<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>bawidamki &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/bawidamki/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "bawidamki"</description>
	<pubDate>Wed, 23 Jul 2008 16:28:58 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Szmarmagdowo]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=757</link>
<pubDate>Wed, 18 Jun 2008 07:12:03 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=757</guid>
<description><![CDATA[Dni pęcznieją, jak krówki mordoklejki rozpływające się na języku i bańki mleczy tuż przed d]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><img class="alignleft size-full wp-image-760" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/232-chmurki-i-zboze3.jpg" alt="" width="280" height="210" />Dni pęcznieją, jak krówki mordoklejki rozpływające się na języku i bańki mleczy tuż przed dokonaniem żywota w zgrai półostrych paralotni. Kończą się tuż przed wschodem słońca, a zaczynają w bliżej nieokreślonej epoce, w której mleko spod powiek wycieka, nasącza poduszki, przyjemnym łaskotaniem wdziera się do gardła i grzeje w odkryte łydki, ramiona, biodra znaczone bliznami rumieńców i pocałunkami komarów.</p>
<p style="text-align:center;">Dni ponanizywane na żyłki splotów słonecznych i perlenia się zębów kaleczących winne jabłka, stygnące w cieniu brzóz gwałconych przez wiatry i rozkładające się na wygrzanych płotach odkrytych ramion, które wpijają się w przepierzenia zmysłów, liżąc je upałem i znojem.</p>
<p style="text-align:center;">Dni przynależne odkrytym kolanom dziewczęcym, straszącym ryby w przydrożnej rzece, tarmoszących bez litości pokrzywy, buzującym w skwarze popołudnia i rozbijającym się na żwirze za miastem.</p>
<p style="text-align:center;">W takie dni wychodzi się w świat, bez ostrzeżenia, zastanowienia, z pełnymi płucami pszczół i głową pod pachą. Stąpa się nieostrożnie, niepoważnie i na zielono, z dudniącymi w krwiobiegu makami i jaskółczym niepokojem utopionym w pierwszym, głębszym oddechu.</p>
<p style="text-align:center;">♣♣♣</p>
<p style="text-align:center;">W końcu - nie ma się czego bać. To są przecież te dni, których jeszcze nie znamy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Lato w Wielkim Mieście]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=705</link>
<pubDate>Tue, 03 Jun 2008 11:00:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=705</guid>
<description><![CDATA[Gore!
Roztapiam się, jak krówka ciągutka, zajączek czekoladowy, lody waniliowe z bitą śmietan]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Gore!</p>
<p>Roztapiam się, jak krówka ciągutka, zajączek czekoladowy, lody waniliowe z bitą śmietaną i wiejska pasztetowa pozostawiona na słońcu. Parzę się i gotuję.<br />
Rozebrałabym się bardziej, gdybym mogła, ale niemoc polegająca na braku możliwości, to żadna niemoc.<br />
Toteż rozżagwiam się po pokoju, patrzę, jak rozpływa mi się ramię, klei się do szafek, zostaje na łóżku, kiedy zbyt gwałtownie się ruszę i rozciąga mi się na dystansie między poduszką a klamką, w wielkim piekarniku blokiem zwanym, gdzie w rzędach blach i przegródek cukrują się panie i płyną panowie.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-709" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/sun1copy15.jpg" alt="" width="300" height="247" />Lato powinno być zabronione w mieście. Puchnięcie przystanków, topienie się korytarzy, mikrofalówki w tramwajach, gdzie w zbiorowych kanapkach dochodzi się do temperatury wrzenia, serki gotujące się w torbie na trasie stu metrów między sklepem, a kuchnią, napoje gazowane znikające z lodówek ruchem prostolinijnie przyspieszonym, czy okna na wschód, dzięki którym o ósmej już nie da się wyleżeć w pościeli - stając się płynięciem pogód.</p>
<p>***</p>
<p>Tak. Lato powinno obowiązywać wszędzie poza miastem. Na wsi, nad morzem, w górach, w lesie i nad jeziorem. Od biedy na basenie i w kościele - w tym ostatnim jest zawsze chłodno. W cieniu drzew, brodzeniu w sadzawkach, polach rzepakowych i ziemiankach ziemniakowych. W pełnym słońcu na łące, ogrodzie rządzonym przez koguta, załomie domu, który prawie wrasta w las i biwaku okołowodnym, gdzie po wyjściu z namiotu można wpaść do rzeki.</p>
<p>W przeciągach i sadach, w towarzystwie Dejvida Hasselhoffa i na plaży w Miami; w piosence Świetlików i u Reymonta w tomie czwartym. Rano w radiowej Trójce, przy <em>Zabijaniu Drozda</em>, w koszyku Adeli, wracającej niczym Pomona z ognia dnia rozżagwionego i w smaku Lejsów koperkowo-ziemniaczanych.</p>
<p>***<br />
Więc o co lato.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Words, words, words]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=678</link>
<pubDate>Wed, 28 May 2008 13:17:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=678</guid>
<description><![CDATA[- Zeżrę Cię.
Perwersyjna przyjemność, jaka płynie z artykulacji tych słów piszczy we mnie i ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">- <strong>Zeżrę</strong> Cię.</p>
<p class="MsoNormal">Perwersyjna przyjemność, jaka płynie z artykulacji tych słów piszczy we mnie i jątrzeje. I już nawet wcale nie musi dochodzić do ewentualnej konsumpcji przedmiotu przez podmiot, gdyż samo balansowanie w przestrzeni między przedniojęzykowo-dziąsłowym <strong><em>z</em></strong>, a nosowym <strong><em>ę</em></strong> jest mi spełnieniem o charakterze transcendentalnym.</p>
<p class="MsoNormal">: Słowo w potocznym dzisiejszym znaczeniu jest już tylko fragmentem, rudymentem jakiejś dawnej wszechobejmującej, integralnej mitologii. Dlatego jest w nim dążność do odrastania, do regeneracji, do uzupełniania się w pełny sens. Życie słowa polega na tym, że napina się ono, pręży do tysięcy połączeń, jak poćwiartowane ciało węża z legendy, którego kawałki szukają się wzajemnie w ciemności.:</p>
<p class="MsoNormal">Kryją się w słowach pokłady ekspresji przedziwnej, zachwytu w formach minuskuły, algorytmy doznań i pełne nawarstwień dziedzińce przeżyć, pokłady recepcji, które już w samej swojej warstwie brzmieniowej stają się reprezentacją przestrzeni.</p>
<p class="MsoNormal">Ot, taki sobie <strong>madrygał</strong> – pozorny wielogłos, zaśpiew, poetycki szablon z naroślami wyrazów i koronką wielokropków. A przecież, kiedy mu się tak bliżej przysłuchać, zakraść się w jego tkankę brzmieniową, rozebrać leksykalnie i namoczyć semantycznie, to ma się wrażenie, że jest on przyczółkiem orgiastycznych wykrzykników uciszonych w jamach gardłowych wytłaczanych mchem i berberysem.</p>
<p class="MsoNormal">Słowa dublują znaczenia, rozwarstwiają, nakładają się jedne na drugie tworząc całkowicie nowe reprezentacje. I jest w tym jakaś ulotność absolutu, akt twórczy, który przypisuje wyrazom jakość wyobrażenia. Najpierw słyszymy, dopiero potem widzimy – i w tej recepcji głębokiej, to od nas zależy, czy z <em>róży</em> zrobimy gatunek wielbłąda, a z <em>dywanu</em> egzotyczne zwierzę.</p>
<p class="MsoNormal">Istnieją więc słowa, które już w samym swoim brzemieniu brzmienia oddają obrazy fantastyczne, przynależne wyobraźni, przekładające <em>langue</em> w <em>parole </em>i imitujące znaczenia zakorzenione na dnie percepcji.</p>
<p class="MsoNormal">Takowy <strong>zmierzch</strong> – który puszy się, kłaczy, zwija w rulon i miękko wpija<span> </span>w koc. Nie musimy wiedzieć, że słownikowo oddaje on chwilę tuż przed zmrokiem, kiedy dzień pijany stacza się aż po horyzont, bo już w samej jego nazwie jest coś, co oddaje nam tę grę cieni rozżagwioną przez ostatnie bicze musującego słońca, które kładzie się ametystem i purpurą po wierzchołkach drzew. Podobnie jest z <strong>imbrykiem</strong>. Czyż nie znając znaczenia tego parzenia się wody i dymienia okołoporcelanowego, nie zgadlibyśmy, że wiąże się on z jakąś podskocznością, ukropnością, nawarstwieniem się doznań i gorącem fajdającym policzki? Zgadlibyśmy, gdyż <em>słowo samo pozostawione sobie, grawituje, ciąży ku sensowi.</em></p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Istnieją<span> </span>także słowa-pomyłki, wyrazy-sieroty, dualistyczne antonimy bezkresów i błędne desygnaty nieodczytalnego. Słowa, nie na swoim miejscu, słowa-paradoksy, dookreślające natłoki wrażeń zupełnie drugiego obiegu, wykrzywione znaczenia wyobrażeń. Do tych receptorów nachalnych, absurdów znaczeniowych – należy m.in.: <strong>kaszalot</strong>. Czyż pierwsze odczytanie, ta recepcja głęboka nie odnosi nas do ptasiej imitacji rodowodu? Do zgromadzeń podniebnego braterstwa, przypisanego mniejszością i skromnością cichych sanktuariów? Przecież już sama analiza semantyczno-językowa tego słowa utwierdza nas w przekonaniu, że prasens desygnatu utknął nam między <em>znaczącym</em> a <em>znaczonym</em>.<img class="alignright size-full wp-image-679" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/capodoglio.gif" alt="" width="273" height="123" /></p>
<p class="MsoNormal"><em>Kaszalot</em>, <em>samolot</em>. Podobieństwo brzmieniowe nie jest tu przypadkiem. Do tego formant<strong> lot</strong> – który z gruntu już kieruje nas ku rodzinie wyrazów zarezerwowanej dla mieszkańców górnych warstw atmosfery w liczbie pięciu, od litosfery licząc. <strong>Kasza</strong> – to człon charakterystyczny dla wykonawców czynności i nazw zawodowych, tak, jak w wyrazach: <em>biegacz, stolarz, kopacz </em>tematy: <strong>bieg, stół, kop</strong>. <em>Kasza</em> – jednoznacznie informuje nas o cesze charakterystycznej dla całej rodziny kaszalotów – a więc umiłowaniu tychże jadalnych nasion zbóż od gryki poczynając, a na kukurydzy kończąc. ( <strong><em>Kukurydza</em></strong><em> jest również nazwą ptaka, ale to temat na osobną rozprawę.)</em> Sumując więc wnioski, mamy do czynienia z paradoksalnym i niewybaczalnym błędem natury językowej, który oderwał prasens słowa od jego pierwotnego znaczenia.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">:Proces usensowiania świata jest ściśle związany ze słowem. Mowa jest metafizycznym organem człowieka.</p>
<p class="MsoNormal">Uważamy słowo potoczne za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie odwrotne: <span style="color:#3366ff;">rzeczywistość jest cieniem słowa</span>.:</p>
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Koloratura]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=620</link>
<pubDate>Tue, 20 May 2008 08:38:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=620</guid>
<description><![CDATA[Wystarczy mrugnąć trzy razy lewym okiem, podskoczyć na prawej nodze oraz klasnąć, i można wcho]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Wystarczy mrugnąć trzy razy lewym okiem, podskoczyć na prawej nodze oraz klasnąć, i można wchodzić. Furtka znajduje się pięć beknięć na wschód od Cudów Na Kiju i dwa prychnięcia od Cyrku Na Kółkach. Kryje za sobą światy niezmierzone, <img class="alignleft size-full wp-image-621" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/bestofyerka4.jpg" alt="" width="300" height="269" />światy naprzeciwległe - pola wysadzane cytatami z Gombrowicza, które pęcznieją, rozrastają się, wsiąkają w ziemię, <em>tę ziemię</em> i wyprowadzają ją, niczym burzobrody Mojżesz, z pomiędzy litwińskich ud dziewic na południowoamerykańską sjestę; łąki zarosłe sandałami porzuconymi tu przez przepierzenia epok, które nie jedno zdeptały, nie jedno zgniotły, przekształcając żuczkowe gnojarki w marny proch ziemi, <em>tej ziemi</em>. Są tu także lasy ogromne przesypane klepsydrami czasu, kształtnymi pannami chronotopów, ubranymi w rozżagwione ognie dnia, słoje politury okien, pięciolinie spazmów orgiastycznych i lekkości bytów nieznośne. Wystarczy tylko mieć lewe oko.</p>
<p class="MsoNormal"><em>Najlepiej widzę, kiedy zamknę oczy</em>. Mawiał Tadzio Różewicz. I jest w tym jego mówieniu, jakaś transcendentna ckliwość poranka, orzeźwiający chłód wieczoru, pewność na to, że istnieją w nas światy równoległe, które godzi odkrywać się z namaszczeniem i celebracją przynależną zadziwieniu dziecka, gdy widzi ono pozorne rozczepienie światła - w jego odczuciu będące mostem do ZaSiedmioLesia.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Jest w nas coś takiego, co banał przemienia w transcendent - z rakiety tenisowej robi gitarę, z patyka różdżkę, z kapcia samochód dla lalki, a z piasku babkę.</p>
<p class="MsoNormal">Pan Bohumilek powiedział o tym kiedyś, że chodzi tu o zachwyt dla widzialnego świata. <strong>Zachwyt</strong> dla tego, co nas otacza, dla samego siebie, żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widzialny świat jest na swój sposób wspaniały i wyjątkowy, nawet jeśli <strong>banalny.</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pałer Rendżer &amp; Szósta Nad Ranem vs Tyhrys - episode 3]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=557</link>
<pubDate>Thu, 01 May 2008 22:48:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=557</guid>
<description><![CDATA[Najpierw wsadził mi palec do nosa, potem nachuchał do ucha, zaśmiał się cicho i kucając tuż p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Najpierw wsadził mi palec do nosa, potem nachuchał do ucha, zaśmiał się cicho i kucając tuż przy mojej głowie przyssał się buzią w ciup do owalu oka sycząc i jodłując, i wpychając mi się pod kołdrę z donośnym: <em>- Ty zbóju! Ty zbóju, ty jeszcze śpisz! </em><br />
Tak, śpię, jak przystało na godzinę rano szóstą, senną, bierną oraz tłustą. Grzesząc przy tym niesłychanie. Mały burzy me posłanie i gryzawszy prześcieradło fika, pryka, zew barykad.  By po chwili krzyknąć gromko, że czas biegać, bo jest słonko. Więc w tym stanie, niesłychanie, wkładam portki, zbieram lanie ( bo za wolno, zazaspale), chwile, mile, barabanie!</p>
<p>Już po chwili zostaję mianowana naczelnym tyhrysem tej części ełwropy i w postaci skoków posuwistych, gęstych, częstych i parzystych ścigam małe pięciolecie, zwinnie, płynnie po tapecie i po ścianach żółto-złotych malowanych w czarne koty. Ono zaś w podrygach wielkich, rzutkich fikach, skokach wszelkich i w bieganiu po suficie, zmyka mi że wyśmienicie. A gdy uda mi się chapnąć, złapać, bujnąć, kopnąć, capnąć i przyciągnąć do buziaka tegoż cud miód hot chłopaka, to nie szczędzę mu udręki, za co później zbieram cęgi.</p>
<p>Pałer Rendżer wówczas kicha, smęci, wierci się i wzdycha i próbuje cnych forteli, by wyłuskać się z pościeli. A na koniec, gdy odsapnie, kopnie misia, gryźnie Magdę, kiedy biją na jutrzenkę, kiedy ja zapadam w drzemkę, co wyrwana z środka nocy, on otwiera karmel oczy i z wyrzutem niezmierzonym, trąbi, skacze, barabani, że on walczy z tygrysami, i że nie ma: tanie, spanie. Mówi i mi spuszcza lanie.</p>
<p>***</p>
<p>Dzielę się tu myślą bystrą - jestem ciotką zajebistą. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[3M]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=542</link>
<pubDate>Tue, 15 Apr 2008 08:33:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=542</guid>
<description><![CDATA[dedykowane studentom polonistyki
Drogę wytycza się idąc - zuchwale, niedbale, bez kosmicznego wym]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em>dedykowane studentom polonistyki</em></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#993366;">Drogę wytycza się idąc - zuchwale, niedbale, bez kosmicznego wymiaru przyszłości, zbędnych form, stylu, względnej płodności - materii, która pcha nas, jak wiatr, który zwykł pchać - zające chmur po  pasztecie nieba; - i przez ten jego spieczony pryzmat, mrugać i smarkać na życia miarę, na to, co zwykłe i to, co zastane.</span></p>
<p class="MsoNormal"><a href="http://bawidelka.files.wordpress.com/2008/04/collegium-maius.jpg"><img class="alignnone size-full wp-image-543" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/04/collegium-maius.jpg" alt="" width="400" height="256" /></a></p>
<p class="MsoNormal">Ulica Fredry wytycza się sama. Ciągle od nowa, ciągle od rana - ( choć w mym przypadku oj od południa, nie bądźmy śmieszni, przecież to studia), gwarna, tętniąca i roześmiana. Wysiadam zwykle na Teatralce, spódnica, włos blond, dłonie i palce, płaszcz, klaszcz w tramwaju, Collegium Maius! I chociaż mogę jeden przystanek przesiedzieć jeszcze w puszce blaszanej z numerem dziewięć, jeden i siedem, to wolę nogą podejść przed siebie.</p>
<p class="MsoNormal">Ulica Fredry - przyjemne metry.</p>
<p class="MsoNormal">Zaczynam tłumem, łokciem, bo umiem, i z mostu Nowy - kierunek Teatr, macham pociągom, we włosach nieład, a pod stopami żyły kolei, dudnią i tętnią, słońce się klei, do barier, kloszów, lamp i kaloszów, we wzorach dawnych, mostem wystawnych. ( Gdyby zabrakło dla mnie mieszkania, most ten zamawiam!). I tak od rana przemierzam szablon wzniesień miastowych, mijając parki, stajenki, głowy, co piwne - tlą się tuż pod pegazem, ciężkie i mokre za każdym razem. Dalej Mickiewicz w koszulce Lato, banda uczniaków, fontanna, zator na skrzyżowaniu tuż przed majusem, wszak na zajęcia spóźnić się muszę! Po lewej Wielki Teatr piosenki, satyry, grozy, <em>sanie i płozy</em>, opery, halki, jęczą kochanki pana Moniuszki, wcinam paluszki.</p>
<p class="MsoNormal">W końcu dochodzę, parkan, kiosk, słodzę, kawa na wynos ukryta w szatni, brak toalety, miast ławek nawy - więc jak w kościele ( w każdą niedzielę - choć doń nie łażę, Pan Bóg mnie skaże) cichnę i modlę się w wielkim skupieniu, nie przeczytawszy wstępu z BeeNu.</p>
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mitologizacja rzeczywistości]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=523</link>
<pubDate>Sat, 12 Apr 2008 12:31:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=523</guid>
<description><![CDATA[Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa, powiedział B. i zastygł w skurczonej skorupce palców]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa, powiedział B. i zastygł w skurczonej skorupce palców, niby pięść orzecha - zakręcając się, jak trzmiel kosmaty popielaty, bączek gwarowy, buczący na krowy.</p>
<p>Ideał ten stanowi praprzyczynę wszystkiego. To on uczy nas odkręcania słoików na gumkę i odróżniania gumki owej od tej majtkowej, czy tej do skakania. On boczy się i zwiesza nos na kwintę, gdy nie pozwala się nam wkładać ołówków do kontaktu, palców w szpary międzydrzwiowe wpychać, przyklejać języka do oblodzonych parkanów i kopać gołębie, namiętnie, natrętnie.</p>
<p>Ideał ten jest sumą wszystkich pouczeń i rozczarowań - wybitym zębem na lodowisku, zdartym kolanem od brody po goleń, rozerwanym ogrodniczkiem na dzikich jabłkach i zaklejoną paszczeką po wacie cukrowej. Jest też tym, co najbardziej doniosłe i najważniejsze w swojej praprzyczynie, a więc: pierwszym pierogiem uklejonym pod czujnym okiem mamy, wyważonym, rozczapirzonym, karkołomnie plaskatym i niewyobrażalnie rozlazłym; pierwszą łyżeczką kawy gorzkiej, choć aromatycznej, woniejącej kredensem babci i miętówkami chowanymi po kieszeniach. Jest pierwszą bijatyką z obitą japą, drzazgą w dłoni, kolanami sparzonymi pokrzywami i papierosem, który z obrzydzenia wychodzi nam nosem.</p>
<p>Dojrzewanie do dzieciństwa to docieranie do samego siebie. Wszystko  co znamy, co jest ważne, nam drogie, co w przyczynie i w sposobie stanowi nam o istnieniu, potrzebach, względach i talentach - jest takie, a nie nijakie właśnie z tego powodu, że takim widzieliśmy je w bliżej nieokreślonej przeszłości. W niej to bowiem, w skutku i w sposobie, pierwsze jest zarazem ostatnim.</p>
<p>Pierwszy zjedzony burak już na zawsze zostanie przepysznym urozmaiceniem codziennego jadłospisu i królem potraw wszelakich, a nie miast niego schabowe i ziemniaki, jeżeli przy tym właśnie pierwszym podejściu objawi nam się w całej swojej krasie, golasie!<br />
Jeżeli natomiast w czasie inicjalnego kęsu znajdzie się w nim coś z twardości kredensu - to już nigdy nie będzie miał sposobu, żeby się nawrócić. I choć przyjdą inne smaki, buraki, rzepy, czy kalarepy - to ten pierwszy jest ustanowieniem i zaczątkiem próbowania wszystkiego w swojej dziedzinie. Doświadczenie prymarne bywa niezbywalne.</p>
<p>Wszystko więc, co pierwsze, jakże ciche i doniosłe w swej postaci - jest kolejnym krokiem w poznawaniu świata. A o każdy poszczególny, pojedynczy i indywidualny <span style="text-decoration:underline;">krok</span> - trzeba nam dbać, trzeba się starać, doceniać go i stawiać z rozmysłem.</p>
<p>***</p>
<p>Nie na darmo się mówi każdemu z nas - iż ważny i magiczny jest ten pierwszy raz.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Traktat ponowoczesny]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=522</link>
<pubDate>Wed, 09 Apr 2008 18:30:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=522</guid>
<description><![CDATA[Koncypuję paralelnie i parataktycznie nad pasztetem zajęczym, gdyż natura jego nazwania wiedzie m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Koncypuję paralelnie i parataktycznie nad pasztetem zajęczym, gdyż natura jego nazwania wiedzie mnie do obłąkania. Będąc zaś w pełni władz umysłowych, duchowych, fizycznych i erotycznych, w głowie niewieścim mi się nie mieści, jak można spokojnie i ze zwyczajem zjadać pasztet z tym nazwaniem. To jakby sprzeniewierzać się całemu porządkowi świata, odbić dziewczynę brata, to tak, jak lubić buraki, słodzić twaróg, kochać flaki, jak nie lubić pić kakao, a to jeszcze będzie mało.</p>
<p>Pozostańmy przy kanonie - co ma pasztet na obronę?<br />
No bo przecież moi drodzy, jakże zjadać nam się godzi - danie, które w dziwnym swym nazwaniu, jęczy nawet przy śniadaniu. Ha, by tylko nam jęczało, onoż piszczy, do zawału. Zaraz w myślach mam wyjątek o niedoli tych żyjątek, co skazane na pasztety, zdobią w kuchni parapety.<br />
Trwoga, litość i współczucie - przeciw dumie, przeciw bucie, przeciw lansom na zające - choć parują się w tysiące.<br />
Przeciw łapkom, co na szczęście, przeciw futrom, niechże będzie.</p>
<p>Boż nie godzi się by danie, zajęczało pogryzane.</p>
<p>***</p>
<p>Wnioski z notki płyną strużką - jęczeć sobie można w łóżku, a u stołu przy kobiecie, mówić nie trza o pasztecie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O b-wieszcz? e, nie!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/06/o-b-wieszcz-e-nie/</link>
<pubDate>Sat, 06 Oct 2007 20:37:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/06/o-b-wieszcz-e-nie/</guid>
<description><![CDATA[Dostawa bawidełek zostaje zawieszona na magicznych czternaście dni z powodów technicznych. Niech ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Dostawa bawidełek zostaje zawieszona na magicznych czternaście dni z powodów technicznych. Niech pneumatyczne kolana, namiętne kapusty, poplamione usta i pomarańcze, tańczę, tańczę, będą z Wami. Zdrówka. Do przeczytania. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Czuły barbarzyńca]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/01/czuly-barbarzynca/</link>
<pubDate>Mon, 01 Oct 2007 10:43:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/01/czuly-barbarzynca/</guid>
<description><![CDATA[ ***
Na polanie płochego oczekiwania wszystko przybiera jaskrawą barwę. Mieni się w świetlisto]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> ***</p>
<p>Na polanie płochego oczekiwania wszystko przybiera jaskrawą barwę. Mieni się w świetlistości, gloriach, elejsonach, magnifikatach. Na polanie płochego oczekiwania smak rozwleka się po drzewach, po śpiewach, mewach, gest zawija się w skorupę ślimaka, krzaka, robaka, a drżenie przedsionków, paciorków jest tak wielkie, że budzi motyle, badyle, kadryle, co chwile.<br />
W bezczelności oczekiwania drzemią ofiarne kozły, ogień całopalenia na ustach, amaranty policzków i wilgotność warg. To zuchwałe podniesienie, przemienienie i wywyższenie najświętszego podniecenia.</p>
<p>Jestem mistrzynią polowania na polanie płochego oczekiwania, tropicielką dobrych myśli w zwierzyńcu języka, kłusowniczką na nieprzebytych terenach fascynacji wybrukowanej pomarańczami. Jestem królową karmelkowych oczu, rozbójniczką wśród łowców poklasku, córką niemożliwego i matką sentymentu, która chce jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności, która chce pić z półlitrówki śmietankę wieczności, zaraz i natychmiast, a nie kiedyś tam, a więc nigdy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Svítání]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/26/svitani/</link>
<pubDate>Wed, 26 Sep 2007 12:33:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/26/svitani/</guid>
<description><![CDATA[Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Pobudka kogutka, leniwe wstawanie z pościeli dopiero pó]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Pobudka kogutka, leniwe wstawanie z pościeli dopiero pół godziny po przebudzeniu, oddychanie aromatem pomarańczy na ustach, w pościeli, parceli, weseli. Powolne sunięcie poprzez mgłę, stanik w ulubionym kolorze fioletowym bez żadnych efektów specjalnych, poranne w wodzie przestawanie, doprowadzenie strzechy do porządku, związanie zboża w ciasny kok na karku, podkreślenie oczu, zwilżenie ust, wciągnięcie pończoch i plisowanej spódnicy. Butki na pasek, marynarka koloru dojrzałej śliwki i brązowa teczka z całym dzisiejszym światem piątoklasistów. Śniadanie tak lub nie. Zazwyczaj kawa zbożowa, kawa z wanilią albo nieśmiertelne kakao, do tego jakiś plasterek szynki, chleb ryżowy. Jak mam natchnienie, to jajecznica na boczku. No i rytualne śpiewanie w łazience przed wyjściem. Dzień bez przyśpiewki, to dzień stracony. Można swawolić na ludową nutę - Mazowszane <em>Holi Hola</em>, można budzić dzięki akustyce kanalizacji drzemiących namiętnie sąsiadów drąc się do suszarki <em>Jooooorrrr taaaaaajm łiiiiiiiiiil kooooooooooooom</em> - dzielnie i beznadziejnie próbując dorównać geniuszyzmowi Dickinsona. Można zanucić krotochwilnie jakiegoś świetlika z latem, albo dać się ponieść werwie i zaszaleć z kultowym <em>Hej hej hej, hej hej hej, inni mają jeszcze gooooorzEEEEEj. </em></p>
<p>Tak, moi sąsiedzi na pewno mnie kochają.</p>
<p>Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Przez zaśnienie wkraczam w rzeczywistość próbując wmówić sobie, że jestem już w miarę dorosła i dojrzała, jak kandyzowana wisienka, i że jakieś poczućka z przed lat, fantazje, fantasmagorie - to już nic, a nic się mnie nie imają. Przy takich stwierdzeniach muszę mieć chyba zatrważająco nieprawdopodobną minę, bo moje przyjaciółkowe Porannienie kiedy o tym słyszy, to śmieje się i puka w czoło mówiąc, że od czterech lat to powtarzam.<br />
Cóż poradzić, że cztery lata temu czułam się dokładnie tak, jak i teraz. Onieśmielona, zapatrzona, zawstydzona, zatopiona. Widocznie Cypek jednak mimo wszystko miał dużo racji, której nie doceniono za jego życia.<br />
<strong>Przeszłość, to jest dziś, tylko cokolwiek dalej. </strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzienniki pociągowe]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/14/dzienniki-pociagowe/</link>
<pubDate>Fri, 14 Sep 2007 12:00:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/14/dzienniki-pociagowe/</guid>
<description><![CDATA[odgrzebałam w starociach  
DZIENNIKI POCIĄGOWE czerwiec 2006r. (na kolanie)
Trzy godziny w jedną ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>odgrzebałam w starociach :)</p>
<p align="left"><strong><font color="#cc0066" face="Verdana" size="2">DZIENNIKI POCIĄGOWE czerwiec 2006r.</font></strong> <font color="#cc6699" face="Tahoma" size="2">(na kolanie)</font><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p>Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.<br />
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.</p>
<p>Czerwiec.<br />
Miesiąc czerwia i czasu, w którym trawa oddaje się chodnikowi.<br />
Język słońca ślizga się po szybach, kropli szyję malując na niej perły, do włosów się wkrada, co by zamieszkać w nich na zawsze.<br />
Cudownie jest kochać się ze Słońcem.<br />
Czerwiec, a ono zdejmuje ze mnie ubranie, zsuwa ramiączko bluzki, podwija spódnicę, bose stopy rumieni kurzem drogi.<br />
Na złotej smyczy prowadzi mój pociąg.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Dosyć tej poezji. Świat i życie bywają bardziej prozaiczne.<br />
Kiedyś, w związku z tą prozą jestestwa, spytano mojego przyjaciela, Bohumila, jak wyobraża sobie świat po roku 2000.<br />
To była szaleńcza data, jak pamiętamy. Wtedy mój brat zaczął swój jedenasty rok życia!<br />
Bohumil zawsze wiedział, jak to będzie. Mówił, że po roku 2000 raczkujące niemowlaki będą w dalszym ciągu poddawane tyranii, jak nauczyć się sztuki chodzenia, po roku 2000 pierwszaki, zupełnie jak dzisiaj, będą się bały szkoły oraz domowego i pozadomowego wychowania, po roku 2000, tak, jak i przed tym rokiem, uczennica będzie oszołomiona faktem, że zrobiła się z niej panna, że później z panny stanie się kobietą, a z kobiety matką...</p>
<p>Zawsze mamy rok 2000.<br />
Często w tych moich podróżach pociągowych towarzyszy mi właśnie Bohumil. Zwykłam na niego mówić "Pan Dziadek'', bo w nim takie właśnie dziadkowanie siedzi. Ul miodny i zapach praskich piwiarni.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Przepraszam, czy tu wolne?<br />
- Tak.<br />
- Dziękuję.<br />
- Proszę.</p>
<p>Skąd my to znamy, prawda? Typowe zachowanie iście pociągowe. Znamy. Więc współczuję.<br />
Pociąg toczy się w stukocie po torach. Poznań Główny. Poznań Dębiec. Luboń. Puszczykowo. Jakieś trzy kilometry. Przede mną jeszcze sto sześćdziesiąt cztery. Oko moje, oko niebieskie dostrzega wolne miejsce.</p>
<p>- Przepraszam, czy tu wolne?<br />
Młody Pan.<br />
- Dla pani, zawsze będzie wolne.<br />
Uśmiecham się szeroko. Siadam.<br />
- Jeśli tak, oznacza to tylko jedno. - mówię wesoło. - Jestem księżniczką.<br />
Młody Pan śmieje się.<br />
- Od razu widać, że pani jest księżniczką. </font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Kiwam głową na znak potwierdzenia i tak spośród stu ośmiu godzin, sześć tysięcy dwustu kilometrów, piętnastu przeczytanych książek, setek przygodnych rozmów, tysiąca nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takich samych par migoczących oczu, czteroskłonnych kończyn i miliarda najważniejszych spraw na świecie, ja poznaję właśnie Młodego Pana, który jedzie się oświadczyć.<br />
Świat zamknięty w jednym przedziale, na jednym siedzeniu, w dwóch metrach kwadratowych powietrza.<br />
</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Kościan.</p>
<p>- Wolne?<br />
- Tak.</p>
<p>Siada Pan Kapitan.  Dlaczego Kapitan? Na lewym przedramieniu ma wytatuowaną syrenę z pięknymi i dojrzałymi piersiami.<br />
Czytam "Dziady" Adama.<br />
- O, Mickiewicz. - słyszę.<br />
- A tak. - odpowiadam z uśmiechem.<br />
- Pffff.<br />
Patrzę na Pana Kapitana z rozbawieniem. Nie lubi Adama. Ewidentnie.<br />
- Co, udajemy mądrą?<br />
To do mnie. Zaczynam się śmiać.<br />
- A do tego zuchwałą.<br />
Milknę. Pan Kapitan patrzy na mnie srogo.<br />
- Co, myślisz, że wszystkie rozumy zjadłaś, bo czytasz Mickiewicza? - pyta z dziwnym grymasem na twarzy. </font>                                <font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Czyżby student polonistyki sprzed dwudziestu lat, którego oblali na egzaminie z historii romantyzmu? Cały przedział przygląda się nam w zachwyceniu i zdumieniu zarazem. Jakby był tu Bohumil pewnie popłakałby się ze śmiechu patrząc na nabrzmiałe sutki Kapitanowej syrenki i moje figlarne iskierki w oczach, które nie wróżyły niczego dobrego. Ot, włączyła mi się megalomania szalona.<br />
- Nie, nie zjadłam. Nie musiałam ich jeść. Mam je od urodzenia.<br />
Pani koło mnie zachichotała cicho.<br />
Pan Kapitan fuknął.<br />
- Mądralińska się znalazła! Dziewczyno, widać, że nie masz obycia w książkach.<br />
- Niech pan da tej pani spokój. - odzywa się jakaś Pani Babcia przyoknowa. - Co pan ją tak bezczelnie zaczepia? Ta pani czyta książkę, więc proszę jej nie przeszkadzać.<br />
O, myślę sobie, Pani Babcia mnie ratuje przed samą sobą. Uśmiechnęłam się do niej, co jeszcze bardziej rozjuszyło Pana Kapitana i doprowadziło prawie jego narękową syrenę do rozkoszy.<br />
- A pani co?! - huknął. - Dziewczyno! - to do mnie. - A co ty znasz jeszcze takiego autorstwa Mickiewicza, co?!<br />
- "Prelekcje paryskie." - mówię z bezczelnym uśmiechem. Pani po prawej znowu zachichotała cicho.<br />
- A "Pana Tadeusza" znasz?!<br />
- A znam.<br />
- A "Redutę Ordona"?<br />
- A też.<br />
- Akurat! - krzyczy Pan Kapitan jak burak. - To czego nie znasz?! Albo co znasz, czego ja nie znam, no no? Literatura nie ma przede mną tajemnic.<br />
Się doigrał. Uhu.<br />
- O, to zapewne czytał pan "Tragedyję o Scylurusie Polskim", prawda?<br />
- ...<br />
- I 'Małżeństwo z kalendarza" Bohomolca?<br />
- ... ...<br />
- I, i w ogóle największe polskie pismo literackie ActionMag.<br />
Pan Kapitan nie wytrzymał. Syrenka opadła miękko, a on zabrał swoją reklamówkę, wyszedł z przedziału i krzyknął na pożegnanie: "Nie będę się zadawał z żadnymi e w e d e n t m a m i"<br />
Na co odkrzyknęła mu babcia: "E w a n a m e n t a m i  chyba!".</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Czerwiec.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Przepraszam, czy to miejsce jest wolne.<br />
- A tak, proszę bardzo.<br />
Wykwintna pani w czarnej garsonce i idealnie ułożonych włosach na każdą pogodę.<br />
- Uch, jak gorąco, nieprawdaż? - zapytuje.<br />
- A tak, okrutnie. - odpowiadam uprzejmie.<br />
Zbyt emfatycznie. Wykwintna Pani patrzy się na mnie kątem oka.<br />
- Nie lubię, jak jest tak ciepło. - dodaję po chwili. - Nic się wtedy nie chce.<br />
- Dokładnie. - odpowiada mi moja współtowarzyszka. - Marzy się wtedy Riwiera czy inna Tunezja.<br />
I zapatrzona w krajobraz za oknem pewnie śni teraz o ekskluzywnych francuskich hotelach, przystojnych obcokrajowcach, szalonych balach i upojnych nocach.<br />
- A pani co się marzy? - zagaja po chwili.<br />
- Mnie? - pytam. - Mi się marzy autostop i żeby przed siebie, i żeby w pełnym słońcu, i żeby do przodu, ze szczęściem na ustach i wiatrem we włosach.<br />
Wykwintna Pani patrzy na mnie z niedowierzaniem.<br />
- A tak. - mówi powoli. - Ludzie bywają dziwni, niekoniecznie normalni. <em> Je jure.</em> O moja stacja. Do widzenia.<br />
- Do widzenia! - mówię za nią i przed odjazdem z Leszna uśmiecham się jeszcze wesoło przez okno.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">- Będą dwa wolne?<br />
- Tak, proszę.<br />
Babcia we wściekłym różu i wnuczek z czekoladą rozmazaną na policzku.<br />
- Michaś, siadaj.<br />
Michaś siada z łobuzerskim uśmiechem na przeciw mnie i czekoladowymi palcami rysuje na szybie domek.<br />
- Michaś! - krzyczy Różowa  Babcia. - Tak nie można! Masz, wytrzyj ręce w chusteczki. Nie zachowuj się jak Wojtek z naprzeciwka.<br />
Zdaje się, że Wojtek z naprzeciwka, musi być jakąś Michasiową wyrocznią.<br />
- Co z tymi dziećmi jest, proszę pani! - mówi do mnie Różowcia. - Istne diabły wcielone po trzykroć.<br />
- Seść, seść, seść. - wtrąca się mały z czekoladowym policzkiem.<br />
- Dziecko, ty masz całą buzię w tym, daj babcia wytrze. No nie, co ja się z tym chłopakiem mam, widzi pani?<br />
- Dzieci muszą się wyszaleć. - mówię z uśmiechem.<br />
Mały mruga do mnie porozumiewawczo. Ho ho, uważa mnie za sprzymierzeńca.<br />
- Widzis babciu, ta pani jest bardzo mądra. Ja muse się wysaleć.<br />
Różowa Babcia patrzy na mnie z politowaniem<br />
- Co też pani znowu wygaduje! Ech, no nic, takie widać życie... Siedź spokojnie dziadowskie nasienie!!!<br />
Dziadowskie nasienie, godne zanotowania, myślę sobie.<br />
- Pani taka mądra - ciągnie dalej Różowcia. - Bo pani nie ma własnych dzieci.<br />
- Racja, nie mam. - mówię.<br />
- Pani nie musi mieć dzieci. - odpowiada mały z mądrą miną.<br />
- A to dlaczego? - wdaje się w dyskusję z wnukiem babcia.<br />
- No sama popatz babciu. Ta pani ma spódniczkę?<br />
- Ma. - odpowiada zgodnie z prawdą babcia.<br />
- Ma jasne, szwiecące włosy?<br />
- Ma.<br />
Och, niechby śmiała zaprzeczyć, myślę sobie z rozbawieniem.<br />
- Ładnie o mnie mówi i mnie lubi?<br />
- O to się muszę tej pani spytać. - Różowcia patrzy błagalnie w moją stronę.<br />
- Michaś? Wydajesz się być sympatycznym i uprzejmym chłopcem. Myślę, że szybko bym Cię polubiła.</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Jak wypadłam?</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Widzis Babcia! Ta pani nie musi mieć dzieci, ta pani jest jak królewna. Królewna, która kocha wszystkie dzieci.<br />
- Miło mi, Michałku. - odpowiadam ze śmiechem. Podobno dzieci zawsze mówią prawdę.<br />
- Bo Babciu ona jest taka podobna do tej królewny z mojej książki.<br />
Nie, to już szczyt uprzejmości.<br />
- Królewno, czy mogę Cię ucałować w policzek?<br />
I nie czekając na odpowiedź Mały rzucił się w moją stronę, wdrapał na kolana i pięknie ucałował, znacząc mnie przy tym czekoladą swą twarzyczkową.<br />
Różowcia z krzykiem zaczęła zdzierać wnuka z moich kolan i wycierać mi policzek.<br />
- Przepraszam, przepraszam, to takie niedobre dziecko...<br />
- Nie jestem niedobry! - rozkrzyczał się mały w niebogłosy.<br />
- Nic się nie stało. - mówię ze śmiechem, a w sercu mi szczęśliwość taka  wielka rośnie. - Przecież ja kocham wszystkie dzieci.</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Królewna.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Wrocław.</p>
<p>Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.<br />
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Ale i tak najważniejsze zawsze pozostanie to samo. Pełnia życia, pełnia człowieczeństwa, promień słońca zaklęty w każdym geście, słowie i uśmiechu. </font></p>
<p align="left"><font color="#cc0066" face="Verdana" size="2"> Tak, żeby od początku do końca być cudownie nieprzejednanym i genialnie upartym. </font></p>
<p align="left"><font color="#cc0066" face="Tahoma" size="2"><em><strong>Żeby człowiek był człowiekiem,<br />
lecą liście, szumi w lesie,<br />
wiatr z obłoków warkocz plecie.<br />
I  t e g o  - trzymać się trzeba.</strong></em></font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p></font><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p></font></p>
<p align="center">&#160;</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Love!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/08/love/</link>
<pubDate>Sat, 08 Sep 2007 09:44:11 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/08/love/</guid>
<description><![CDATA[Bojowe gacie szturmowe, to jest to!
Można je zdjąć, można nałożyć, można z przygryzioną war]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Bojowe gacie szturmowe, to jest to!<br />
Można je zdjąć, można nałożyć, można z przygryzioną wargą wpatrywać się w harmonijne linie szwów. Można dłoń wsadzić do ich kieszeni, a potem ją wyjąć, można w takiej kieszeni znaleźć piasek albo kawałki sznurka.<br />
I tak cały dzień. Leżą, wiszą, walają się, fruwają na krześle: bojowe gacie szturmowe, a w nich zawiera się i niebo, i ziemia, i wszystko, co je napełnia.</p>
<p>Chryste, daj mi takie bojowe gacie szturmowe, niech się rozbierają do prysznica, niech ćwiczą, turlają się, czołgają. Niech jedzą czekoladę, piją kawę z mlekiem i zlizują sok z  pomarańczy. Daj mi takie gacie, które wiedzą gdzie ich miejsce. Które skrojone są na miarę, idealnie potrafią wpasować się i do niw, i do butów oficerskich, skarpety wojskowe potrafią zaskoczyć nogawkami spodni, z którymi żyją w harmonii, a cały UeS wprawić w osłupienie - łącząc się z nim w genialną parę - stroju wojskowo-roboczego.<br />
Takie, co znają się na militariach drugiej wojny, co miotacz ognia w ich w głowie (w nogawce?), <em>run to the hills</em> na ustach, a w sercu pomarańcze, tańcze, tańcze.</p>
<p><em>Ken aj hev enader super</em><strong>bojowe gacie szturmowe</strong>, <em>ser</em>?</p>
<p>;)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dobrý den]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/08/27/109/</link>
<pubDate>Mon, 27 Aug 2007 10:52:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/08/27/109/</guid>
<description><![CDATA[Istnieje kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia mógłby się]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Istnieje kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia mógłby się obejść. Życie byłoby jeszcze bardziej genialnie, namacalne bez: buraków, niedosmażonej wątróbki, książek z powyrywanymi stronicami w najlepszych momentach, spóźnionych życzeń, odchudzania się, chamstewek i powtórnych wyborów.</p>
<p>***<br />
Istnieje też kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia nie mógłby prawidłowo fukncjonować! Bo życie jest jeszcze bardziej genialne, namacalne z: kakao w głębokim kubku, językoznawstwem diachronicznym, pościelą pachnącą lawendą i bzem, z uśmiechem przechodnia nieopodalnego, szalonym <span style="font-style:italic;">varietes</span> kropel deszczu na parapecie kołyszących do snu, z tym, że można straszyć gołębie, uczyć ich skakać na łeb na szyję od fontanny po krawężnik, i podpowiadać gdzie i jak należy kupkać, żeby nie denerwować wszelkiej maści Księżniczek. Bo bez takiego jogurtu kawowego, kapelusza słomkowego, piosenki Bogusława Meca, pasji z samych serc, miękkich poduszek, ramiączek fioletowego stanika, mieszania składników do ciasta, harcerskiego munduru, waniliowej herbaty, miodu i maku życie byłoby uboższe. Ubodzy są błogosławieni - to ja dziękuję za takie błogosławieństwo!</p>
<p><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/08/hands2.jpg" /></p>
<p>Istnieje kilka osób, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia nie mógłby prawidłowo fukncjonować. Bez ciepła drugiego serca, mrugnięcia bałamutnego, dłoni serdecznej, ramienia silnego i rysunku ust. Bez kosmicznych porad, troski o człowieka-kozę, rodzynkowych wyglupów, grania w literaki, palenia okolicznych miast i wiosek, bez pozdrowień od Misia Uszatka, rozmów z bogiem, strzelania megachujem, pisania listów, zatwierdzania śróddupia, rzucania kurczaczkami na prawo i lewo podczas babskich pogawędek; bez straszenia UFO, rysowania cudownych i cudacznych kalamburów, zwierzania się, zwierzakowania i wierzenia, że oto nie ma rzeczy niemożliwych!</p>
<p><span style="font-style:italic;">Dzięki Wam za to, że jesteście. :)</span><br />
<span style="font-style:italic;">Kapitanie, Julko, Sławku, Miśku, Metisie, Rodzynie, Maćku, genialny kalamburzysto Gloggy - wielkie tenks. I pozdro szejset! :P</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Miaow!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/12/miaow/</link>
<pubDate>Thu, 12 Jul 2007 10:06:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/12/miaow/</guid>
<description><![CDATA[Z butli, co pachnąca mlekiem i uczuciem sączy krople nachalnie, zachłannie, pięknie. Już przegr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Z butli, co pachnąca mlekiem i uczuciem sączy krople nachalnie, zachłannie, pięknie. Już przegryzła smoczek, pazurkami się wbija w plastik butelki, mruczy namiętnie, okiem strzela, wąsem drażni, a jej serce, jak mały żółwik odzywa się raz po raz ciepłym uderzeniem.<br />
Założę się, że jak tylko się urodziła, to wpadła w karafkę śmietanki nieskończoności, potem ktoś ją maznął pędzlem z czekoladą mleczą i dziś dzień, po miesiącu żółwikowego uderzania i słońc przepierzeń Maj Ka wygląda, jak taki ptyś kremowy, waniliowy, co ma się ochotę go ugryźć w miękką łapkę, zlizać kakaowe mruczenie z wąsów, upaćkać po czoło i wystawić potem na czyjś czuły język.</p>
<p>A kiedy tak trzyma się tę butelkę pachnącą mlekiem i kropla za kroplą pozwala Maj Ce przegryzać smoczek, łasić się, mruczeć, to można poczuć się, jak Kocia Mama, która karmi swoje puszyste kulki, uczy je chodzić, genialnie wpadać w kałuże i z deszczu pod rynne.<br />
Kocia Mama uczy też języka. Ma być wszak szorstki.</p>
<p>Miaow.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pomarańczarnia]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/05/58/</link>
<pubDate>Thu, 05 Jul 2007 08:39:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/05/58/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy człowiek wsuwa najpierw stopę, potem kolana, uda, biodra, a następnie piersi i ramiona zanu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy człowiek wsuwa najpierw stopę, potem kolana, uda, biodra, a następnie piersi i ramiona zanurza w falującej pościeli, to nic, absolutnie nic, nie może równać się z tym poczuciem błogiego nastrojenia, odpływania, migotania, które wiedzie na Wyspy Szczęśliwe.<br />
Zwłaszcza, jeżeli pościel pachnie pomarańczą.</p>
<p>Pomarańcze mają to do siebie, że najprawdopodobniej są splunięciami słońca. Miękkie, soczyste, rozpływające się w ustach. To jak pocałunek roznegliżowany, wilgotny, coś na krawędzi Zapatrzenia i Drżenia, kiedy stosy motyli paćkają skórę i gęsi na niej pasą.<br />
Pomarańcze to krotochwile wargowe, nocne moczenia pocałunkowe, dryfowania, falowania, falowania, falowania...</p>
<p><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/07/1.jpg" /><br />
Pomarańcze i kawa. I pełne, odsłonięte kolano. I włosy w nieładzie. I otwarty Reymont.</p>
<p>Pewnie czeka na propozycję od Rana.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kochanie, wróciłem!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/29/kochanie-wrocilem/</link>
<pubDate>Fri, 29 Jun 2007 15:10:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/29/kochanie-wrocilem/</guid>
<description><![CDATA[Powiedzmy, że jest wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z Dostojewskim, Flaubertem i Szek]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Powiedzmy, że jest wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z Dostojewskim, Flaubertem i Szekspirem; ściąga swetry i apaszki dziewczętom, odsłaniając ich krągłe ramiona i smukłe szyje. Po upaćkanych żółtymi mleczami trawnikach biegają dzieciaki z latawcami i buziami umorusanymi czekoladą. Koty prężą grzbiety na balkonach wśród kwiatów pelargonii, psy szczekają na motyle, a Słońce zdążyło się już nawet zbliżyć do <em>Lolity </em>Nabokova.  </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ciepłe popołudnie. Madame Margot siedzi przy stole i pozwala Słońcu pieścić swe odsłonięte ramiona. Dobry dzień. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Na uniwersytecie dziś same sukcesy; gorąco przyjęty referat o kulturze europejskiej, dziewięćdziesiąt minut wykładu o micie miłości oraz maksymalne skupienie całej sali, właśnie na jej postaci, na jej słowach, na tym, co ma do powiedzenia, i co w chwili owej mówi, o Chrystusie, Tristanie i Don Juanie. Sto dwadzieścia cztery pary oczu wpatrzone tylko w nią. Tak więc była zdolna do zatrzymania na sobie uwagi przez dziewięćdziesiąt minut. <em>C’est beau, ma foi, Madame Margot.</em> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Za oknem pisk dziewcząt. Tupot małych stóp na chodniku. I banda chłopców wymachujących szczurem bez ogona. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Madame Margot siedzi przy stole i pije waniliowe cappuccino. Kawka wirująca w filiżance i na wietrze. Brązowa emalia. Taki niesforny kosmyk opadający na czoło. Lekki ruch ręką. Przestrzeń poprzeplatana dźwiękami. Urocze popołudnie <em>per se.</em><br />
Sinatra potrafił uwodzić kobiety. <em>Nju Jork, Njuuuuu Joooooo rr k. </em></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Na lodówce wisi lista spraw, które musi załatwić w tym tygodniu. Lista, która wisi tam już od pół roku.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    złożyć podanie o nowy paszport [- Margot moja droga, przecież w te wakacje chciałaś jechać do Rzymu i Bordeaux, musisz zanieść te druki, bo inaczej przyjdzie nam zostać tutaj. <em>Est-il possible?]; </em></span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    zapisać się do Biblioteki Wojewódzkiej [- Nigdzie nie mogłam dostać tej książki, mam nadzieję, że to nie wpłynie na jakość referatu, -A byłaś w Wojewódzkiej?];</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    iść do banku [- Kochanie, znowu nie byłaś? – Pójdę jutro.];</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    przeczytać <em>Kroniki włoskie </em>Stendhala.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">  </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Z drugiej strony nie chce jej się czytać. Przeczyta jutro.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Warkot silnika na podjeździe. Wrócił.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Państwo to dobrze znają, prawda? Madame Margot także.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Szybko nastawia wodę na herbatę. Wybiega do przedpokoju, drzwi się otwierają [w tle F. Sinatra: <em>Strangers In The Night</em>] i do mieszkania raźnym krokiem wchodzi zadowolony z życia młody prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego, rzucając takim filmowym, kurtuazyjnym gestem swoją teczkę i wtulając się miękko w olśniewającej urody małżonkę, która ma na sobie francuską garsonkę i perfekcyjny makijaż przez cały dzień. Znacie to Państwo, prawda? Wciąż z taką samą kurtuazyjną manierą łapie swoją połowicę w pół, ona ruchem pełnym gracji i kokieterii wygina delikatnie swoją kibić i unosi jedną nogę w górę [O tak, to Państwo znają na pewno doskonale, to nie może być tylko moja fantasmagoria.], podczas, gdy ten szarmancki Monsieur całuje ją na przywitanie w usta.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">[<em>Something in my heart, told me I must have Youuuu...</em>] </span><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">I w tym oto miejscu owo urocze popołudnie zamienia się w jedno wielkie nieporozumienie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"> Państwo, tak samo dobrze, jak i ja wiedzą, że nasza Madame Margot nie piła dziś nic więcej poza owym waniliowym cappuccino, między jednym pomalowaniem paznokcia na brązowy kolor, a refrenem Sinatry, który połowę dzisiejszego popołudnia rozkoszował się Nowym Jorkiem; a tymczasem Monsieur prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego zdaje się podejrzewać naszą Madame, o co najmniej jakieś alkoholiczne orgie na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej, wraz z innymi doktorami językoznawstwa i historii literatury w samym centrum miasta, właśnie w dniu dzisiejszym, lub co gorsza o poranek na miarę bohemy w ich własnym, przytulnym domku na ulicy Sadowej 302-A.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Tak, on ją ewidentnie sprawdza! <em>Casus pascudeus! </em></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Skąd takie przypuszczenie? Proszę Państwa, przecież on ją całuje w usta! A po tym pocałunku, zapewne podejdzie do barku i sprawdzi, czy aby jego podejrzenia nie są słuszne. My wiemy, że nie są. Ale do niego to nie dociera. Może nawet nieświadomie, Monsieur ów sprawdza swoją żonę, ową <em>femme incomprise</em>, czy aby nie piła, gdy go nie było w domu.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">W tym miejscu pragnę go trochę usprawiedliwić.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Wszak wina w rękach kobiety należy bać się tak samo, jak i miłości.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Starożytny Rzym. Najwyżej rozwinięta cywilizacja czasów starożytnych, która osiągnęła niebywały poziom w sztuce inżynierskiej, w planowaniu miast, architekturze, nauce, medycynie i literaturze. Wiek II. Cesarze umierają śmiercią naturalną po stosunkowo długim okresie panowania, gospodarka przeżywa rozkwit, a granice wydają się być bezpieczne pod czujnym okiem strzegących je legionów. Ich obronę wspomaga cały system umocnień i warowni nazywanych limesem rzymskim. Całe państwo stoi na wysokim poziomie kulturalnym. Szereg znakomitych twórców: Tuliusz Cycero, boski Wergiliusz, Horacy, Owidiusz, Tytus Liwiusz czy Publiusz Korneliusz Tacyt.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Śmietankowo.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">I pomyśleć, że w czasach owych, pełnych wybitnych artystów, szalenie uzdolnionych architektów, boskich cesarzy i jeszcze bardziej boskich literatów, na porządku dziennym zaraz po powrocie z pracy, jest całowanie własnej kobiety w usta, ot, na przywitanie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Państwo się ze mną zgodzą, że to jest nienormalne.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Zabobonne całowanie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Kto by pomyślał, że ten nasz, czasem nawet niedostrzegalny i zupełnie banalny gest na przywitanie ma <em>nota bene </em>swój rodowód w Starożytnym Rzymie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ot, wszystko przez kobiety. Westalki, kurtyzany, żony.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Westalki otaczano wielkim szacunkiem. Gdy wychodziły na ulice, towarzyszyli im liktorzy jak najwyższych urzędników; dawano im zaszczytne miejsca w teatrach i cyrkach, a w sądzie ich świadectwo miało znaczenie przysięgi. Kurtyzany kochały się w barwnikach i migdałowych olejkach. Chłopcy i mężczyźni kochali się w kurtyzanach. Albo z nimi. Żony. Żony kochało się najbardziej. Państwo wiedzą o czym mówię...</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Powiedzmy, że jest ot sobie, takie właśnie wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z glinianymi miskami i posążkami Westy; ściąga tuniki i opaski. Po upaćkanych kamieniami drogach biegają dzieciaki. Na forum Rzymianie dyskutują o bieżących sprawach.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ciepłe popołudnie. Rzymianin Marek wraca do domu po całym dniu pracy w miejskiej łaźni. Pierwsze, co robi gdy przekracza próg domu, to woła:<br />
”Kochanie, wróciłem!” [Państwo, oczywiście idealnie to sobie wyobrażają.], po czym chwyta swoją współmałżonkę w ramiona i miękko przywiera do jej ust swoimi wargami. Oczywiście kocha ją nad życie, szanuje i dba o jej zdrowie oraz dobre samopoczucie, zresztą jak wszyscy ówcześni mężczyźni w starożytnym Rzymie. Państwo się ze mną zgadzają. Dziękuję. Całuje ją z rozkoszą, bo zatęsknił do niej niesamowicie, gdyż wielbi ziemię, po której stąpa jego oblubienica, prawda?</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">No cóż, nic z tych rzeczy. Dominus Marcus sprawdza żonę!</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Bo pocałunek na przywitanie, to mimo wszystko nie jest jakiś tam erotyczny zwyczaj, który przetrwał nam szczęśliwie do czasów dzisiejszych. Co to, to nie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">W starożytności mężczyźni w taki to właśnie niecny sposób sprawdzali, czy ich kobiety nie piły wina. Bo wina w rękach kobiety bano się tak samo, jak i miłości.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"> </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Wszak zarówno jedno, jak i drugie czyni kobietę nieobliczalną.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">  </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Madame Margot z uśmiechem przytuliła się do swojego męża, zadowolonego z życia młodego prawnika/lekarza/wojskowego/wykładowcy francuskiego, po czym głaszcząc go pieszczotliwie po brodzie pochwaliła się powodzeniem referatowym, oscylującym wokół mitycznych miłości i zwyczajów erotycznych.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Jej mąż zaśmiał się kurtuazyjnie i przytulił ją mocniej, gratulując sukcesu.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Po chwili, ledwie dostrzegalnym ruchem dłoni wytarł kącik ust Madame skąpany w waniliowej otoczce cappuccino. <em>Corpus delicti.</em></span></p>
<p class="MsoNormal" style="line-height:150%;"><span style="font-size:10pt;line-height:150%;font-family:Verdana;"> </span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Siedmiu Wspaniałych]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/28/siedmiu-wspanialych/</link>
<pubDate>Thu, 28 Jun 2007 20:43:00 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/28/siedmiu-wspanialych/</guid>
<description><![CDATA[ 
Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miar]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"> </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,<br />
mmm, orły, sokoły, herosy!?<br />
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,<br />
gdzie te chłopy!? - Jeeeee!</span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;text-indent:35.4pt;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wszyscy, jak jeden mąż siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno pierwszym, jak i ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie właściwym. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Pierwszy wypełnia się przez ostatniego, a ostatni jest pierwszym. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Mają mnie całą, oddaną nieśmiałą i słodką, zuchwałą i bezczelną, szalenie grzeczną, święcie krnąbrną i ostatecznie jedyną.<br />
Potrafią stworzyć mi Niebo na Ziemi, z hukiem otwierają wszystkie bramy pragnień oraz marzeń. I niosą mnie przez życie. W końcu są moim Życiem.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-size:11pt;font-family:Verdana;">BRAT</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/dumptruckyellow1a.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;text-indent:35.4pt;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Michał Szczubret urodził się dziesiątego dnia sierpnia, roku pańskiego pamiętnego 1991, kiedy to rządy państw Chorwacji i Słowenii ogłosiły niepodległość obydwu krajów, Radio Maryja rozpoczęło nadawanie swojego programu, a Serge Gainsbourg odszedł na wieczną aktorską wartę. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Miałam wtedy lat genialnych sześć, chadzałam w żółtych sukienkach do zerówki i nienawidziłam kawy zbożowej. Michał był się urodził jako Murzyn. Przynajmniej tak też wydawało mi się na początku. Miał ciemną karnację, czarne włosy i monumentalnie płakał. Pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala ukazał mi się właśnie taki – w całej swej afro-okazałości, a ja szlochałam, bo nie chciałam, żeby któregoś dnia przyszli do nas do domu jacyś Afrykańczycy i zabrali mi Brata, mojego jedynego i genialnego, co by go ustanowić Królem Safari.<br />
Na całe szczęście Brat troszkę urósł, wypłowiał, nabrał słowiańskich rumieńców, jego monumentalny płacz przeszedł w jeszcze bardziej monumentalny krzyk; ale to tylko potwierdzało moją teorię na prawdziwość jego genów, tak bardzo w tym momencie podobnych do moich. Odetchnęłam z ulgą.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Zakochałam się w nim tak naprawdę w roku 1995. Dwudziestego trzeciego czerwca. Brat zwykł chadzać w tym czasie w małych, beżowych kalesonkach i butach na rzep. Ganiał chrabąszcze majowe łapiąc je rakietą tenisową, lubował się w piaskowych babach i całymi dniami lepił je w pobliskiej piaskownicy, a także rysował po ścianach domowych – zwierzaki i resoraki – co przyprawiało Mateczkę o ból głowy.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Pamiętnego dnia czerwca, dzień po przesileniu letnim Brat wyruszył z domu na poszukiwanie Dziadzia naszego, który w jego przestrzeni myślowo-czuciowej zaginął! </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wyruszył z domu w krótkich spodenkach i żółtej koszulce, z plastikową ciężarówką na sznureczku i buzią umorusaną od czekolady; a prowadziło go pragnienie wielkie: poczucie obowiązku i ten zew drzemiący, w każdym małym mężczyźnie, który każe walczyć i nigdy, ale to przenigdy się nie poddawać, choćbym nie wiem co!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">A lato było piękne tego roku</span></em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Brat szukał Dziadzia w salonie i kuchni, w łazience i przedpokoju. Przeczesał cały ogródek, sprawdził każdą grządkę, każdą rabatkę, zajrzał do skrzynki pocztowej i małego garażyka, w którym Dziadziuś zwykł przechowywać swoją motorynkę.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Ale nigdzie go nie było! Ani w wielkim zegarze, ani pod stołem, ni w młynku do kawy czy nawet w szafie na płaszcze. Przeczesawszy cały dom i jego okolice Brat podjął decyzję zgoła heroiczną – postanowił oto bowiem opuścić dom swój rodzinny, wyjść za próg i udać się w podróż na sąsiednią ulicę, na której to Dziadziuś zwykł przesiadywać u swojego przyjaciela, niejakiego Pana Gałki.<br />
Lecz i tam, o bogowie, i tam go nie znalazł! Co więcej!<br />
Sam się zagubił!<br />
Jakie było moje przerażenie, gdy na pytanie Mateczki: gdzie jest Michałek, nie potrafiłam podać jednoznacznej odpowiedzi. Przecież jeszcze chwilę temu był tu – na wyciągnięcie ręki, bawił się swoją żółtą ciężarówką i jadł czekoladę.<br />
W moim dziesięcioletnim sercu zatańczyły motyle przerażenia. Pobiegłam do salonu, do kuchni, do łazienki i obydwu przedpokojów, przeczesałam ogród i podwórze, jak burza wpadłam do Dziadzia, gdzie ten ostatni herbacował ze swoim przyjacielem – panem Gałką i ze łzami w oczach wyjąkałam, że Michałek zaginął.<br />
Stamtąd z duszą na ramieniu, przytrzymującą się krótkiego rękawa mojej sukienki wybiegłam jeszcze raz na podwórze, zaglądnęłam do każdego zakątka, zajrzałam pod każdy krzew, wzdłuż i wszerz przekopałam piaskownicę.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Słońce zgasło. O jakże zwinne są i młode</span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą! </span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wiedziona przeczuciem ruszyłam w kierunku sąsiedniej ulicy. Szybki zakręt, klatka schodowa…</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">I oto jest -  mały, zapłakany mężczyzna w żółtych spodenkach i z twarzyczką umorusaną czekoladą, beczący doniośle, doniośleeeej, najdoniośleeeeeeeej…<br />
I tupot stóp moich, i ten szloch z piersi wykwitający, i tulenie brata ogromne, całowanie po włosach, twarzyczce, po tej czekoladzie zalegającej na policzkach. I pewność, że już nic nie jest ważne, bo jest ON. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;text-indent:35.4pt;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Dziś mija prawie siedemnaście lat, odkąd spotkałam go po raz pierwszy. Braciszek stał się Bratem, z bab piaskowych zrezygnował na rzecz dziewcząt śmiejących się szmerem strumieni, a żółtą ciężarówkę zamienił na szachy, gry komputerowe i maniakalne lenienie się. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Dziś śmieje się ze mnie do rozpuku, gdy próbuję wygrać z nim w jakiejś strzelance, mierzwi mi włosy, kiedy za mocno się do niego przytulam i na każde pytanie skierowane w jego stronę, nawet to najbardziej poważne, odpowiada lakonicznym: <em>Bodzio?</em><br />
Zaś kiedy wypominam mu znajomość jego ulubionej książki autorstwa Elizki O., tłumaczy się argentyńskim zaćmieniem mózgu i wpływem ruchów kosmicznych na zdolność jego percepcji. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Kobieta, z którą zwiąże się mój Brat będzie największą szczęściarą na Ziemi. Nikt tak jak on, nie potrafi w końcu udawać Shakiry, płakać nad surówkami, których prawdziwie nie znosi i nudzić się w kościele udając męczennika za wiarę.<br />
Facet mojego życia. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-family:Verdana;">DZIADEK</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/krywepion6.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;text-indent:35.4pt;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Stanisław Jaskółka zwykł mawiać, że wszystko zawsze zaczyna się w tym samym miejscu – gdzieś na granicy obowiązku i marzenia, w punkcie wyjścia, w którym zawsze można, a nawet trzeba – brać zuchwale i z wiarą, to, co nam życie niesie, w każdym najmniejszym swoim szczególe. Że najważniejsze zawsze pozostanie to samo – iść przed siebie tak, jak potrafi się najlepiej, próbować i starać się, bo od tego mamy to nasze życie.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Krywe nad Sanem, Królestwo Jaskółek, zaścianek nabrzmiały gorącym latem, znojem i trudem dnia codziennego. Miejsce gdzieś na pograniczu kultur, które przesiąknięte pierwotną dążnością do spełnienia w pracy zawiera w sobie niekończące się źródło życia, wielki łańcuch bytu. </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Rano zaczyna się tu przed piątą. Słońce blade i zaspane zrywa ptaki z drzew zachęcając je do śpiewu. To jest znak dla całego sioła, że oto zaczyna się kolejna wędrówka dnia codziennego od nadiru do zefiru. Stasiek o tej porze zwykł podnosić się właśnie z siennika, budzić swoje liczne rodzeństwo, by zaraz potem biec oporządzić gospodarstwo. Do jego codziennych zajęć należało wypasanie krów, w czasie letnim obowiązkowe sianokosy, praca w ogrodzie i zwózka drewna z lasu. Wieczorem zwykł łowić ryby, babrać się w błotach i bagnach wszelkiego rodzaju w poszukiwaniu broni, czy też pomagać w pracach we wsi.</span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">O tak, w okolicznych bagnach i bagniskach wszelkiej maści można było odnaleźć nie lada skarby. Broń palną, czasem nawet całkiem nieźle zachowaną, fragmenty niedopałów, nawet sprzęty użytku domowego w częściach: dzbany, potłuczone miski, a także książki, które choć nieczytelne, to woniejące dawnością i leśnym podszyciem, przywodzącym na myśl czasy dawne kozaków rejestrowych, powstań narodowych, o których pełno w dumkach i pieniach ukraińskich. </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Rano zaczyna się przed piątą. Bolące nogi zawsze można zanurzyć w Sanie, w miejscu, gdzie chodzi się na orzechy, zielone jeszcze i twarde, ale jakże rozkosznie trzeszczące między zębami, gdy po całym dniu pracy rwie się je garściami, a potem wpija w ich gorzki miąższ, w drodze powrotnej z pola. </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Bolące nogi niosą człowieka najpierw do sieni z glinianą podłogą, gdzie zakłada się jakieś prowizoryczne buty, o ile się je ma, a następnie podąża się na pole, gdzie cała przyroda dudni i czeka na kolejny dzień pełen pracy i znoju.</span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Bolące nogi są dla Staśka czymś tak naturalnym, jak to, że ma ośmioro rodzeństwa, że słońce wschodzi i zachodzi, a mały palec u ręki jest najmniej potrzebny przy sianokosach.</span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Stasiek jest najstarszym synem Katarzyny i Dymitra Jaskółów. Urodził się w pamiętnym dla siebie i dla mnie roku 1927, kiedy świat odpoczywał po wielkiej wojnie i na nowo uczył się uśmiechu dziecka, zapachu konwalii i tej zuchwałości zaklętej w wierze szalonej, która życie determinuje, przez życie się określa i życie stanowi. </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Matkę kochał tak, jak się kocha kobietę życia, wiernie, zapamiętale i czule, z tą pewną dozą szaleństwa, ale i konieczności, która wypływa z potrzeby i pewności serca. </span></span><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"><br />
Tak i ja go kocham.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Nauczył mnie tego, co najpiękniejsze, najlepsze. Życiem swoim i postępowaniem pokazał mi, że najważniejszy jest drugi człowiek, że to dla niego trzeba się starać; że tradycja i historia, rodzina, to taki bastion serca, który pozwala odnaleźć nam się TU i TERAZ. Pokazał mi czym jest wybaczenie i zrozumienie, że mimo tego, iż wypędzono go, jako dwudziestolatka z rodzinnego domu, spalono małą ojczyznę, wyklęto, trzymano po więzieniach, zabito ojca i przypięto straszliwą etykietkę brudnego Ukraińca; że nie pozwolono wrócić, ale rzucono w wir nowego świata pełnego represji i niesprawiedliwości, to mimo tego pokazał mi, że można kochać, można rozumieć i krzywdę na pracę przełożyć. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Nikt tak, jak Dziadek nie uświadomił mi tego, czym może być życie. Nigdy nie zapomnę tych słów, które zawsze zwykł powtarzać: <em>Wszystko zaczyna się w tym samym miejscu</em> i z dobrodusznym uśmiechem wskazywał palcem na swoją lewą pierś. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-family:Verdana;">GANDALF</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/gandalfthegrey.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">            Nie znoszę go! Tłucze mnie swoją różdżką, kiedy tylko ma zły humor, rozwala się w fotelu i pali to śmierdzące ziele z drugiej ćwiartki! Zawsze zadymi mi tym cały pokój, zwali coś z półki, gdy w ferworze walki wywija swoim kijem i wyzywa mnie od bękartów. Nie znoszę go!!!<br />
Ale nie mogę o nim przestać myśleć. Skubaniec jeden siedzi mi w głowie i sercu, przygrywa w duszy. I tak w gruncie rzeczy, to uwielbia mnie, a ja uwielbiam jego. Odkąd odszedł mój Dziadziuś to ten skurczybyk się mną opiekuje i nie pozwala zapomnieć o obowiązkach względem ludzkości. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Mówi mi, że jestem Małą Rozbójniczką i muszę dbać o takiego starego dziadygę jak on, ale ja dobrze wiem, że to jest podła stylizacja i mistyfikacja. Dziadyga? Widzieli go państwo, jak kokietuje! Toż to facet w sile wieku, zapuścił sobie brodę i myśli, że kozaczy. A silny jest jak dąb. Co tam jeden! Jak sześćdziesiąt dziewięć dębów z rozłożystymi konarami i strzelistymi wierzchołkami. Jednym mrugnięciem oka rozbraja każdego gołębia i niedobrego ślimaka. Mnie ujarzmia jednym uśmiechem.<br />
Nigdy nie mogę się na niego długo gniewać. Posiada w sobie takie pokłady genialności, nieskończoności dobrego humoru i szaleństwa, że choćbym nie chciała, to i tak jestem jego.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Lubię słuchać, jak opowiada mi o rzeczach różnych i różnorakich, rozsiada się podówczas w moim zielonym fotelu, włosy zaczesuje do tyłu (wtedy śmieję się, że wygląda, jak Banderas, ale jeden łupniak z łokcia wybija mi z głowy wszelką ochotę do tego typu żartów) i paląc to dziadowskie dziadostwo o nieokreślonym kolorze prawi mi o przesunięciach planet, kosmicznych dziejach, o kochankach i zdradzonych, o wiernych i złoczyńcach, o tym, co pierwsze i co ostatnie.<br />
Ponad to, ten buraczany starzec wie jak zrobić coś, z niczego. Obstawiam, że to on wymyślił ów bałamutny serial z panem eM., co ze wsuwki do włosów robił helikopter, a z długopisu bombowiec. Na bank! </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Dostałam z łokcia za zdradzanie tajemnic…</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Och, jak ja go nie znoszę!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-family:Verdana;">BOHUN</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/aleksander_domogarow_1.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Ej, ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz kozacze,<br />
Czy zaoczył zająca, co po stepie skacze?<br />
Czy rozigrawszy myśli, chcesz użyć swobody<br />
I z wiatrem ukraińskim puścić się w zawody?<br />
Lub może do swej lubej, co czeka wśrzód niwy,<br />
Nucąc żałosną dumkę lecisz niecierpliwy?</span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">        Zawsze wraca. Choćby miał wyjechać na rok, czy dwa, stoczyć tysiące potyczek, wygrać setki bitew, popaść w niewolę, następnie z niej się wyswobodzić i ostatkiem sił dotrzeć do swojej ojczyzny, to zawsze wróci. Stanie w progu wysoki i ciemny, z czołem chmurnym i wzrokiem przenikliwym, zrzuci czapkę, oprze się na szabli i twardym, melodyjnym głosem wyszepcze: <em>Podajże diw’czyno maja harnaja ruczeńku… </em>A ja ani chwili się nie waham, podrywam się z miejsca i nie tylko rękę mu daję, ale i całą siebie, w ramiona mu się rzucam i pozwalam się tulić, i w tej chwili powrotnej jestem mu i siostrą, i matką, i żoną.  </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">To przedłużenie mojej miłości do stepów Ukrainy i łąk pachnących burzanem. Wolność zaklęta w pieśniach ojczyźnianych i krzyk bitew zaległy na Podolu i Wołyniu od setek lat. To taki kandydat z ręki Dziadka. Czytam się w nim do poduszki.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-family:Verdana;">TADEUSZ „ZOŚKA” ZAWADZKI</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/zoska_w_szkole.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Zawsze chciałam być, jak Tadeusz. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Zawsze chciałam być z Tadeuszem. Ganiać się po wąskich korytarzach gimnazjum Batorego, wieczorami spotykać się z Pomarańczarnią, na wiosnę wyruszać na wędrówki do podwarszawskich miejscowości, rozbijać się gdzieś pod lasem, łowić ryby, palić ogniska, a zimą snuć marzenia o tym wszystkich na strychach i poddaszach kamienic racząc się gorącą herbatą i chlebem z masłem.<br />
Chciałam grać w piłkę nożną, nosić tarczę z warszawską 23DH i śmiać się do rozpuku z  czasem durnowatych pomysłów Alka.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Chciałam widzieć go takiego, jakim był. Trochę nieśmiałego, trochę zagubionego, ale wewnątrz tak bardzo pewnego, tak bardzo wierzącego w to, co dla niego najważniejsze. Chciałam wyszywać mu i chłopakom te ich śmieszne sztandary, sprawności, pruć to po nocach, gdyby nie wychodziło i być zaskakiwaną tak przez świt. Z ciążącą głową i piaskiem pod powiekami kłuć się w palce i cicho ziewając zasłaniać usta małymi, dziewczęcymi dłońmi. A rano biec na wspólne spotkania, gawędzić o teraźniejszości, snuć plany na przyszłość i na tym budować naszą młodzieńczą wiarę, pachnącą pomarańczami.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Chciałam być przy nim, wtedy, gdy wątpił, gdy się bał, kiedy zażywał krople walerianowe i płakał.<br />
On jest ucieleśnieniem tych wszystkich młodych chłopców i dziewcząt tamtych lat. Jest moim bratem, moim dziadkiem, który zginął w powstaniu, jest moją pamięcią, moją bezinteresownością i dobrą myślą.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Kuzynka babci, która chodziła z nim do jednego gimnazjum zwykła mówić o nim, że wyglądał zawsze, jak taki pogodny cień człowieka. Idący za wszystkimi, będący zawsze – niby niedostrzegalny, nieobecny, a jednak tak istotnie spowinowacony ze słońcem! Lech Pomarańczowy. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Mam szczerą wolę całym mym życiem<br />
służyć bliźniemu, Tobie i Temu,<br />
z którego woli jestem i żyję, i będą wierna.<br />
Po przyrzeczeniu!</span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><strong><u><span style="font-family:Verdana;">PROFESOR eS.</span></u></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/06/comte.jpg" /></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Kto by się mógł spodziewać tego, że niejaki Marian Gawalewicz, pisarz i publicysta epoki pozytywizmu, pan reżyser teatrów w Łodzi i Warszawie, autor licznych komedii i powieści społeczno-obyczajowych, stanie się dla mnie kimś takim, jak Papież dla katolików, Królowa Matka dla pszczół, Wikipedia dla internautów czy Adam Mickiewicz dla Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Tak, Marian Gawalewicz, to osobistość dla żywota mego istotna i wielce znacząca. To bohater pracy habilitacyjnej Profesora eS. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Profesor eS. nie śpi. Profesor eS. czuwa. Obudzony w środku nocy bez zająknienia poda daty graniczne epoki prepozytywizmu, pozytywizmu właściwego, wyrecytuje założenia przełomu antypozytywistycznego i pozytywnie orzeknie coś niecoś o Marianie G. No właśnie – Profesor eS. nie mówi – Profesor orzeka!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Chadza w długim, ciemnym płaszczu, w kapeluszu o szerokim rondzie, i przed tymi jego szerokimi ramionami, szerokim spojrzeniem nic nie waży się uciec.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wpadłam jak śliwka w kompot już w czasie pierwszego wykładu. Kiedy wszedł na katedrę krokiem dumnym, acz genialnym, mocnym, a wyszukanym, zdjął płaszcz, zdjął kapelusz, omiótł salę wejrzeniem przepastnym i zaczął swoje… mruczando!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Mhmmmmmmm…</span></em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Tak, Profesor eS. uwielbia mruczeć. Mruczy przy każdej nadarzającej się okazji: między leksemem „wykoncypować” a „paradygmat”, między jednym westchnieniem do Klotyldy de Vaux a drugim, między dziesiątą czterdzieści trzy, a dziesiątą czterdzieści cztery, słowem, przy każdej nadarzającej się tylko okazji, kiedy to nie musi akurat odetchnąć, odkaszlnąć czy kichnąć. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">A jak on gestykuluje! </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wody!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Dłoń jedną o drugą pociera, palce prostuje, ramiona pręży, i całym sobą napiera na katedrę! A jeszcze jeśli do tego dołączy i mruczando, a potem chwilę zaciszenia! A potem znów mruczando!<br />
O! Bogowie!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wody!</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p align="center"><strong>SIÓDMY WSPANIAŁY<em><br />
</em></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"> <span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Spanie to moja pasja. Uwielbiam zanurzać się w pościeli, zamknąć oczy, gdzieś w narzeczu kołdry i przez spokojne fale zaśnienia odpłynąć do Krainy Spełnionych Marzeń.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wieczór, to jest taki kot leniwy, trochę puszysty, a trochę szorstki, który łasząc się i mrucząc zadziornie poprzez ciszę pręży grzbiet całodniowy i wąsy macza w atramencie nieba, malując nimi prześnienia. Z oswojeniem, żeby nie mówić o zaprzyjaźnieniu się z kotami, to jest okrutnie trudna sprawa.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wieczór, to przyjemność we dwoje. Małe spotkanie Dnia z Nocą, kiedy świerszcze zmyślnie dudnią w trawach, a na parapetach myśli przysiadają kawki filiżankowe. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Można wtedy oddać się wszystkiemu, co najbliższe, w takim przekonaniu, że oto jest TEN czas i TO miejsce na Zasłychanie, Zapatrzenie, Zaczucie. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">W Zaczuciu mieszkają wszystkie dobre myśli. Zapach parzonej kawy, pierwsza zapałka rozpalająca ognisko, gubienie kaloszy w deszczu i jedzenie palcami malinowych konfitur.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">To pomarańcze.</p>
<pre><em><font><font><font face="verdana" size="-1"><font face="verdana" size="-1">Wiem, że przyjdziesz, noc będzie rozgrzana, 

duszna ciszą i płomieniem bzowym; 

kwiaty wiosny niosąc na kolanach 

spłyniesz ciszą i ciszą mnie zgubisz... </font></font></font></font></em></pre>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">&#160;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"> * * *</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span class="postbody"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">„To taki zachwyt dla wszystkiego, co nas otacza, dla samego siebie; żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widziany świat jest na swój sposób wspaniały, niezbywalny i wyjątkowy, nawet jeśli banalny.” – tak mi powiedział Pan Dziadek. </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"> * * *</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Wszyscy, jak jeden mąż siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno pierwszym, jak i ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie właściwym. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">Pierwszy wypełnia się przez ostatniego, a ostatni jest pierwszym. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;">:)</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><span style="font-size:9pt;font-family:Verdana;"> </span></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
