki gimnazjalistek, gimnazjalistki w skafandrach, gimnazjalistki w bieliźnie, w pończochach, w dresach,</em> w końcu: <em>gimnazjalne doświadczenia prymarne</em> i <em>gimnazjum kurwa jego mać.</em></p>
<p>Resztę fraz, nazw, pragnień i namiętności internautów szanownych możemy podzielić na kilka podgrup, od banałów poczynając: <em>ach, och, ej, myśli, pierdoły, świnie</em>, a na słownictwie specjalistycznym kończąc.<br />
Dla porządku przedstawiamy je w następujących katalogach:<br />
<strong># nauki ścisłe </strong>- <em>posadzki matematyczne, jak dodać, żeby wyszło sześćdziesiąt dziewięć</em> ( 1+1 - przyp. aut.), <em>trzecia zasada dynamiki w tramwaju, palma i jej funkcje, białe tabletki z trójkątem, trójkąt pięcioramienny, dziki seks matematyków.</em><br />
<strong># nauki humanistyczne</strong> - <em>życie kobiet przed emancypacją, wymyślona baśń na suficie, czym się bawili chłopcy z placu broni</em> (sławy- przyp. aut.), <em>tragizm anny bovary </em>(!), <em>seksowne dziady, kto chciał nałkowską, pierdolić żeromskiego.</em><br />
<strong># stosunki międzynarodowe</strong> - <em>wietnam pig, eunuchy w haremie koniecznie azja!, jak zrobić czapki dla jaskółek, kraina pałer rendżers, intymne kontakty września,</em> czy <em>fak ju.</em><br />
<strong># przedmioty codziennego użytku</strong> - <em>zegar z koniem, trzepak ze śmietaną,  trupie pomarańcze, pobite jaja.</em><br />
<strong># odwieczne pytania ludzkości</strong> - <em>dlaczego nie lubię gołębi?, jak zaprosić kobietę na kawę? czy jak jestem zmęczona to wypada mi być wyrozumiałą?, co lubi jeść ronaldo? co robić gdy syn zamyka oczy podczas jedzenia naleśników?<br />
</em><strong># eufemizmy </strong><em>- nieskończony kretyn, czapmen, kobieta kobyła, facet burdel, kobieta wieloryb.</em></p>
<p>Do perełek zaliczyć ponad to można: <em>rozdziewiczanie kretów, ptaka kozę, miłosne wypadki motocyklowe i herbatę z kartoflem.</em></p>
<p>***</p>
<p>Z okazji dziesięciomiesięcznej bytności bloga <strong>wszystkim Czytelnikom</strong> <span style="color:#ff3300;">Bawidełek</span> serdecznie dziękuję za namiętne i chętne odwiedziny tychże i jak zawsze - polecam się na przyszłość.<br />
Ukłony,<em> <span style="color:#993366;">Mag</span></em><span style="color:#993366;">.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Fiflak]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=549</link>
<pubDate>Sun, 27 Apr 2008 18:08:47 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/04/27/fiflak/</guid>
<description><![CDATA[- Zna pani Fiflaka?
Pytanie wyrosło przede mną niczym dorodna warząchew wśród pól i zbóż ko]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><em>- Zna pani Fiflaka?</em></p>
<p class="MsoNormal">Pytanie wyrosło przede mną niczym dorodna warząchew wśród pól i zbóż kołyszących się niwami chochli, skrobaków i tłuczków, przed kucharzem nieumiejętnym, choć doskonałym w swej nieumiejętnej umiejętności przypalania wody i solenia herbaty.</p>
<p class="MsoNormal">Przez chwilę wertowałam kartoteki wszystkich znajomych, przypadkowe spotkania, zaczytania, dzienniki pociągowe, kawy zbożowe pite po barach trzeciego świata, ale Fiflaka wśród nich nie było. Przyznałam się więc do totalnej ignorancji i havunołajdijam odnośnie znajomości takich jegomości, i zapytałam grzecznie acz podejrzliwie, o powody, dla których zostaję zagajana w sposób obcesowy i odrobinę natrętny, przez tego blond pana, w butach na rzep, od rana, na na na na.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Niestety nie znam </em>– mówię tak skromnie.</p>
<p class="MsoNormal">Pan tak z ukosa, ze smarkiem z nosa, okiem figlarnym, ciemnym, nachalnym mruga, że do mnie wielce zadziornie.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Zna pani. Załoze śe.</em></p>
<p class="MsoNormal"><em>- Ja też.</em></p>
<p class="MsoNormal">Do rozmowy, w dzień słońcowy włącza się Pan Dziadek boczny, rześki, siwy, granat oczny i z uśmiechem, nie oblechem, kiwa do mnie brody mechem.</p>
<p class="MsoNormal">-<em> Ja też?</em></p>
<p class="MsoNormal">Pytam grzecznie. Wobec szturmu porannego, gdzieś na drodze Kaufland Love - pętla giętka, tramwajowe tam smoczyska pędzą stadnie, biorę, godzę się bezwładnie - na Fiflaka.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Osiem i trójka, trójka i osiem, trasa Piątkowska, dziadek i Tosiek. A tak dokładniej: to Pan Tonisław. Rodzice, zda się, więzi ułańskie, onomastyka, ach dynamika. - <em>To zna go Pfani!</em></p>
<p class="MsoNormal">Jestem do bani. Jasne, że nie znam, cóżże poradzę. Dziadek mi mruga: to naprowadzę, a ja jak zawsze w takim spotkaniu, wciągam się, daję, jedźmy tramwaju!</p>
<p class="MsoNormal">- <em>Bo prose pani, ja go spotkałem tu wczoraj. Wczoraj... Wczoraj... Wczoraj...</em></p>
<p class="MsoNormal">I się zamyślił. Dziadek mi mruga. To mi wygląda - podryw na wnuka, ale niech będzie. Już zaraz maj. Fiflak, nie Fiflak, byle był naj!</p>
<p class="MsoNormal">- <em>Jak on wygląda?</em> - pytam się ładnie.</p>
<p class="MsoNormal">Dziadek mi mruga! A niech to, myślę - słodko, kapryśnie, niechaj mu za to oko wypadnie.</p>
<p class="MsoNormal">-<em> Wyglądnie ładnie</em> - Tosiek orzeka - <em>Chudy i zwiły.</em></p>
<p class="MsoNormal">-<em> Jaki?</em></p>
<p class="MsoNormal">Zawiły, problem się robi. Na dziadka to już nawet nie patrzę, wiem, że mi mruga, choć może właśnie wpadło mu niecnie coś do óczdołu. Nie wiem i badam obu pospołu.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Zwiły, no taki, jak u ślimaka.</em></p>
<p class="MsoNormal">Dziwna natura tego Fiflaka zaczyna bawić mnie niezmierzenie. Jestem stracona, prawie się żenię z tym pięciolatkiem, co mi rozprawia o cudach świata, bajkach i śnieniach, dziadek mi mruga, nic się nie zmienia.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Fiflak to będzie taki czarodziej</em> - mówi mi mały.</p>
<p class="MsoNormal">Taki dzień co dzień to się nie zdarza. Mówię mu na to: <em>- Niech nam czaruje i zrobi lato.</em></p>
<p class="MsoNormal">Mały się śmieje, dziadek mi mruga, mija minuta jedna i druga, a mnie wysiadać trzeba naprędce. Żegnam się, Tosiek wyciąga w ręce do mnie totalnie pomiętoszone kwiaty mleczowe i jak pierścionek daje mi klejąc się niepomiernie. Dziękuję pięknie, mówię śmiertelnie - ważnie i mądrze, tak, jak w senacie - że na herbacie razem z Fiflakiem są tak widziani mile ach za to, jak za oknami palące lato.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Morał się taki z tego wyłania: Mickiewicz uczył <em>Dziadów</em> mrugania.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Semantyka popołudnia przedegzaminowego a reprezentacja przestrzeni]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=546</link>
<pubDate>Wed, 23 Apr 2008 11:42:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/04/23/semantyka-popoludnia-przedegzaminowego-a-reprezentacja-przestrzeni/</guid>
<description><![CDATA[To było takie popołudnie, że słońce rozrzygało się po wszystkich parapetach, sklepach, kobiet]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>To było takie popołudnie, że słońce rozrzygało się po wszystkich parapetach, sklepach, kobietach, brudząc dookoła nosy, policzki i czoła - lepiącym się kompotem swoich wnętrzności. Po czym w całości stoczyło się pijacko bełkocząc i bekając bąkami toczącymi się, jak bąbelki w winie musującym, wypełniającym wannę bioder. Tobie, zachciało się pić.</p>
<p>W tym czasie sąsiad namiętnie wwiercał się w spokojność swojej żony, głośny, ciężki, napalony, jak gdyby naturalnie wkomponowany w to popołudnie przynależne brudnie i butnie jękom. Ręką sięgnąłeś po szklankę.</p>
<p>Wtedy sąsiad wszedł na wyższy stopień remanentów, z ręcznego na techniczny, głośny, ciężki, aż bakchiczny, do namiętnej pasji wiodąc żonę, mnie, sufit z podłogą, cały blok, bo choć niedziela jemu robót się zachciewa. Tynk się sypie.</p>
<p>A ty łykiem wzburzasz wannę moich bioder tak, że dłużej już nie mogę i podchodzę ciebie sobie, patrząc jak to słońce błogie się odbija w katafalkach małych węży na firankach i w pryzmacie szyby drzwiowej kręci tęcze pokojowe. Sok jabłkowy.</p>
<p>To jest chwila, w której sąsiad rozpoczyna znowu swoje penetracje ścian. Pan za oknem wrzasnął skromnie do idących kwietniem pań, że za rogiem w naszym sklepie można dostać bułki z mlekiem, sernik, piernik, kalarepę - taki fun.</p>
<p>A ja patrzę okiem, bokiem, jak nalewasz sok. Co z okien - zdjął pijackie plucie słońca i odbija się paląco w zalewanym trzmielu nam. Taki robak, param pam.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
