<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>ameryka-poludniowa &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/ameryka-poludniowa/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "ameryka-poludniowa"</description>
	<pubDate>Sun, 07 Sep 2008 07:01:32 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[muzeum zota - bogota]]></title>
<link>http://felwakacje.wordpress.com/?p=685</link>
<pubDate>Mon, 25 Aug 2008 16:04:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>felwakacje</dc:creator>
<guid>http://felwakacje.wordpress.com/?p=685</guid>
<description><![CDATA[  siedzimy z Katzrynka jak nerdy z nosami w loapikach- takie sa konsekwecje dostepu do darmowego w]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>  siedzimy z Katzrynka jak nerdy z nosami w loapikach- takie sa konsekwecje dostepu do darmowego wajrlesa w naszym hostelu,,,,,(w Taganga)</p>
<p> w dzien - jak nie napierdala deszcz szwedamy sie po okolicznych plazach , gorkach oraz zazywamy kapieli morskich. jutro jedziemy do park tyrona- ponoc jedno z najpiekniejszych miejsc plazowych w kolumbii albo jedziemy do santa marta i robimy wbitke na treking do ciudad perdida. (musze sie przyznac iz mam troche cykora gdyz nie wiem czy dam rade..... Katarzynka zapewnia mnie ze nie mam sie czego obawiac wiec raczej chyba  moze  pojde!</p>
<p>  ponizej zdiecia z muzeo del oro- mimo ze widzialysmy tylko czesc kolekcji (wlasciwe muz jest w remoncie i widzialysmy expo tymczasowe okrojone) to obie z Katarzynkom zostalysmy fankami owego kruszcza! [gallery]</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bogota - Kolumbia]]></title>
<link>http://felwakacje.wordpress.com/?p=630</link>
<pubDate>Sat, 23 Aug 2008 02:10:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>felwakacje</dc:creator>
<guid>http://felwakacje.wordpress.com/?p=630</guid>
<description><![CDATA[oto pierwsze fotki z kolumbii. bogoa-muzeum zlota oraz boski botero.
zdiec miasta niewiele zrobilam ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>[gallery]oto pierwsze fotki z kolumbii. bogoa-muzeum zlota oraz boski botero.</p>
<p>zdiec miasta niewiele zrobilam jakowoz pogoda byla malo sprzyjajaca i chyba jakos natchnienia mie mialam do robienia zdiec.... chyba po prostu nie lubie robic zdiec  miejskich??!! nie moja specjalnosc he he he... poza tym ciezko oddac klimat duzego miasta, ktorego nawet nie zdazylam poznac,w kilku zdieciach.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Metro w stylu alpejskim katalizatorem spolecznych przeobrazen w Medellin, Kolumbia. ]]></title>
<link>http://funkytiger.wordpress.com/?p=7</link>
<pubDate>Mon, 14 Jul 2008 19:41:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>halfie522</dc:creator>
<guid>http://funkytiger.wordpress.com/?p=7</guid>
<description><![CDATA[Kolejki linowe zazwyczaj uzywane sa przez narciarzy i turystow, ale w Kolumbii uzywa sie ich do tran]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kolejki linowe zazwyczaj uzywane sa przez narciarzy i turystow, ale w Kolumbii uzywa sie ich do transportu mas.  <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Medellin">Medellin</a>, drugie (<em> co do wielkosci i znaczenia, ale ponoc bogatsze w przeliczeniu na glowe mieszkanca od Bogoty - miasta stolecznego </em>) szczyci sie 2 liniami kolejki w alpejskim stylu, ktore przebiegaja ze srodmiescia do slamsow polozonych na otaczajacych glowne miasto wzgorzach.  Kolejka linowa polaczona jest z systemem naziemnego metra w dolinie.<br />
Nieskazitelnie czyste Metro Cable nie tylko transportuje 3 tysiace osob na godzine. Kolejka linowa stala sie katalizatorem spolecznej transformacji aglomeracji Medellin, ktora zaczela sie kilka lat temu pod kierunkiem burmistrza Sergio Fajardo.  W okresie czterech lat, przestrzen publiczna w miescie wypelnila sie wyrzezbionymi w zieleni parkami, a na placach stanely dziela sztuki nowoczesnej. W dzielnicach zamieszkanych przez klasy o niskich dochodach  wybudowano siec nowych szkol i eleganckich bibliotek w ktorych mieszcza sie pracownie komputerowe, muzea i galerie sztuki.<br />
<a href="http://medellininfo.com">Medellin info</a></p>
<p><span style='text-align:center; display: block;'><object width='425' height='350'><param name='movie' value='http://www.youtube.com/v/EFn56ThMJtc'></param><param name='wmode' value='transparent'></param><embed src='http://www.youtube.com/v/EFn56ThMJtc&rel=0' type='application/x-shockwave-flash' wmode='transparent' width='425' height='350'></embed></object></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Długaśna i  nudna  „krótka instrukcja obsługi" wyprawy do Buenos Aires, a zwłaszcza wyprawy tangowej Cz III.]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=147</link>
<pubDate>Mon, 14 Apr 2008 01:12:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=147</guid>
<description><![CDATA[ 
CZĘŚĆ TRZECIA i OSTATNIA - WOKÓŁ TANGA.
 
Może ktoś jest żeglarzem, importerem wołowiny]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="margin:0;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">CZĘŚĆ TRZECIA i OSTATNIA - WOKÓŁ TANGA.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"> </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Może ktoś jest żeglarzem, importerem wołowiny, ktoś pokochał pampę lub chce wspinać się po wschodnich zboczach Andów i traktuje Buenos Aires jako niezbędny przystanek w podróży. Pewnie zdarzają się jacyś ludzie, którzy jeżdżą do Buenos w innym celu niż zbliżenie się do źródeł tanga argentyńskiego. Jednak prawdopodobnie każdy kto tam zawita musi jakoś otrzeć się o to argentyńskie dziedzictwo. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"><a href="http://elosito.files.wordpress.com/2008/04/0803_robocze_bsas-670.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-150" src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/04/0803_robocze_bsas-670.jpg?w=400" alt="" width="400" height="300" /></a></span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Tango przenika Buenos (a przynajmniej te jego części, do których trafiają przybysze z innych stron).<span>  </span>Jest wszędzie. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><a href="http://elosito.files.wordpress.com/2008/04/0803_robocze_bsas-217.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-152" src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/04/0803_robocze_bsas-217.jpg?w=400" alt="" width="400" height="302" /></a></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Czasem nachalnie i<span>  </span>kiczowato wyskakujące na „deptaki”, często widoczne jako ważna część miejscowej gospodarki, czasem<span>  </span>subtelnie wplecione w siatkę nerwów tego miasta, czasem tworzy coś jakby świat alternatywny, o którym miejscowi nie tańczący tanga wiedzą, że gdzieś jest<span>  </span>ale gdzie i kto tam żyje, i właściwie co robi tego już nie wiadomo. <span> </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"><span><a href="http://elosito.files.wordpress.com/2008/04/0803_robocze_bsas-205.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-151" src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/04/0803_robocze_bsas-205.jpg" alt="" width="206" height="300" /></a></span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">My przylecieliśmy do Buenos właściwie bez żadnego przygotowania i planu. Naszym celem było „poznać coś nowego”, „przełamać własne schematy”. Ja wiedziałem ponadto, że interesuje mnie „klasyczne” podejście do tanga, a Joasia chciała dodatkowo popracować z ciałem w nurcie nuevo (trochę zakładając, że nuevo interesujące się jogą, baletem itp. poprawi „basic”). W Warszawie, w zwykłym codziennym trybie przeglądając YouTube uzgodniliśmy miedzy sobą (głownie aby na miejscu się o to<span>  </span>nie kłócić) styl których nauczycieli nam się podoba. Joasia miała też rekomendacje od Beaty Mai, że warto aby przekonała się czy pasuje jej „El Chino” (bardziej związany z nuevo, a więc w ogóle go nie znaliśmy). Tuż przed wylotem Asia wysłała maila do Fernando Galera aby sprawdzić czy będzie na miejscu i na jakich zasadach można się u niego uczyć. Okazało się, że taki sposób działania na pierwszy raz jest całkowicie sensowny choć jestem pewien, że następnym razem – już znając jakoś miejscowe realia – zaplanujemy wszystko bardziej szczegółowo.<span style="color:#000000;"> </span></span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;color:#000000;font-family:Arial;">Praktykowanie tanga w Bs.As oczywiście nie stanowi żadnego problemu. Warto wiedzieć, że należy „mentalnie” oddzielać miejsce (nazwę klubu czy sali – np. Salon Canning) od nazwy praktyki czy milongi (np. Milonga Paracultural w Salon Canning). Inaczej łatwo się pogubić o co chodzi bo pod tym samym adresem w zależności od dnia tygodnia i godziny mamy całkiem oddzielne przedsięwzięcia tangowe (inni organizatorzy, inny charakter muzyki, inna konwencja stroju, inni stali bywalcy i wreszcie inna nazwa). Argentyńczycy wyjaśnili nam dość jednoznacznie, że nocne milongi, a zwłaszcza te z pokazami lub muzyką na żywo – mimo, że intensywnie kisielowane – mają charakter głównie towarzyski. Jest tam świat prawdziwego, żywego tanga argentyńskiego – bywalcy, mistrzowie, ludzie od tangowego biznesu oraz oczywiście turyści patrzący na to wszystko z większym lub mniejszym niezrozumieniem. Najczęściej jest też ogromnie tłoczno. Sądzę, że te imprezy stanowią inną formę stadnych rytuałów – podobnych w swoich funkcjach do ciągłego iskania się i kopulowania wśród pawianów. Ich zasadniczym celem jest ciągłe potwierdzanie lub przesunięcia w lokalnej hierarchii grupowej (szeroko pojętej grupy tangowych bywalców). Jeśli chcecie poćwiczyć lub po prostu potańczyć chodźcie na milongi lub praktiki które odbywają się w dzień (niektóre zaczynają się np. o 15.00 i trwają do 3.00 w nocy! – najpierw są bardziej salą treningową, a później miejscem towarzyskich spotkań i rytuałów). Dodatkowa informacja dla tych z forsą: w BsAs istnieje rozbudowana grupa usług „tango coaching” polegających na płatnym towarzyszeniu ci „profesjonalisty” dowolnej płci (wszystko jedno co to oznacza) w grupowych zajęciach lekcyjnych, lub na milongach (nie sprawdzaliśmy jak to działa i ile kosztuje). </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"> </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"> </span></p>
<ol style="margin-top:0;" type="1">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Informacje o tangu w Buenos. Truizmem jest pisanie, że można je zdobyć z Internetu. Oczywiście można i warto. YouTube daje moim zdaniem znakomity wgląd w styl tańczenia nauczycieli. Wielu z nich ma swoje własne serwisy WWW, a cześć tych serwisów ma dość komunikatywne wersje anglojęzyczne. Niestety tą drogą nie ocenimy <span> </span>kwalifikacji pedagogicznych mistrzów. Warto mieć świadomość, że wiele z tych osób to samorodne wielkie talenty, diamenty na pokazach ale też po prostu prości ludzie, bez żadnej świadomości tego co i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej robią. Niektórzy nie potrafią sklecić prostego sensownego zdania nawet po hiszpańsku (jeśli ktoś był na warsztatach u „El Flaco” to wie o czym mówię). To trochę jak słuchanie w TV wywiadów z tymi bardziej elokwentnymi sportowcami:- „Widzowie chcą wiedzieć jak panu udaje się zdobywać bramki w tak trudnym meczu”. -„No, daje zesiebie wszystko.” –„A tak bardziej konkretnie?” –„Konkretnie to drybling, przyłożenie, strzał i gol. To tak robie konkretnie.”</span></li>
</ol>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Wielu nauczycieli uczy komunikatywnie ale w procesie dydaktycznym pozbawionym sensu (widzieliśmy to np. na jakiś zajęciach<span>  </span>w Plaza Bohemia). W sprawie doboru szkół i nauczycieli warto zbierać rekomendacje i nie zadowalać się informacjami w stylu „to świetny facet”. Pytać uczestników warsztatów, pytać wracających z Buenos, patrzeć w blogi np. <a href="http://caminitopl.wordpress.com/"><span style="color:#800080;">http://caminitopl.wordpress.com/</span></a> ). Niestety sprawę komplikuje dodatkowo problem, że czasem warsztaty grupowe są prowadzone na całkiem innym poziomie niż indywidualne lekcje. Ja na pewno w zakresie tanga salon rekomenduję zajęcia zarówno indywidualne jak i grupowe w szkole „Nuevo Estudio La Esquina” prowadzonej przez Fernando Galera i Vilmę Vega (<a href="http://www.fernandoyvilma.com/"><span style="color:#800080;">http://www.fernandoyvilma.com/</span></a> ). Mogę też z czystym sumieniem polecić zajęcia grupowe (nie znam indywidualnych) w Tango Esquela<span>  </span>Carlos Copello (<a href="http://www.carloscopello.com/">WWW.carloscopello.com</a> ) prowadzone przez Fabiana Peralta z partnerką (ona mało znana jeszcze. Zamieściłem link do ich tańca w rozdziale o kisielu.). Joanna była pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu zajęć indywidualnych u <span style="color:#000000;">Marcelo Gutierrez „El Chino” (<a href="http://www.pechelo.com/home_en.html"><span style="color:#800080;">http://www.pechelo.com/home_en.html</span></a> ) - nie mylić z innymi licznymi „El Chino”. Ja jako obserwator z zewnątrz </span><span> </span><span style="color:#000000;">jej trudów myślę, że zajęcia u niego warto łączyć z nuevo albo pozostać jego uczniem na dłużej (bardzo precyzyjne zajmowanie się ciałem, które może „rozbić” klasyczne nawyki i trzeba czasu na poskładanie tego wszystkiego na nowo). Aldona i Arnaud byli zachwyceni lekcjami tango nuevo w Estudio D.N.I. – światowej Mekce nuevo (<a href="http://www.estudiodnitango.com.ar/"><span style="color:#800080;">http://www.estudiodnitango.com.ar</span></a> ). </span></span></p>
<ol style="margin-top:0;" type="1">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Obyczaje. Sporo można już przeczytać na ten temat w blogu caminitopl lub w tym blogu ale podsumuję podstawowe rzeczy dotyczące tanga tradycyjnego (nie wiem jak to wygląda wokół nuevo, które w świadomości starszych Argentyńczyków sytuuje się gdzieś w okolicach popu, rockendrolla, twista lub jeśli w formie profesjonalnej, to blisko baletu nowoczesnego). </span>
<ol style="margin-top:0;" type="a">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">W BsAs jesteśmy w obcym kraju i w<span>  </span>kulturze, która nie jest nasza. W dodatku w kulturze, która – choć niezwykle tolerancyjna w wielu sprawach – bardzo poważnie traktuje tango argentyńskie jako swoje WŁASNE dziedzictwo, obszar tworzący miejscowe korzenie identyfikacji narodowej. Pamiętam jak w Rajgrodzie z okazji urodzin Eli G. zrobiliśmy podczas milongi małe show z polskim „tangiem apaszowskim”. Obecny tam Miguel – jeden z mistrzów, nauczycieli starej daty - był niemal oburzony, a co najmniej zdegustowany, że profani<span>  </span>włożyli między utwory tanga argentyńskiego i tańczą jak tango argentyńskie „jakieś tango polskie” i stanowczo wyraził opinię, że tango argentyńskie może pochodzić wyłącznie z Ameryki Południowej. Nie chcę dyskutować o tym, czy my w Polsce na naszych „polskich” milongach mamy „moralne prawo” robić z tangiem argentyńskim co chcemy. Chcę tylko przekazać informację, że jeśli chcemy być zwyczajnie grzeczni wobec miłego i z pewnością życzliwego nam Polakom narodu, to w BsAs <span> </span>warto stosować się do tangowej obyczajowości, bo to dla tego narodu rzecz naprawdę ważna i poważnie traktowana.</span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-family:Arial;">Warto wiedzieć, że milongi tradycyjne są całkowicie pozbawione muzyki  elektronicznej czy nuevo. Dominują tanga, dość mało walców i bardzo mało milong (wtedy też jest najwięcej miejsca na parkiecie). Na milongach "nowoczesnych" jest mydło powidło (łacznie z innymi niż tango rodzajami muzyki tanecznej).</span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Na lekcjach i praktikach można mieć strój dowolny. Ale – uwaga! – Argentyńczycy/Argentynki bardzo dbają o ubiór, makijaż, świeży zapach, zadbane włosy itp. Na milongach miejscowi występują ubrani w zwyczajne „eleganckie” ubrania (zależne od pory dnia) i zdecydowanie unikają dżinsów i t-shirtów, a panie unikają spodni (bardzo popularnych na ulicach). Wielu panów nosi garnitury (choć krawaty bardzo rzadko). Jednocześnie ukochane w Polsce „wystrzałowe tangowe kreacje" popularne w BsAs wyłącznie wśród nieargentynek - choć pewnie nikogo nie dotykają – są rezerwowane raczej na „wielkie wyjścia” lub pokazy. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Przed wybraniem się na określoną milongę można dokonać telefonicznej rezerwacji miejsca. Zazwyczaj daje się to zrobić w języku angielskim. Warto wymyślić jakieś proste hasło na które rezerwacja ma działać – np. „Polonia”. Należy też wyraźnie zaznaczyć czy rezerwacja jest dla kobiety, czy dla mężczyzny, czy dla pary. Przypominam, że jeśli idziecie jako para i siadacie jako para to właściwie decydujecie się na tańczenie prawie wyłącznie ze sobą (ostatecznie jest niewielka<span>  </span>szansa na innych „nieargentyńczyków). Większość sal tanecznych ma swoje szatnie, które jednocześnie są kasami. Wejście kosztuje 10-15 peso. Buty zmienia się koło szatni (lub ostatecznie przy stoliku). Niezależnie należy odszukać gdzieś przy wejściu, ale już za szatnią gospodarza (gospodynię) milongi – osobę, która ma jakiś swój plan stolików i ich rezerwacji i to właśnie ta osoba<span>  </span>decyduje gdzie was posadzi i należy się temu podporządkować (nie upierać się, że wolicie inny stolik). Stoliki mają obsługę kelnerską. Można zamiast siedzieć przy stoliku stanąć sobie przy barze lub pod ścianą (często taka miejscówka jest korzystniejsza bo bardziej widoczna niż stolik w trzecim szeregu w kącie). Co prawda nie zostawiałem na stoliku kamery czy portfela ale nigdy nie miałem poczucia, że na sali mój plecaczek może zostać okradziony. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Proszenie odbywa się wzrokiem na odległość. Bardzo rzadko widywałem niedoświadczonych obcokrajowców próbujących podchodzić do potencjalnych partnerek ale było to naprawdę mało skuteczne i wyraźnie traktowane jako niegrzeczne. Czasami tez zdarzało się, że jakiś nieudaczny i zdesperowany Argentyńczyk „prosił” łażąc po sali (ale wyłącznie panie już z daleka wyglądające na turystki bo u Argentynek naprawdę zero szans). Jeśli mężczyzna widzi przyzwolenie, zmierza do partnerki po obwodzie sali trzymając z nią kontakt wzrokowy. Kiedy jest już na wysokości jej stolika ona wstaje i podchodzi do niego (zapobiega to krępującej sytuacji, że komuś coś się wydawało tylko). Widziałem jak facet „niechluj” podszedł tylko w pobliże proszonej kobiety, stanął głupio się uśmiechając, a ona przez jakieś 2-3 sekundy poczekała (z miłym uśmiechem patrząc na niego) czy on wreszcie zrobi brakujące półtora kroku poczym miękko odwróciła głowę i tak zakończyła tę sytuację zostawiając kolesia stojącego samotnie na środku parkietu. W następnym utworze zatańczyła z innym gościem, który rozumiał, że to on prosi, a więc ma zadbać aby to nie ona paradowała do niego tylko on do niej. Odprowadzanie po zakończonej tandzie jest już bardziej symbolicznym nadaniem kierunku niż rzeczywistym towarzyszeniem w drodze do stolika. Na czas cortiny wszyscy opuszczają parkiet i zajmują "miejsca obserwacyjne". Nie ma żadnego sterczenia na parkiecie z "zawładniętą" partnerką (jeśli jest taka rzeczywiście "zawładnięta", to nawiąż z nią kontakt wzrokowy i pewnie ci znowu nie odmówi). </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Taniec odbywa się w bardzo uporządkowany sposób w koło po obwodzie parkietu (czasem w dwóch lub nawet trzech „sznurkach”). <span> </span>Na samym środku czasami można zauważyć kilka par tańczących bardziej spontanicznie. Ale nawet one bardzo uważają żeby nikogo nie potrącić. Sensem tanga argentyńskiego w BsAs jest czerpanie przyjemności z muzyki, z kontaktu z partnerem itp., a nie przyjemności z gimnastyki i sprawności fizycznej (do tego służą fitness kluby i <span> </span>tango nuevo). Potrącanie w tańcu nawet jeśli zrobione całkiem bez złej woli jest uważane za skrajne łamanie reguł, przeszkadzanie innym w czerpaniu należnej im rozkoszy, niegrzeczne i zdecydowanie „karygodne”. Potrąciwszy jakąś parę można całkowicie spalić się dla innych partnerek albo nawet być zostawionym w środku tandy przez własną partnerkę, z którą się tańczy. Wykluczone są zatem wszelkie kroki pod prąd lub w poprzek tańczących kręgów, bardzo ograniczone jest zatrzymywanie się lub wyprzedzanie (choć ruch bywa straszliwie powolny). <span> </span>Niezbędne natomiast są umiejętności tangowego kisielu. Jeśli tego nie potraficie, to tańczyć chodźcie wyłącznie na praktiki, a na milongi tylko obserwować.</span></li>
</ol>
</li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Tangowe zakupy. </span></li>
</ol>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;"><a href="http://elosito.files.wordpress.com/2008/04/0803_robocze_bsas-538.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-153" src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/04/0803_robocze_bsas-538.jpg?w=400" alt="" width="400" height="300" /></a></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:11pt;font-family:Arial;">Oczywiście warto spisać adresy i rekomendacje z blogów i z innych internetowych źródeł. Ale równie dobrze można wziąć jakąś tangową gazetkę i poruszać się po reklamach. Wybór jest ogromny i właściwie po to aby nie zwariować warto zrobić chyba trzy rundy. Pierwsza runda w sprawie butów to wizyta powiedzmy w dziesięciu sklepach (więcej chyba nie ma sensu bo każdy sklep to dziesiątki jeśli nie setki fasonów i kolorów), przymierzanie i robienie notatek (zdjęć nigdzie nie dają robić). <span> </span>Ewentualnie można sobie kupić jakąś jedną parę butów. Druga runda to już wybieranie tego na co macie ochotę i kupowanie jeśli akurat jest rozmiar (problemy i technika kupowania są opisane w innym miejscu blogu). Można też ustalić kiedy spodziewają się rozmiarów w fasonach, które chcecie kupić, a aktualnie ich nie ma (oczywiście to Argentyna więc wszystko jest orientacyjne). Trzecia runda to sprawdzanie czy już są te oczekiwane buciki. Często w sklepach z butami są też elementy stroju, a w dodatku czasem można je tam uszyć na zamówienie. Jeśli chodzi o ubrania to jednak tańsze są specjalistyczne pracownie (adresy w ogłoszeniach gazetowych). Męskie spodnie tangowe zdecydowanie rekomenduję u Miguela (my best Amigo), zgodnie z odpowiednim wpisem w tym blogu. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;color:#000000;font-family:Arial;">Oczywiście można przyjechać na miejsce zupełnie bez rozeznania i odbyć przygodę. Trzeba mieć tylko adres do pierwszego miejsca związanego z tangiem. Tam znajdziecie tangowe darmowe miesięczniki w stylu „El tangauta” czy „B.A. Tango”, a w środku setki adresów i telefonów szkół, sklepów, mistrzów, milong itp. </span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;color:#000000;font-family:Arial;"><a href="http://elosito.files.wordpress.com/2008/04/0803_robocze_bsas-2521.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-149" src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/04/0803_robocze_bsas-2521.jpg" alt="" width="206" height="300" /></a></span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;color:#000000;font-family:Arial;">To juz koniec (chyba, że dopisze jeszcze coś Joasia "z offu").</span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:12pt 0 0;"><span style="font-size:11pt;color:#000000;font-family:Arial;">janusz</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Długaśna i nudna "Krótka Instrukcja Obsługi" wyprawy do Buenos Aires, a zwłaszcza wyprawy tangowej. Cz.II]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=146</link>
<pubDate>Sun, 06 Apr 2008 23:44:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=146</guid>
<description><![CDATA[ CZĘŚĆ DRUGA – KILKA  INFORMACJI  PRZYDATNYCH NA MIEJSCU
 

Pranie. Nie jestem podróżniki]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;"> </span><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">CZĘŚĆ DRUGA – KILKA<span>  </span>INFORMACJI <span> </span>PRZYDATNYCH NA MIEJSCU</span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;"> </span></p>
<ol style="margin-top:0;" type="1">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Pranie. Nie jestem podróżnikiem. Ani zapalonym turystą, mimo że widziałem dotąd paredziesiąt krajów. W dodatku - szczerze mówiąc - od dawna nie interesuje mnie tzw. zwiedzanie. National Geographic, a później Discovery i Planete zamiast pobudzić moją ciekawość uczyniły coś takiego, że wszelkie budowle i krajobrazy straciły szanse na wzbudzenie zaskoczenia czy poczucia „świeżości”.<span>  </span>Obecnie w życiu zwracają moją uwagę, powodują dreszcz emocji, angażują rzeczy, które właściwie mogę znaleźć wszędzie choć jednocześnie nie są takie znów łatwe do spotkania, uchwycenia i przeżycia. Zagranicą zawsze czuję się trochę zagubiony i niedostosowany i - mimo, że dalekie to od cierpienia czy nawet niewygody - chętnie wracam do Warszawy. Lubię Polskę. To „mój” kraj i chociaż staje się coraz brzydszy architektonicznie, zaśmiecony krajobrazowo oraz irytujący (a często wstydliwy) społecznie nigdy nie chciałem się z niego wynieść na dłużej. Buenos Aires zaskoczyło mnie. W ciągu trzech dni poczułem się „jak u siebie”. Po dwóch tygodniach zacząłem wypowiadać zdania w rodzaju - „gdybym był młodszy i nie miał tylu zobowiązań w Polsce chciałbym tu zostać na zawsze”. Ale po kolejnych kilku dniach dodawałem już w myślach: -„gdyby nie to cholerne pranie”. Tak, pranie. Dzisiaj pranie, jawi mi się największym problemem turystycznego życia w Buenos. A właściwie nie samo pranie tylko brak sensownego rozwiązania dla utrzymywani ubrań w cyklicznej czystości bez robienia z nich strzępów i porozciąganych ścierek <span> </span>Wysoka temperatura i okresowo wysoka wilgotność powodują znaczącą nadprodukcję ubrań do uprania. W mieszkaniu (mimo, że duże i z wielkim balkonem) praktycznie z trudem można było rozwiesić tylko mokre majtki, skarpetki i ręczniki. Zostawienie czegoś na zewnątrz oznaczało niemal pewne odfrunięcie z powodu gwałtownego i zawsze niespodziewanego wiatru. Pralnie, które są dostępne co krok dewastują każde ubranie. <span> </span>Żadne pocieszenie, że te usługi kosztują dosłownie grosze. Bębny pralnicze przypominają raczej maszynki do mielenia mięsa. Powszechnie używane środki piorące przepalają nawet wysokiej jakości len, a pozostałym resztkom nadają trwale smrodliwe piętno. W dodatku suszarki to właściwie młynki do kawy, a na koniec personel w jakimś niezrozumiałym dla mnie ataku miłosierdzia rutynowo chce obficie spryskać wszystko zapachem przypominającym sowieckie „duchi”. (Młodzieży wyjaśniam - „duchi” przez dziesięciolecia były sprzedawane np. na dworcach i w domach towarowych w ZSRR z automatu. Za 5 kopiejek można było nadstawić się na prawdziwy prysznic „perfum” zabijających wszy, głęboki zapach miesiącami nie mytego ciała oraz odór nigdy nie pranych ubrań). Do jakości prasowania w Buenos nie będę się już odnosił bo w zasadzie wszystko jedno jak wyprasują ci strzępy upranych, a dopiero co<span>  </span>nowych spodni. Podstawowy postulat dotyczący prania brzmi: „przejmij kontrolę”. Jeśli już musisz coś oddać do pralni kup własny proszek (a najlepiej płyn) do prania, zakaż perfumowania i<span>  </span>suszenia. Najlepiej pierz sam. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;"><span style="font-family:Times New Roman;">Pieniądze. Peso dla nas jest tanie, a w Argentynie ma sporą siłę nabywczą. Niemal wszystko jest 30-50 % tańsze niż w Polsce (zwłaszcza rzeczy nieco wyższej jakości). W marcu 2008 1 Peso = 0,75-0,80 zł lub inaczej 1US $ = 3,05-3,14 $(peso). Nadal dość wysoka inflacja więc za kilka miesięcy będzie trochę inaczej.<span>  </span></span></span>
<ol style="margin-top:0;" type="a">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Trzeba uważać na fałszywe banknoty (już na oko wyglądające na kserówki), i na banknoty uszkodzone. Wszyscy, wszędzie sprawdzają pieniądze i często ktoś nie chce przyjąć np. 100 peso (to dużo forsy więc duże ryzyko) albo nawet 20 peso (bo naderwane). Niestety nowe miejscowe banknoty po wyjęciu z bankomatu już po 5 minutach rozpadają się nawet od kichnięcia. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Nie wszędzie przyjmują karty płatnicze (a zwłaszcza nie w szkołach tanga i tanich knajpkach). Popularna jest Visa i Master ale najbardziej chyba American Express. W wielu miejscach można płacić w dolarach USA „negocjując”<span>  </span>kurs wymiany ale widać, że to raczej akceptowany kłopot niż pożądana forma. Bankomatów jest naprawdę niewiele i - co zadziwiające - też czasem wypłacają fałszywe pieniądze. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Wymiana dolarów lub euro możliwa jest w kantorach. Są to nie oznakowane dziwne miejsca ale można trafić pytając się np. policjanta. Kantory - poza tymi na lotnisku czy w domach towarowych - mają dość jednolity kurs zgodny z bankowym. Banki teoretycznie też wymieniają pieniądze (i podobno jest mniejsze ryzyko fałszywych) ale nam się to nie udało mimo podjętych kilku prób (straszne kolejki, musisz mieć paszport w oryginale, często okazuje się, ze przeszkodą jest brak stałego pobytu w Argentynie albo brak konta w tym konkretnym banku…). Banki najczęściej otwarte są do 15.00. </span></li>
</ol>
</li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Zakupy, jedzenie, komunikacja. Można w skrócie powiedzieć, że to wszystko – z małymi wariacjami - jest podobne jak w Europie. Z kilkoma zastrzeżeniami.</span>
<ol style="margin-top:0;" type="a">
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Dominuje zasada „żyjemy dla przyjemności więc nie psujmy sobie humoru, a zwłaszcza pośpiechem”. <span> </span>Większość rzeczy toczy się niebywale powoli, nieporadnie i z koncentracją uwagi rozchwianą jakby w świecie „dzieci specjalnej troski” (jednym z chlubnych wyjątków są niektórzy nauczyciele tanga argentyńskiego pracujący z europejczykami). Niemal wszyscy <span> </span>są mili ale bez jakiejkolwiek służalczości i najchętniej od drugiego spotkania już cię całują jak bliską sercu osobę. W Buenos powiedzenie „klient nasz pan” należałoby zmienić na „klient nasz amigo”. Oznacza to, że nic nie jest problemem dopóki sam nie uczynisz z tego problemu. Nie oczekuj jednak od „przyjaciela”, który cię obsługuje czegoś więcej niż pamiętanie, że jesteś jego przyjacielem i głośnego całusa w policzek (przy okazji dementuję błąd występujący w poprzednich moich wpisach – całusy są zawsze w prawy policzek czyli całujesz w lewy tylko z twojego punktu widzenia). W żadnym wypadku nie rób awantur. Uwierz - życie wymaga czasu, a jego doraźne efekty nie są idealne..</span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">W restauracjach jest słaby wybór chociaż średni poziom gastronomii dużo lepszy niż w Polsce i chyba w ogóle w Europie. Warto pamiętać, że zazwyczaj mają przerwę od 15 albo16 do 20. Dominuje nieprzekazywalnie smaczne mięso (przy czym można trafić na każdą część krowy, a raczej … byka). Alternatywą lub uzupełnieniem są „empanadas” – pieczone pierożki z rozmaitym nadzieniem, omlety, kanapki i świetna pizza. Ryby, pasty, risotta wymagają polowania i poza tymi pierwszymi są mało udane (moim zdaniem bo np. Wojtkowi smakowały). Bardzo smacznie i tanio (duży obiad 20 peso) można jeść w lokalnych knajpkach w bocznych ulicach ale każdy sanepid w UE natychmiast zamknąłby większość z nich. Jako osoba doświadczona w gastronomii nie miałem jednak oporów aby korzystać z tych miejsc przede wszystkim z powodu bazowej higieny (np. zawsze czyste sztućce i talerze) i wyjątkowej świeżości składników. Jeśli chodzi o zwyczajne wina, to powszechnie zaskakująco przyjemne są białe, a czerwone tylko te lepsze. Chyba najbardziej bezpiecznym wyborem jest Malbec. Często trzeba - grzecznie bo jesteśmy przecież amigos - prosić o ochłodzenie. Malbec smakuje pity w temp. 15-18 st.C, a podają go w „pokojowo-kuchennej” czyli nawet powyżej 25st. C !. Smakosze włoskiej kawy będą zawiedzeni. Warto nosić ze sobą słownik, bo do rzadkości należą menu po angielsku, a personel z zasady<span>  </span>mówi po hiszpańsku i jeżeli danego wieczora nie planujesz zjedzenia grilowanych byczych jąder to zadbaj aby zrozumieć co ci proponują.</span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">W sklepach jest to co u nas. Tylko taniej i trochę inaczej. Prawie nie ma musli, a wszelkie sosy, jogurty, majonezy są żelatynowane, z paskudnym mdławym absmakiem. Trzeba uważać na twarożki, bo większość z nich to jakieś dziwne miksy z rozrzedzonymi topionymi serkami (tak, wpadli na coś takiego!).</span></li>
</ol>
</li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Komunikacja. Trzeba uważać na ulicach bo nigdzie pieszy nie ma pierwszeństwa. Jednocześnie jeśli idziesz zdecydowanym, jednostajnym krokiem to nikt cię nie potrąci (mimo, że pozornie może wyglądać jakby na ciebie polowali). Taxi – nieprawdopodobnie tanie i wszędzie dostępne praktycznie bez czekania. Jako pasażer najlepiej podaj adres na kartce i zamknij oczy. <span> </span>Jedyne pierwszeństwo przejazdu wynika z tego kto jest pierwszy na krzyżowaniu, nie uznaje się pasów (w ogóle!), w nocy wiele samochodów jeździ bez świateł lub na postojowych z lewej strony, taksówkarze uwielbiają z pełną szybkością mijać samochody, przechodniów i inne przeszkody dosłownie o centymetry… . Nie widzieliśmy jednak wypadków. Tanie i dobre metro obejmuje większą część turystycznie ważnego Buenos. Czasem warto pojechać gdzieś metrem i dojechać taxi (jeśli zbyt daleko na piechotę). Autobusy są ale ich nie poznaliśmy. </span></li>
<li class="MsoNormal"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">Bezpieczeństwo. Argentyńczycy z „klasy średniej” często twierdzą, że Buenos jest pełne cwaniaków i oszustów. Myśmy mieli generalne wrażenie dużego bezpieczeństwa na ulicach. Bardzo dużo widocznej policji i różnych służb ochrony wskazuje jednak, ze jest tu jakaś cienka granica. Tzw „ubogie dzielnice” chyba realnie bywają niebezpieczne po zmroku (Aldona przeżyła nawet jakiś „atak”- na szczęście niegroźny w skutkach). Ścisłe centrum z pewnością pełne jest kieszonkowców bo ludzie chodzą z torbami i plecakami ogarniętymi mocno ramionami na brzuchu. Myśmy - poza przygodą Aldony - nie widzieli jednak niczego co sprawiałoby wrażenie choćby cienia zagrożenia podobnego do tego co jest w wielu dzielnicach w Warszawie (żadnych „napakowanych” grupek, nikt nikomu nie wyrwał torebki na ulicy, żadnych niespokojnych pijanych czy narkomanów, żadne dzieciaki nigdzie się nie szarpały, nikt nie terroryzował metra, zero agresywnych żebraków itp.). Wiele osób wyraźnie bezinteresownie życzliwych i pomocnych, co jak wiadomo budzi w nas - Polakach - silną nieufność ale we mnie też i tęsknotę. </span></li>
</ol>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;"> </span></span><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">janusz</span></p>
<p class="MsoNormal" style="margin:0;"><span style="font-size:small;font-family:Times New Roman;">PS. Część III "Instrukcji" będzie wokół tanga.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Coraz bliżej końca wakacji]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=119</link>
<pubDate>Tue, 25 Mar 2008 04:58:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=119</guid>
<description><![CDATA[22 marca - sobota
Śniadanie jemy w domu. Później - w zależności od domownika - czytanie, koresp]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>22 marca - sobota</p>
<p>Śniadanie jemy w domu. Później - w zależności od domownika - czytanie, korespondencja, gadanie przez skype'a.</p>
<p>Wychodzimy na miasto i załatwiamy jakieś drobiazgi w "naszym" centrum handlowym - Alto Palermo przy stacji Bulnes. Widać że ci, którzy nie wyjechali z miasta i nie wylegują się w parkach w słońcu (!) właśnie w takich miejscach spędzają czas.  Zgłodnieliśmy i decydujemy się zjeść "jakiegoś rogalika" na lunch w kawiarni Franceska (?) na pietrze tej galerii handlowej. Kolejny raz w kontekście gastronomii w Buenos jesteśmy pod wrażeniem. Czysto, profesjonalnie, krochmalone obrusy i świetne jedzenie w postaci wielkich  świeżych  sałatek z grzankami i kozim serem oraz z awokado i łososiem (mają spory wybór i innych rzeczy).</p>
<p>Wsiadamy w merto, a później w taxi i jedziemy do La Boca. To uboga dzielnica portowa położona nad deltą, której część kilkadziesiąt lat temu oddano do zagospodarowania bohemie artystycznej. W efekcie slumsy (oczywiście małą część dzielnicy) pomalowano na jaskrawe kolory, powstały modne kawiarenki i restauracyjki, na ścianach domów i kawałkach wolnej przestrzeni pojawiły się freski, płaskorzeźby i rzeźby.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-644.jpg" title="0803_robocze_bsas-644.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-644.jpg" alt="0803_robocze_bsas-644.jpg" /></a></p>
<p>Dziś jest to jedna z wizytówek i pułapek turystycznych Buenos i nie sposób mieszkać w mieście kilka dni i nie zobaczyć La Boca.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-624.jpg" title="0803_robocze_bsas-624.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-624.jpg" alt="0803_robocze_bsas-624.jpg" /></a></p>
<p>Od wody wiało chłodem, a temperatura tego dnia spadła do około 20 st. C. - brrrr... . Wzięliśmy taxi i z powrotem. Przy okazji mogliśmy zobaczyć, że prawdziwa, zamieszkała część La Boca nie ma w sobie nic magicznego.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-680.jpg" title="0803_robocze_bsas-680.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-680.jpg" alt="0803_robocze_bsas-680.jpg" /></a></p>
<p>Wojtek, który w ostatnich dniach nie tracił czasu na tango i zwiedził większą część głównego kawałka miasta zabrał nas do Palermo Viejo (czyli "na starówkę" dzielnicy Palermo). Pełna życia i młodości dzielnica opanowana przez "klasę średnią" i turystów. Knajpki, przedziwne ni to sklepy, ni to bazarki, designerskie butiki. Trafiliśmy na sklep muzyczny mający nieco niszową ofertę i znowu kupiliśmy kilka płyt.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-684.jpg" title="0803_robocze_bsas-684.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-684.jpg" alt="0803_robocze_bsas-684.jpg" /></a></p>
<p>Jak tylko A&#38;A skończyli lekcje w DNI wróciliśmy do "naszej" części Palermo aby wspólnie pójść na pożegnalną kolację (następnego dnia A&#38;A wsiadają w samolot). W pobliżu naszych mieszkań trafiliśmy na kolejne fajne jedzeniowe miejsce z autorską kuchnią. Oferta nie jest do końca równej jakości. Świetnie zrobione mięsa i sałatki. Risotta smaczne ale jakby "bez jaja". Desery kompletnie zwalone. Na koniec okazuje się, że nie mamy jak zapłacić bo nam brak peso, oni nie przyjmują kart Visa (tylko American Express !). Stanęło na dolarach uzupełnionych resztkami peso.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-679.jpg" title="0803_robocze_bsas-679.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-679.jpg" alt="0803_robocze_bsas-679.jpg" /></a></p>
<p>Na rano jesteśmy umówieni na wspólne śniadanie świąteczne przed odjazdem na lotnisko Aldony i Arnaud.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mniej siły i wolniej]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=113</link>
<pubDate>Sat, 22 Mar 2008 02:35:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=113</guid>
<description><![CDATA[20 marca - czwartek.
Śniadanie zjedliśmy w domu. Nagle, przy drugiej kawie zorientowaliśmy się, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>20 marca - czwartek.</p>
<p>Śniadanie zjedliśmy w domu. Nagle, przy drugiej kawie zorientowaliśmy się, że to już czas pędzić na grupową lekcję do Fernando i Vilmy. Jak zwykle w takich wypadkach Joasia uwiodła kierowcę swoim hiszpańskim, gotowością do bycia poprawianą w zakresie gramatyki i tym, że jedzie na lekcje i "profesoro" będzie niezadowolony jak się spóźni. Staruszek taksówkarz pobił rekord czasu przejazdu z Ruggieri na Sarmiento (zamiast 20-25 min zajęło mu to 10!).</p>
<p>Podczas lekcji słyszeliśmy głównie, że jesteśmy zbyt silni i zanadto się śpieszymy. W którymś momencie Fernando, którego treningowo prowadziłem do jakieś figury wezwał na pomoc Vilmę krzycząc żeby go ratowała bo "Janus shake me, he shake me!" i przezabawnie wpadł w totalny dygot.</p>
<p>Po lekcji byliśmy umówieni z A&#38;A na lunch (oni akurat skończyli pierwszą tego dnia część zajęć w DNI). Trafiliśmy do tangowo-turystycznej restauracji na Suipacha 425 (Almacen?) - dwa "kwadraty" od tych licznych tangowych sklepów na Suipacha. Po prostu przyjemny lunch za umiarkowane pieniądze i tyle.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-543.jpg" title="0803_robocze_bsas-543.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-543.jpg" alt="0803_robocze_bsas-543.jpg" /></a></p>
<p>Po lunchu A&#38;A do DNI, a my do Fernando i Vilmy na lekcję indywidualną. Zajmowaliśmy się jak zwykle prowadzeniem ale tym razem na przykładzie gancho. Niczego dotąd tak bardzo Fernando nie skrytykował jak moje gancho. Z kolei mnie - jak dotąd - nic tak bardzo nie szło jak proponowane przez niego gancho. Asi też sprawiało kłopot dać się do niego poprowadzić. Znowu pojawił się u naszych nauczycieli tekst dnia: "mniej siły i wolniej", a chwilami okrzyki "boję się! co oni robią! kamikadze! O! uciekajmy bo nam zrobią krzywdę!". Jeszcze powtórkowo zarejestrowaliśmy na video parę rzeczy, których dotychczas nas uczyli i łza w oku się zakręciła bo to ostatnie nasze spotkanie z Vilmą (jutro zajęcia z samym Fernando, później ja już odlatuję, a we wtorek Joasia ma jeszcze z Vilmą ale już sama). Dość mocno się wyściskaliśmy i znowu wtulona Vilma szepnęła mi na ucho "mniej siły i wolniej"... . Och, ciężko jakoś tak rozstawać się z nimi choć mam nadzieję, że nie na zawsze. Okazali się cudownymi ludźmi i znakomitymi - wymagającymi ale i wspierającymi - nauczycielami. Przed odlotem z Buenos obiecuję sobie zrobić konkretne podsumowanie ich przekazu bo wiem, że w pędzącym "za mocno i za szybko" życiu zbyt wiele ucieknie zanim się obejrzymy.</p>
<p>Kolejny raz taxi po odbiór licznych zamówionych tangowych spodni. Wreszcie są kompletne. Trochę zabawnie w nich wyglądam. Myślę, że nasi przyjaciele będą wyglądać mniej śmiesznie bo są przecież szczuplejsi, a spodnie szerokie niewyobrażalnie i z milionem zaszewek. Teraz żałuję, że nie wziąłem dla siebie jednej pary w pionowe pasy zamiast czarnych.</p>
<p>Wieczorem z A&#38;A na sushi. W okolicy jest wiele sushi barów. Bardzo, bardzo świeże ale nic specjalnego ponadto.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-548.jpg" title="0803_robocze_bsas-548.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-548.jpg" alt="0803_robocze_bsas-548.jpg" /></a></p>
<p>Po kolacji Joanna z Aldoną i Wojtkiem wybrały się na milongę z muzyką na żywo do La Viruta (Armenia 1366). My z Anaud postanowiliśmy "mniej siły i wolniej" - zostaliśmy w domach. W końcu okazało się, że słusznie bo to milonga gdzie przychodzą ludzie tańczyć tango bez "zasad" i umiejętności. Krótko mówiąc bałagan i tyle.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-558.jpg" title="0803_robocze_bsas-558.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-558.jpg" alt="0803_robocze_bsas-558.jpg" /></a></p>
<p>Wracając, rozczarowani postanowili wpaść gdzieś na drinka "strzemiennego". Jedyne miejsce, które znaleźli okazało się być nocną ... lodziarnią.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-562.jpg" title="0803_robocze_bsas-562.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-562.jpg" alt="0803_robocze_bsas-562.jpg" /></a></p>
<p>Janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Leniuchowanie]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=106</link>
<pubDate>Fri, 21 Mar 2008 04:44:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=106</guid>
<description><![CDATA[19 marca - środa. To z założenia dzień leniuchowania dla mnie i Joanny (Aldona i Arnaud jak zwyk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>19 marca - środa. To z założenia dzień leniuchowania dla mnie i Joanny (Aldona i Arnaud jak zwykle 4 albo 6 godzin lekcji).  Rano zjedliśmy wszyscy śniadanie w The Coffee Store. Dość niesamowite jak personel w większości miejsc w Buenos chodzi w prawo i w lewo bezradnie popatrując wzajemnie na siebie i klientów, ledwie radząc sobie z obsługą. Oczywiście nie ma sensu się złościć bo oni są mili i starają się, tyle tylko, że  naprawdę, naprawdę nieporadnie. Wiele dorosłych osób ma też zabawnie dziecięco-labilny tryb kontaktu.  Ktoś rozmawia z tobą na jakiś ważny temat (np. próbujecie się umówić na spotkanie), aż tu nagle przechodzi ktoś znajomy, z którym trzeba wymienić cmoka w policzek i możesz zostać zapomniany z tym umawianiem się już na zawsze, bo ten nowy kontakt angażuje bez reszty (oczywiście angażuje do czasu kiedy twój dawny inerlokutor nie dostanie sms-a, który przekieruje jego uwagę w jeszcze inną stronę...).</p>
<p>Aldona z Arnoud na zajęcia, a my z Wojtkiem w ramach leniuchowania do pobliskiego  muzeum sztuki współczesnej - Malba (www.malba.org.ar)</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-516.jpg" title="0803_robocze_bsas-516.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-516.jpg" alt="0803_robocze_bsas-516.jpg" /></a></p>
<p>Muzeum zostało założone przez prywatną osobę i ma niezbyt wielką kolekcję - ale moim zdaniem niezwykle komunikatywnie dobraną.  Niejako "w pigułce"  stałą wystawę 20 wiecznej sztuki latynoamerykańskiej. Oprócz tego wystawy czasowe (goszczą tam również czasem polskich twórców). Niestety niczego nie można fotografować (ale brak odpowiednich oznakowań). Zamieszczam tu jedyne moje nielegalne zdjęcie wykonane zanim poinformowano mnie o zakazie.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-518.jpg" title="0803_robocze_bsas-518.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-518.jpg" alt="0803_robocze_bsas-518.jpg" /></a></p>
<p>Wycieczka do Malby okazała się nadspodziewanie przyjemna zarówno rodzinnie jak i  intelektualnie za co specjalne podziękowania naszemu synowi - inicjatorowi przedsięwzięcia.</p>
<p>Później pizza w ulubionym Romario. Tu jest znakomita obsługa. Pod koniec lunchu zaczęliśmy czuć, że coś "się dzieje". Trudno było wstać od stolika, nogi coś ciężkie (nie piliśmy wina więc tym bardziej dziwne). Po drodze do domu zakupy spożywcze w małym supermarkecie. Przy okazji zobaczyliśmy jak fajnie przygotowują na miejscu ananasa. Wybierasz sobie ananasa (my na węch). Dajesz go pani w białym fartuszku, a ona wielkim nożem obcina go z obu stron, a następnie wkłada do sporego urządzenia (wielkość średniego telewizora), robi puufff, i podaje ci przepiekny ananasowy walec ze śladami poplastrowania i otworem w środku (czyli dostajesz bardzo grubościenną rurę pociętą w plastry). Nieczęsto jem świeże ananasy więc trudno mi o porównania ale powiem, że ten okazał się aromatyczny i smakowity jak rzadko. Odkryliśmy też za 1/3 ceny warszawskiej wyśmienite lody Haagen-Dazs. Jeśli Kasiu Z. to przeczytasz to wiem, że ślinka ci nabiegnie. I słusznie. Jak zwykle wyjątkowe. Gdy wracaliśmy z zakupami (w pośpiechu z powodu lodów - przypominam, że tu wciąż niemal 30 st.C) znowu poczuliśmy, że "coś się dzieje". W domu rozpakowaliśmy zakupy i każde z nas gdzieś na chwilę sobie przysiadło dla odpoczynku i ... po godzinie obudził nas podzwrotnikowy sztorm. Pamiętam tylko raz w życiu taki spadek ciśnienia. Gdy przed laty kanadyjkowałem po Czarnej Hańczy, zanosiło się na burzę, a ponieważ Wojtek był wówczas dzieckiem postanowiłem zatrzymać się i rozłożyć namiot. Obaj usnęliśmy w środku dnia w ubraniach i kaloszach podczas robienia kanapek na obiad. Tu w Buenos, Joanna sennym głosem spytała się mnie: "czy nie niepokoi cię ten wiatr?". Wystawione na ulicę worki pełne śmieci latały na wysokość pierwszego pietra, a drzewa wyglądały jakby były z gumy ciągniętej w każdą stronę na raz przez zastępy szalonych duchów. "Nie" - odpowiedziałem sennie i rymsnąłem na bok na kanapę. Obudziliśmy się gdy był już czas zbierać się na milongę do El Beso i tylko lało. Na taksówki czekaliśmy po raz pierwszy w Buenos chyba z 10 minut. Najpierw pojechały "dziewczyny" - przecież i tak musieliśmy udawać, że nie jesteśmy razem. Później my we trzech (Wojtek chciał zobaczyć jak wygląda tradycyjna milonga). Na miejscu okazało sie, że znowu dostały jeden z najlepszych stolików - pierwszy rząd w środku linii (widoczne na zdjęciu wystawione zalotnie nogi należą do Aldony siedzącej po prawej ręce Joanny).</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-527.jpg" title="0803_robocze_bsas-527.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-527.jpg" alt="0803_robocze_bsas-527.jpg" /></a></p>
<p>My jak zwykle wylądowaliśmy w najczarniejszym męskim kącie. Musiałem "polować" z pozycji baru (zatłoczonego przez innych nieszczęśników ale w większości miejscowych). Arnaud trochę z uporu, a trochę jak myślę ze zrezygnowania polował od stolika - bezskutecznie (wyłączając nasze panie, które łaskawie z nami tańczyły czasem). Mnie udało się zatańczyć z jakąś Włoszką i Słowaczką. Dla Argentynek jak zwykle byłem przeźroczysty (tylko jedna - za co jej byłem wdzięczny - nie zignorowała mnie tylko subtelnym ruchem oczu i drgnieniem głowy (tak aby nie nastrzelać mi obciachu) odmówiła. Gdyby ktoś się pytał to mam dość argentyńskich milong. Na zdjęciu - tańczymy z Asią.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-534.jpg" title="0803_robocze_bsas-534.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-534.jpg" alt="0803_robocze_bsas-534.jpg" /></a></p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Znowu jedzenie i buty i lekcje tanga...]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=99</link>
<pubDate>Thu, 20 Mar 2008 06:09:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=99</guid>
<description><![CDATA[18 marca - wtorek.
Poranne płatki z jogurtem w domu. Coraz bardziej brakuje mi przyzwoitej kawy. Tu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>18 marca - wtorek.</p>
<p>Poranne płatki z jogurtem w domu. Coraz bardziej brakuje mi przyzwoitej kawy. Tu mają mały wybór i specyficzny smak.</p>
<p>Poszliśmy do lokalnego centrum handlowego żeby odebrać pierścionek i może kupić jakieś t-schirty i tp. dla Joasi i Wojtka bo upał załatwia przynajmniej dwie zmiany dziennie (nie licząc ewentualnych lekcji tango, milong itp). Ja mam ze sobą z Warszawy dwa tuziny koszulek i ponad tuzin koszul więc wystarcza mi pralnia. Niestety pierścionek tym razem okazał się za duży. Ale to żaden problem (jak wszystko w Buenos) - teraz po prostu go pomniejszą i już. Przeszukanie sklepów z ciuchami. Wojtek poszedł swoją drogą zwiedzać Buenos, a my w kierunku butów (wciąż mamy zobowiązania wobec przyjaciół no i sami też byśmy chętnie coś jeszcze dla siebie).</p>
<p>W międzyczasie poczuliśmy porę wczesnego lunchu. Ponieważ uwielbiam lokalne narożne restauracyjki wybraliśmy najbliższą z szaloną różową elewacją.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-496.jpg" title="0803_robocze_bsas-496.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-496.jpg" alt="0803_robocze_bsas-496.jpg" /></a></p>
<p>Kilka osób majaczy w środku przez dość brudne szyby (to niezły znak), naciskamy klamkę - zamknięte. Zaglądamy przez jakieś czystsze miejsce (pewnie ktoś się ostatnio tam oparł ramieniem) i widzimy, że jakiś niesamowicie latynosko wyglądający facet, z czarnymi mokrymi od żelu włosami zaczesanymi nad ramiona, w malowniczo białej rozchełstanej koszuli z zawiniętymi rękawami, w czarnych spodniach i z szerokim pasem powolnym krokiem zmierza do drzwi i otwiera je kluczem. Pół na migi, a pół po hiszpańsku pytamy trochę głupkowato czy otwarte, na co on - na pół tarasując sobą drzwi - bez żadnego gestu mogącego wskazywać na zaproszenie - chrapliwą, głęboką hiszpańszczyzną mówi że przecież widać, że otwarte. Gdybym był sam pewnie bez słowa bym odszedł. Umiem zrozumieć kiedy jakiś "macho" sugeruje mi żebym poszedł swoją drogą ale Asia gibkim unikiem ominęła faceta i popędziła ku malowniczemu stolikowi między barem a oknem. Gość bez wahania ale z wyraźnym tangowym kisielem w ruchach cofnął się pół kroku abym mógł przecisnąć swój brzuch przez szparę między drzwiami a futryną. Usłyszałem za sobą kliknięcie przekręcanego klucza i zrobiło mi się nieco nieswojo. Stolik, który nam się podobał był czymś w rodzaju "mostka kapitańskiego" z którego nasz piękny "Banderas" zarządza "sprawami". Od razu dodam, że nie wnikam co to za sprawy, nie interesuje mnie to i uważam, że każdy może mieć własne sprawy i nikt nie powinien się nimi interesować bez wyraźnego zaproszenia i nic nie rozumiem po hiszpańsku, a gdybym coś zrozumiał - co oczywiście jest niemożliwe - to i tak mam fatalną pamięć i nie byłbym w stanie nic z tych spraw zapamiętać. Zostaliśmy poproszeni o zajęcie innego stolika co skwapliwie uczyniliśmy. Na tym etapie zrozumieliśmy, że jesteśmy w unikatowym miejscu. Cały lokal obdrapany, mocno brudnawy (z wyjątkiem lśniących czystością stolików z białymi materiałowymi serwetkami na talerzykach), wyposażony w rzeczy przypadkowe i mające swoją długą historię pełną przeprowadzek, upadków a może i wypadków.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-490.jpg" title="0803_robocze_bsas-490.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-490.jpg" alt="0803_robocze_bsas-490.jpg" /></a></p>
<p>Jednocześnie czuć i nosem i intuicją, że dla kogoś to miejsce jest centrum świata i spraw (odnośnie spraw - patrz wyżej), jest jakimś przedłużeniem Domu, Rodziny... Można tu więc dobrze zjeść jak w domu, mieć też swoje intymne domowe życie i dlatego drzwi zamyka się na klucz kiedy jest "otwarte". Ostatecznie przecież w dzisiejszym świecie wścibstwa i przemocy zamykamy nasze domy choć otwieramy je dla domowników i gości ale gdy wejdą do środka znowu zamykamy zamek. Podszedł kelner i dał nam menu. Grzecznie ale bez cienia uśmiechu czy służalczości. Jeszcze niepewni, uzgodniliśmy między sobą, że zostajemy. Joasia wzięła rybę, ja "befe de lomo" (czyli polędwicę) oprócz tego dużo sałaty "completa", małą butelkę lokalnego białego wina (upał, ryba i spodziewana chuda wołowina dały sie tak pogodzić), dużo wody. Skądś dolatywał chwilami niezbyt przyjemny dla mnie zapach pewnego zioła zwanego zielem. Jedzenie okazało się świetne. Sałata świeża i wieloskładnikowa: sałata, pomidory, marchewka, buraki, słodka cebula i coś tam jeszcze. Ryba w postaci cienkiego pachnącego morzem fileta panierowanego smakowitą bułeczką. Polędwica olśniewająca. 3-4 centymetrowy kotlet bez grama tłuszczu, soczysty, delikatny, półkrwisty, niemal rozpływający się w ustach, smakowicie mocno przyrumieniony ale bez żadnego przypalenia. Gdy powoli go żułem czułem w dziąsłach to szczególne swędzenie biorące się z delikatnego "skrzypienia" pod zębami dobrej polędwicy. Minimalnie osolona i bez innych przypraw. Poezja. Na koniec espresso. Gruba warstwa kawowej gęstej pianki. Najlepsze jakie piliśmy w Buenos. Właściwie jak znakomite włoskie (tylko z tą charakterystyczną miejscową wytrawnością). Wszystko razem około 50 peso.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-495.jpg" title="0803_robocze_bsas-495.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-495.jpg" alt="0803_robocze_bsas-495.jpg" /></a></p>
<p>Zapłaciliśmy zostawiając 10% napiwku ze szczerym podziękowaniem. Tym razem już tylko kelner - nie Banderas - przekręcił klucz aby nas wypuścić i za nami. Jeśli będziecie w Buenos wybierzcie się do Parrilla "San Cayetano" na róg Sanchez de Bustamante na odcinku numeracji 1900-1800.<br />
Tak wzmocnieni mogliśmy udać się do słynnego sklepu z butami do tanga - Comme il Faut (Arenales 1239). W głębi bramy z różnymi butikami lokal "M". Dla klientów dostępny pokój około 18-20 m2 z kilkoma miejscami do siedzenia. Żadnej wystawki. Młode sprzedawczynie pytają cię o numer buta i przynoszą najpierw kilka par których chyba nikt nie kupił przez ostatnie 3 lata. Jeśli jesteś grzeczna - przymierzysz, uśmiechniesz się itd - masz szansę zobaczyć kilka innych par. Jeśli wskażesz na buty, które przymierza inna klientka, z rozdrażnieniem wytłumaczą ci (oczywiście po hiszpańsku choć klientkami są same turystki), że ten fason w twoim numerze nie występuje. Jeśli podejrzysz, że jednak na tamtym pudełku (tej innej klientki) jest twój numer nie waż się zwracać na to uwagi - za karę możesz już niczego nie zobaczyć, a jeśli tamta nie kupi to masz swoją szansę, że pokażą ci jej buty dla ciebie. Terrrrrorrrr. Po długich upokarzających umizgach udało się Joasi kupić dwie pary dla przyjaciół i jedną dla siebie.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-499.jpg" title="0803_robocze_bsas-499.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-499.jpg" alt="0803_robocze_bsas-499.jpg" /></a></p>
<p>Następnie jazda do krawca odebrać "pantalones" czyli w tym wypadku zamówione spodnie do tanga. To tylko miara. OK będą na wieczór. Niestety wieczorem okazało się, że są ale z niewiadomego powodu część z nich nie ma szlufek do paska. "My Friend Miguel" twierdzi że tak jest lepiej ale ja upieram się. Spodnie ze szlufkami będą "maniana".</p>
<p>Następnie do "zagłębia" butów do tanga na ulicę Suipacha w okolicach nr 200-300. Jest tam co najmniej 5 sklepów i niższe ceny niż w tych "najlepszych". Między innymi Darcos Tango (www.darcostango.com).</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-501.jpg" title="0803_robocze_bsas-501.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-501.jpg" alt="0803_robocze_bsas-501.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-500.jpg" title="0803_robocze_bsas-500.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-500.jpg" alt="0803_robocze_bsas-500.jpg" /></a></p>
<p>Oglądamy tylko po łebkach bo zaraz mamy lekcję u Fernando i Vilmy - będziemy musieli tu wrócić. Na lekcji oczywiście tematem jest prowadzenie ale na przykładzie boleo. U nich boleo prowadzi sie robiąc partnerce piwot dokładnie w osi (bez żadnego wychylania, gięcia sie itd), a następnie ten piwot kolistym ruchem całego ciała stanowczo choć delikatnie dokręca. Tak jak w każdej innej akcji prowadzący musi być wyraźnie na jednej nodze, a drugą mieć wolną. Trochę filmujemy. Później mamy zajęcia grupowe (w Święta chyba zrobię wreszcie jakieś podsumowanie tych lekcji). Joasia w przerwie między zajęciami odwiedza sklep Tango Brucho (Esmeralda 754) i kupuje zwykłe dżinsowe buciki.</p>
<p>Wieczorem jesteśmy umówieni z A&#38;A na kolację do "naszej rybnej" Nemo. Nie chcę zanadto ciągnąć opisów jedzenia ale znowu było świetnie. Wzięliśmy na kilku wspólnych talerzach 6 gatunków ryb oraz przekąski w postaci krewetek, kalmarów i ośmiorniczek. Ośmiorniczki i kalmary były wyjątkowe bo nie tylko świetnie przyrządzone z czosnkiem i jakąś tajemniczą drobno siekaną zieleninką (na pewno nie kolendra i nie bazylia i niemal na pewno nie natka pietruszki) to jeszcze wyjątkowo mięciutkie. Krewetki były smaczne (ale sam robię je lepiej). Ryby znakomite jak poprzednio - delikatne, świeżutkie, pachnące wodą (a nie sklepem rybnym), soczyste. Sałata. Wino. Nie pamiętam czy pisałem już o tutejszym wyśmienitym białym winie - Ampakama szczep Viognier z Casa Montes. Najwyższa ocena poparta przez francuskie kompetencje Arnaud (nie będę rozpisywał się o orzechowych posmakach bo się na tym nie znam wystarczająco). Niestety mieli ostatnia butelkę i później piliśmy różowe Jean Rivier szczep Malbec z Jean Rivier. Na deser mieliśmy creme brule i espresso. Brule był smaczny ale o zbyt mało ścisłej konsystencji, zdaniem Arnoud też zbyt biały, a skorupka karmelu była co prawda udanie "skarmelizowana" ale nieco zbyt mało delikatna.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-508.jpg" title="0803_robocze_bsas-508.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-508.jpg" alt="0803_robocze_bsas-508.jpg" /></a></p>
<p>Później spać.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Upał]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=94</link>
<pubDate>Tue, 18 Mar 2008 14:51:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=94</guid>
<description><![CDATA[17 marca - poniedziałek.
Upał. Od rana gorąco - niemal 30 st C w cieniu i duża wilgotność. Po ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>17 marca - poniedziałek.</p>
<p>Upał. Od rana gorąco - niemal 30 st C w cieniu i duża wilgotność. Po wyjściu spod prysznica człowiek już nie wysycha. Nie wysycha. Nie do wieczora. Po prostu nie wysycha.</p>
<p>Joasia ma się lepiej ale z rana została w domu. My z Wojtkiem wybieramy się na śniadanie do The Coffee Store gdzie jesteśmy umówieni z A&#38;A. Jemy rogaliki, popijamy kawę i planujemy dzień. Lubię to słonawo-słodkawe połączenie "stostowanych" rogalików przełożonych żółtym serem i szynką. Espresso z Ethiopian Harrar jak na tutejsze warunki jest wyśmienite. W Europie w wielu miejscach podają lepszą kawę (a przynajmniej taką, która mi bardziej smakuje). W Argentynie kawa zazwyczaj jest nadmiernie wytrawna jak na mój gust. A często sprawia wrażenie niemal przepalonej. Po śniadaniu wybieramy się do lokalnego centrum handlowego w sprawie zakupów u Diora. Arnaud znajduje coś fajnego dla siebie, a Wojtek jest zawiedziony bo wszystkie "garniaki" są oględnie mówiąc zbyt klasyczne na jego gust. Probuję odebrać Asiny pierścionek po jego przeróbce ale nikt w sklepie nie rozumie o co mi chodzi. Muszę tu wrócić z Asią jako tłumaczem i posiadaczem kwitka. Dalej: Wojtek idzie swoja drogą, a my we trójkę idziemy przez miasto w kierunku sklepów z butami, do których chcą zajrzeć A&#38;A. Po drodze szukamy jakiegoś kantoru, żeby Aldona mogła płacić gotówką (co jest najkorzystniejsze) ale kantory są tu niemal tajne i zdecydowanie ukryte. Polecam nam zapytanie policjanta, a ten uprzejmie prowadzi nas na drugą stronę ulicy, wciska dzwonek na futrynie jakiś zwykłych drzwi i już możemy zrobić wymianę.</p>
<p>Teraz, po przejściu 10 kwartałów w poszukiwaniu sklepu z tangowymi butami "Raquel" (www.raquel-shoes.com) lądujemy pod adresem Arenales 1974. Klatka schodowa jak tysiące innych i pewnie gdyby ktoś przypadkowy nie powiedział nam (widząc nasze zamieszanie), że tango shoes to trzeba wcisnąć trzecie piętro nie wiedzielibyśmy co zrobić. Winda prowadzi wprost do mieszkania, w którym jest wystawionych kilkadziesiąt męskich i damskich modeli. Aldonie tylko jedne się podobają ale nie ma jej rozmiaru.</p>
<p>Wykończeni upałem i długim w tych warunkach aż półtorakilometrowym spacerem siadamy napić sie wody. Trudno mi sobie wyobrazić przeżycie tego dnia z jakąs inną aktywnością niż wysiłek włożony w oddychanie i bicie serca. Wsiadam w taksówkę i jadę na indywidualną lekcję z Vilmą, gdzie mam nadzieję zastać już Asię. Vilma jak zwykle absolutnie urocza, pogodna, dowcipna i skrupulatna (a do tego w tej duchocie w ogóle się nie poci!). Znowu, postawa, kroki, prowadzenie - basic. Tym razem wydaje mi się bardziej spójna z przekazem płynącym od Fernando. Co chwila "popiskuje" gdy tylko wytrącam ją z osi. Nie ma lepszego sposobu wrócenia do pionu - przecież nikt nie chce okrutnie zamordować uroczej myszki. Idzie nam chyba coraz lepiej. Zaraz potem półtorej godziny zajęć grupowych. Nie wiem jak Fernando i Vilma to robią ale przy zmiennym składzie grupy to wszystko wciąż ma sens. Zawsze zaczynają od techniki - chodzenie, postawa, piwoty, zmiany kierunku w ruchu i tp., a później dobierają jakąś prostą sekwencję, na której my ćwiczymy właśnie tę technikę, a oni chodzą i korygują. Dużo zmian w parach. Czasem coś sami pokazują (ale bez żadnych wystrzałowych efektów tylko z niesamowitą precyzją). Jest bardzo miło. Niemiec, który ostatnio rzucił się Vilmie do nóg i na nią krzyczał nie przychodzi już na zajęcia.</p>
<p>Po lekcjach staramy się do jechać na spotkanie z Wojtkiem - chcemy z nim coś zjeść, a także zobaczyć czy coś sobie wybrał z ubrań w znanym centrum handlowym "Abasto" (przy stacji metra C. Gardel). Taksówka stoi w smogu, więc wychodzimy z niej i dojeżdżamy metrem. Temperatura w kolejce jest bliska piekielnej.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-478.jpg" title="0803_robocze_bsas-478.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-478.jpg" alt="0803_robocze_bsas-478.jpg" /></a></p>
<p>Idziemy zjeść mały lunch do "porządnie" wyglądającej włoskiej restauracji - Pertutti.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-477.jpg" title="0803_robocze_bsas-477.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-477.jpg" alt="0803_robocze_bsas-477.jpg" /></a></p>
<p>Nie znoszę takich miejsc, które wyglądają jakby nie miały właściciela, a więc jakby nikt nie odpowiadał za jakość. Ale jest tuż obok, bardzo czysto wygląda a w środku faceci w garniturach kończą swój biznesowy lunch. Silnym sygnałem ostrzegawczym jest podanie jako "czekadełka" serka topionego (!). Joasia bierze łososia z rusztu, a ja pastę (a konkretnie spagetti) z owocami morza. Łosoś jest przypalony i trocinowaty bo robiony z mrożonki i przegrillowany. Mój makaron jest jakąś kleistą papą, a i z całą pewnością te rozgotowane kluchy to nie spagetti. Na wierzchu dla ozdoby jedna muszla (bez jadalnej zawartości) i jedna wielka krewetka w całości (nie sprobowałem jej w tym kontekście). Reszta to mazia o nieprzyjemnym jednolitym absmaku. Myślę, że nie dam rady mimo głodu. Po kilku widelcach Joasia stawia na baczność kelnera i głosem nieznoszącym sprzeciwu przywołuje kierownika sali (chyba po raz pierwszy w jej życiu, bo to ja jestem specjalistą od regulowania jakości usług). Następnie bez podnoszenia głosu ale z mocą maszyny parowej (ciśnienie wyraźnie wychodzi jej już uszami) oświadcza, że łosoś jest źle zrobiony i przypalony ale przynajmniej jest... łososiem natomiast to ... * jest niezgodne z zamówieniem: z pewnością nie jest to spagetti i na pewno nie jest jakimkolwiek makaronem aldente i za to ... * nie zapłacimy. Kierownik w 15 sekund przyniósł rachunek bez wliczonego mojego pseudomakaronu.</p>
<p>W Abasto zjadamy po rogaliku, wypijamy jakiś sok, wodę i idziemy z Wojtkiem do Diora. Trudno uwierzyć ale jest jeden garniak uszyty jakby specjalnie dla naszego syna - idealnie leży ale co więcej jest połączeniem odwiecznej klasyki i młodzieżowej nowoczesności. I do tego relatywnie naprawdę tani. Wojtkowi bardzo się podoba ale aby uniknąć zobowiązań wobec nas, z obojętną miną przypomina, że rzadko chodzi w garniturach (co sugeruje, że nie będziemy mogli wymóc w przyszłości aby ubrał się w niego "na imieniny cioci" jeśli akurat nie będzie miał nastroju). Bierzemy. I jesteśmy dzielni bo nie dajemy już obsłudze wcisnąć koszuli, krawata, skarpetek, paska, majtek, chusteczki do butonierki i butów ani nawet spinek do mankietów.</p>
<p>Teraz powrót do tangowych potrzeb. Zaglądamy do sklepu vis a vis - Artesanal - gdzie królują koty, niskie ceny i wygoda dla stóp.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-484.jpg" title="0803_robocze_bsas-484.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-484.jpg" alt="0803_robocze_bsas-484.jpg" /></a></p>
<p>Z damskich bucików niestety nic nie było odpowiednie dla Joasi. Mnie męskie modele zwyczajnie się nie podobały (choć bardzo komfortowe w noszeniu), a zresztą postanowiłem już nie kupować butów dla siebie (lubię tańczyć w tangowych tenisówkach), chyba żebym zobaczył coś wyjątkowego, naprawdę wyjątkowego. Chcę już wyjść i oto, kątem oka na półce z "resztkami", widzę kształt niespotykany, wyjątkowy, elegancki, stylowy. Kształt kojarzący mi się z jakąś włoską sportową limuzyną z lat 30. Kolor brązowo malinowy, obcas wielowarstwowy skórzany jak eleganckie słoje szlachetnego drewna. Wykończenia wężową skórą. Żadnych wiązań, gumek itp - ekskluzywne wsuwane buty na miarę. Są w jednym egzemplarzu. Mierzę i ... odrobinę za długie ! Przekładam wkładkę ze swoich Eco i nic - tylko ciasno ale długość ta sama. Pół numeru (a może i cały numer bo od upału jestem przecież podpuchnięty). Nie, nie mają innego egzemplarza i nie będą mieli. Są idealnie wygodne! Marzenie, ale 42 a nie 41,5. Gdyby były sznurowane (co oczywiście dawałoby im bardziej zwyczajny wygląd) nie zastanawiałbym się ani chwili ale to wsuwki i lata mi pieta... Pamietam jak miałem 4-5 lat i pomieszkując u babci czekałem pewnego popołudnia na film w czarno-białym telewizorze "Myszka Miki" Disney'a. To były czasy jednego programu TVP, drewnianych klocków, zabaw patykiem w kałuży i nawet gry w kapsle jeszcze nie wymyślono. Istniało też przekonanie, że dzieci powinny drzemać w dzień. Obiecano mi, że ja zgadzam się na drzemkę, ale zostanę obudzony na Myszkę Miki. Wobec takiego kontraktu szybko zasnąłem, ale "dla mojego dobra" bo "tak słodko spałem" nie obudzono mnie na czas. Mój świat niemal runął gruzach. Nie byłem w stanie uwierzyć w to co się stało. Podobnie z tymi butami. Od dzieciństwa nie czułem takiego zawodu. Dalszy ciąg dnia nie miał już żadnego sensu. Jeszcze gdzieś byliśmy, coś jedliśmy ale to wszystko już bez znaczenia...</p>
<p>janusz</p>
<p>* trójkropek w tekście nie oznacza tu żadnego brzydkiego słowa, a jedynie delikatny Joasiny przydech takie słowo sugerujący.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Słów kilka o niedzieli]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=93</link>
<pubDate>Mon, 17 Mar 2008 05:41:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=93</guid>
<description><![CDATA[16 marca - niedziela.
Noc z poważnym kryzysem  przeziębieniowym Asi. Rano biegnę do apteki (Joas]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>16 marca - niedziela.</p>
<p>Noc z poważnym kryzysem  przeziębieniowym Asi. Rano biegnę do apteki (Joasia znalazła w Internecie spis aptek dyżurnych w Buenos) po jakiś inhalator, który mógłby ułatwić Asi przeżycie. Znowu brak hiszpańskiego okazuje się  nielada przeszkodą. Tylko wyjątkowa jak na Joasię zapobiegliwość pozwoliła mi dokonać odpowiedniego zakupu. Dyżurna apteka oczywiście zamknięta. Jest okienko jak w polskich aptekach dyżurnych ale przez okienko tu się nie rozmawia, a jedynie przyjmuje pieniądze i wydaje leki. Nie rozmawia się to znaczy to co czytasz: po prostu personel cię przez otwarte okienko nie słyszy i nie widzi - jesteś "aires", jesteś powietrzem tak jak na milondze w oczach Argentynki z pierwszej ligi tangowej dopóki nie oceni cię w tandzie z inna partnerka. Tyle tylko, że tu nie ma jak sie pokazać. Trzeba skierować się za długą strzałką, podejść do trzeszczącego domofonu i bez kontaktu wzrokowego - w którym mógłbyś gestykulować czy robić uroczo bezradne miny - głośno i wyraźnie (jak do mojej mamy) powiedzieć o co ci chodzi. Oczywiście angielski nie działa. Ale przezorna Asia napisała mi ze słownikiem w ręku kilka słów po hiszpańsku. Czytam je więc w dość przypadkowej kolejności: "duży, bardzo proszę, nie, nos, lekarstwo, oddychać, trzeba, bardzo proszę ..." . W odpowiedzi słyszę minutowe przemówienie jak mi się wydaje zakończone pytajnikiem. Więc robię co mogę ale już sprawniej mi się czyta (jestem nieco dyslektyczny więc to w ogóle problem): "trzeba nos duży bardzo proszę lekarstwo nie oddycha..." (albo coś podobnego). I na wszelki wypadek dodaję: "nie hiszpański". Cisza. Po chwili widzę kontem oka, że ktoś otwiera okienko, i przywołuje mnie wdzięcznym latynoskim władczym gestem z głośnym strzałem z palców. Miły młody facet, rozglądając się uważnie czy to aby nie podstęp i czy go ktoś przez to okienko zaraz nie wyciągnie w celu uzyskania okupu w  postaci działki narkotycznych leków po kolejnym kwadransie dyskusji wydaje mi krople i inhalator. Mój mały sukces tego ranka. Inny sukces to pozyskanie kolejnej godziny życia w związku z przestawieniem czasu na zimowy (brzmi to głupio w kontekście 28 st. C).</p>
<p>Leki niemal od razu sprawiają jakąś ulgę. Jemy śniadanie. Po śniadaniu Ja zasiadam do bloga, Asia wreszcie się przesypia, a Wojtek idzie z A&#38;A zobaczyć kolejne cuda Buenos.  Około 17 wyskakuję na sałatkę i kanapkę (oraz po kanapkę dla Asi) do The Coffee Store. Robią tam z ciemnego pieczywa fajną kanapkę z mazistym pleśniowym serem, rucolą i mieszaną sałatą oraz z "sercem palmy". Wytrawna, smakowita i świeża. Trzeba ją tylko jeść nożem i widelcem bo inaczej się rozpada.</p>
<p>Około 18 spotykamy się aby pojechać we trójkę (A&#38;A i ja) na milongę do Plaza Bohemia.  Udajemy, że jesteśmy oddzielnie. Aldona ląduje w środku strefy dla "Pań z drugiej ligi" tangowej, a my z Arnoud w kącie przy kiblu. Mamy co prawda wystawkę pań na przeciwko po skosie ale to "pierwsza liga" dla której nie istniejemy. Jestem pewien, że moglibyśmy zrobić na ich oczach harakiri, a ich godność osobista nie pozwoliłaby  tego dostrzec. Przez dwie godziny wgapiamy się w nie probując złapać jakieś spojrzenie. Całkowicie bezskutecznie. Po prostu tylko nam się wydaje, że istniejemy. Arnaud śledzi linie wzroku faceta, który siedzi po jego prawej stronie (tam zaczyna się pierwsza liga męska) ale nie odkrywa jak facet to robi, że ciągle tańczy. Zaczynam się zastanawiać czy aby nie zacząć rzucać papierowymi kulkami lub strzelać z procy. Coraz poważniej wracamy do pomysłu laserowego wskaźnika konferencyjnego.  Jednocześnie nie do uwierzenia ale Aldona mimo słabego miejsca i braku okularów (co utrudnia jej widzenie czy jest proszona, czy może proszą sąsiadkę) tańczy co chwila (i tylko dwie tandy z Arnoud). Wreszcie na kwadrans przed naszym wyjściem wyrywa mnie blondynka w średnim wieku (wyciągnęła szyje jak żyrafa i mrugała oczami jak szalona). Okazało się, że jest Kanadyjką, a jej babcia była Polką. Miła tanda i wyjątkowo mogliśmy rozmawiać, choć głownie o tym, że oboje nie rozumiemy dlaczego Argentyńczycy tyle gadają wokół tańca.</p>
<p>Zaraz potem do domu, gdzie czekał na nas Wojtek, z którym byliśmy umówieni na pójście na argentyńską wołowine do Anastasji (Bulnes esq. Cabello, Palermo).  Na wejście "szampan" Brut - zbyt mało delikatny. Kolacja bardzo smaczna, a Arnaud jako rodowity Francuz wybrał fajnego argentyńskiego Malbeca - reserva. Ja z Aldoną wybraliśmy "ojo" (czyli "oko" wołowiny, a Wojtek i Arnaud krzyżową. Wszytko tak jak za pierwszym razem (soczystość, tłuszczyk itp)  tylko, że "ojo" bardzo delikatne. Jako strzemiennego podano nam lekki likier brzoskwiniowy (moim zdaniem umiarkowanej jakości tak zresztą jak i espresso). Wziąłem jeszcze sałatkę do domu dla Joasi.</p>
<p>Zrobiła się północ i postanowiliśmy podjechać na dwie godzinki do El Beso. Ku naszemu zdumieniu nie zostaliśmy w ogóle wpuszczeni z powodu panującego tam dziś tłoku. Nie pomogły tłumaczenia, że będziemy stać przy barze i nie potrzebujemy stolika. Nie i już.</p>
<p>Powrót do domu, a jutro rano jesteśmy umówieni na kawę w The Coffee Store i zakupy u Diora. Później lekcje.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kryzys]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=83</link>
<pubDate>Sun, 16 Mar 2008 19:40:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=83</guid>
<description><![CDATA[15 marca - Sobota. Asia coraz bardziej zaziębiona. Przeżywa też tangowy kryzys, któtemu wyraz da]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>15 marca - Sobota. Asia coraz bardziej zaziębiona. Przeżywa też tangowy kryzys, któtemu wyraz daje w poście "Krzyk rozpaczy ...". Ja zresztą też mam swoją zapaść tangową. Trudno mi się pogodzić że droga do kroku do przodu zaczyna się od kilku kroków w tył. Przestajemy słuchać muzyki w domu.</p>
<p>Wybieramy się z Wojtkiem zobaczyć Recoleta - elegancką część miasta. Mieści się tam bardzo szczególny cmentarz Cementerio de la Recoleta - odpowiednik warszawskich Starych Powązek w części dla zasłużonych. Dodatkowo w soboty w okolicy Placu Francuskiego jest tam coś w rodzaju jarmarku z rękodziełami miejscowych rzemieślników - "obowiązkowe" miejsce dla turystów. Jarmark okazuje się kompletnym niewypałem. Stoiska z najbardziej paskudnymi "pamiątkami", o których jedna nasza przyjaciółka powiedziałaby pewnie: "nawet bym tego końcem kijka nie dotknęła..." . Kilka stoisk z tangowymi fotkami o zadziwiająco niskim poziomie amatorszczyzny, jakieś grafiki i "obrazy" w absolutnej większości poniżej kiczu z krakowskiej czy warszawskiej starówki. Zamieszczam tu zdjęcie stanowczo wyróżniających się na plus prac i ich autorki.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-408.jpg" title="0803_robocze_bsas-408.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-408.jpg" alt="0803_robocze_bsas-408.jpg" /></a></p>
<p>W innym miejscu jarmarku mogliśmy przekonać się o ponadczasowości potęgi miłości. Długi rząd wróżek i wróżów, a wśród nich "Love Tarot" i niektórzy klienci chyba nie młodsi niż sama sztuka wróżenia z kart.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-416.jpg" title="0803_robocze_bsas-416.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-416.jpg" alt="0803_robocze_bsas-416.jpg" /></a></p>
<p>Można było też spotkać tam egzotyczną księżniczkę, a nawet nawiązać z nią miły kontakt.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-454.jpg" title="0803_robocze_bsas-454.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-454.jpg" alt="0803_robocze_bsas-454.jpg" /></a></p>
<p>Na tyłach tamtejszego muzeum mogliśmy też zobaczyć jak powstają dzieła współczesnych rzeźbiarzy argentyńskich.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-413.jpg" title="0803_robocze_bsas-413.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-413.jpg" alt="0803_robocze_bsas-413.jpg" /></a></p>
<p>Miejscowa komercyjna galeria też nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia choć przed wejściem do niej zostaliśmy otoczeni przez umundurowaną ochronę, która stanowczo zabroniła fotografowania czegokolwiek poza palmami stojącymi przed budynkiem. Na całe szczęście fotografia cyfrowa daje spore możliwości .</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-418.jpg" title="0803_robocze_bsas-418.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-418.jpg" alt="0803_robocze_bsas-418.jpg" /></a></p>
<p>Zadziwiające okazały sie ceny - po 4-7 tys peso za niewielki olej. Jestem pewien, że bardziej wzięci miejscowi malarze dopasowują format do standardu lotniczej walizki.<br />
Powiem wam co mi się rzeczywiście podobało na jarmarku w Recoleta. Obstawiamy, obstawiamy, obstawiamy... . Nie warto obstawiać i tak nikt by nie zgadł. Dzień był doprawdy bardzo ciepły, a słońce - jak to argentyńskie słońce - paliło. Zapragnęliśmy pić. Wszystkie ogródki gastronomiczne były do połowy zatłoczone, a w połowie puste. Tym większy tłok tam gdzie większy cień. Pustka tam gdzie praży słońce. Po kolejnym kwadransie było nam wszystko jedno czy woda, czy piwo czy cokolwiek innego mokrego. Ja zacząłem już nawet tęsknie spoglądać w stronę niewielkiej kałuży tworzącej się ze skroplin ściekających z jakiegoś klimatyzatora. I nagle udało nam się dopaść niewielki cienisty stolik. Niemal natychmiast pojawiła się bardzo miła kelnerka. Właściwie powinienem napisać "niestety bardzo miła kelnerka". Gdybyśmy byli w Polsce, to w tak turystycznym miejscu walnęłaby jakąś "cytronetą" w plastikowym jednorazowym kubku, skasowała dychę i już. Ale ta nie. Dysponowała niewyobrażalnym wyborem najbardziej wymyślnych napoi, koktaili, mokrych pianek przeznaczonych do siorbania, shakeów i wszystkiego tego co gasi pragnienie a wy nawet nie wiecie, że takie rzeczy istnieją. Niby dobrze ale nie całkiem. Jej bowiem profesjonalna duma i typowo argentyńska grzeczność nakazywały aby dogłębnie zbadać twoje tu i teraz potrzeby i żebyś podjął tę najwłaściwszą decyzję. Najwłąściwszą, a nie byle jaką. Ale jak tu się tak subtelnie skomunikować jeśli ona ni w ząb w tobie znanym języku a ty ni w ząb w jej znanym. Czuję, jak moje gardło goreje, dziąsła wysuszone upałem pieką, język za chwilę spuchnie i niczego już nie zdołam wyrazić werbalnie, a ona nie odpuszcza próbuje ustalić czy aby na pewno znasz już wielość możliwych wyborów, a zatem wielość możliwych rozkoszy i którą właśnie konkretną z nich wybierasz. Jeśli ktoś czuje sie zniecierpliwiony czytając ten przydługi opis to lepiej zrozumie jak ja się wówczas czułem. Tracąc już niemal przytomność uznałem, że jedyną szansą będzie wyrzucanie z siebie co chwilę "si signora, per fabore", "si signora..." licząc, że w jej grzecznym i pomocnym słowotoku wceluję w jakąś konkretną propozycję. Udało się! Wreszcie coś zanotowała i zwróciła się w stronę Wojtka. Ten jednak mądrze - korzystając z doświadczeń swojego ledwie żywego przodka siedzącego obok - po prostu poszedł z nią do baru i z pewną siebie miną szybko palcem wskazał o co mu chodzi kończąc tę niemą wypowiedź grzecznym "per fabore".</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-422.jpg" title="0803_robocze_bsas-422.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-422.jpg" alt="0803_robocze_bsas-422.jpg" /></a></p>
<p>Napój bogów, który widzicie na zdjęciu nie przypomina niczego co jest osiągalne w naszej pięknej ojczyźnie. To zmiksowane w odpowiednich proporcjach lodowate (na oko 4-5 st. C) owoce dobrane przez eksperta od gaszenia pragnienia. Zmiksowano je z pewną ilością równie lodowatej wody (mogłoby być to mleko, alkohol albo lody) z taką dynamiką, że powstała równomierna gęsta zawiesina z warstewką delikatnej pianki na górze. Efekt to interakcja składu i jakości owoców, temperatury i konsystencji uzyskanej przez rozdrobnienie i wpuszczenie maluteńkich pęcherzyków powietrza. Do picia podano zwykłą cienką słomkę co w pierwszej chwili - jako człowiek obeznany jakoś z gastronomią - uznałem za nieoptymalność. Nie miałem racji. Właśnie cienka słomka powodowała, że musiałeś włożyć pewien - niezbyt w końcu duży - wysiłek w gaszenie pragnienia (a wiadomo przecież, że jak coś za łatwo przychodzi to mniej jest cenione). Koktajl miał wyraźnie bardzo dużą pojemność cieplną (niewielkie jego ilości bardzo ochładzały) i gdyby ciągnąć go przez grubą słomkę do shakeów z pewnością zaziębienie gwarantowane. W mojej kompozycji było też niezwykle przyjemne to, że delikatnie "chrupała" pod zębami. Prawdopodobnie to efekt zmiksowanych gruszek, które często zawierają takie drobne twarde cząsteczki. Całość niemal nie słodka ale i nie kwaśna - po prostu orzeźwiająca.</p>
<p>Tak wzmocnieni udaliśmy się na cmentarz. Podobno - jak twierdzi Aldona - na Kubie są zbliżone w swoim charakterze cmentarze. Ja jednak niczego takiego wcześniej nie widziałem. Cmentarz który jest jakby miastem, a alejki ulicami utworzonymi przez przejścia miedzy ogromnymi grobowcami (wielopiętrowymi w górę i w dół) w stylach architektonicznych odzwierciedlających dekada po dekadzie historię Buenos od początki 19 wieku kiedy je założono.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-424.jpg" title="0803_robocze_bsas-424.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-424.jpg" alt="0803_robocze_bsas-424.jpg" /></a></p>
<p>Leżą tu najznamienitsze rodziny BsAs i Evita Peron (9 m pod ziemią aby trudniej było zbeszcześcić lub wykraść jej ciało).</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-440.jpg" title="0803_robocze_bsas-440.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-440.jpg" alt="0803_robocze_bsas-440.jpg" /></a></p>
<p>Przespacerowaliśmy się jeszcze kilkoma najbardziej eleganckimi ulicami miasta - oddają niegdysiejszą świetność Argentyny i dają nadzieję, że ten wspaniały kraj podźwignie się ze swojego kryzysu.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-457.jpg" title="0803_robocze_bsas-457.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-457.jpg" alt="0803_robocze_bsas-457.jpg" /></a></p>
<p>Teraz już w pośpiechu do domu. Wojtek był umówiony na wyjście na jakieś przyjęcie do miejscowych przyjaciół przyjaciół, a ja z Joasią. Pierwotnie mieliśmy zaplanowaną lekcję grupową u Fabiana ale w ramach kryzysu odpuściliśmy. Poszliśmy na kolację. A&#38;A spędzili dzień na maratonie zajęć z tango nuevo w DNI.</p>
<p>Przy okazji poszukiwania jakiegoś nowego miejsca, w którym moglibyśmy zjeść odkryliśmy przepiękny kawałek Palermo (Av Cervino na "wysokości" ok. 3000).</p>
<p>Restauracyjka, w której na koniec wylądowaliśmy okazała się bardzo Ok choć moim zdaniem nie stanie się kolejnym z ulubionych przez nas adresów. Pod koniec kolacji dojechali do nas A&#38;A i było bardzo miło. Z pewną satysfakcją (nie lubię nuevo) mogłem zobaczyć, że Arnaud ma wielkiego na dłoń krwiaka na łydce - efekt czyjejś pomyłki w dynamicznym tangowym kopniaku.</p>
<p>Joasine przeziębienie w coraz większym rozwoju.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pierwszy dzień w nowym składzie]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=78</link>
<pubDate>Sun, 16 Mar 2008 16:06:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=78</guid>
<description><![CDATA[14 marca
Wyspaliśmy się i pierwsze śniadanie w Buenos z naszym synem - Wojtusiem &#8230; no dobrz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>14 marca</p>
<p>Wyspaliśmy się i pierwsze śniadanie w Buenos z naszym synem - Wojtusiem ... no dobrze - z Wojtkiem - ostatecznie jest dorosły (niemal). Płatki śniadaniowe, a on jeszcze dodatkowo kanapki. Trochę leniuchowania i spotykamy się z Aldoną i Arnaud na lekkim lunchu w okolicznej lunchowni. Ja z Wojtkiem nacinamy się (ach ten hiszpański) na "salat Americana" z ryżu, szynki i jajek (niby OK ale kompletnie bez smaku), Joasia ma jakąś smaczną zieleninę, A&#38;A nic chyba nie jedzą tylko coś piją.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-373.jpg" title="0803_robocze_bsas-373.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-373.jpg" alt="0803_robocze_bsas-373.jpg" /></a></p>
<p>Po drodze do domu (mieszkamy obok siebie) odbieramy stertę prania. Aldona pyta się dlaczego pranie wydają przez otwór w "więziennej" kracie. Jak już pisałem, tu prane rabują tak jak brylanty u jubilera, pieniądze w banku itd. - proste. Za upranie spodni, około 20. t-shirtów, tygodniowej porcji skarpetek i majtek, 6. koszul z prasowaniem płacimy 24 peso! Później odkrywamy, że dodatkowo w ramach wynagrodzenia poszła reszta płynu do prania (pewnie 3/4 opakowania nie zwrócono nam) - tak czy inaczej to bardzo tanio. Zdaje się nic nie jest zniszczone. Jeszcze dodatkowo po drodze odebrałem spodnie z pralni "5 a sec" (dobrze znanej mi z Polski - to sieć "europejska"). Ponieważ to wielki biznes sieciowy zakładałem, że mają wystandaryzowane procedury, chemię itp. Niestety nie dość, że nie chcieli do prania przyjąć mi koszul (w Warszawie piorą koszule i robią poprawki krawieckie) to moje spodnie zostały przeżarte tym czymś czym je prali i dziś zaczęły rozpadać się w szwach... . Jeszcze próba wymiany pieniędzy na weekend w citibanku i kolejny raz bank odmawia, bo nie mamy tu u nich konta. Pokazuję swoją polską kartę Citi ale nic to ich nie obchodzi. Znowu lądujemy w jakimś kantorze. Po zastanowieniu wydaje się to chyba bez znaczenia bo znajomy opowiedział nam jak z bankomatu dostał kilkaset peso w fałszywych banknotach i bank nie wziął za to odpowiedzialności...</p>
<p>Rozstajemy się - my z Joanną na indywidualna lekcję do Fernanda, a oni na spacer gdzieś po okolicy. Niestety okazuje się, że taxi dziś nie jeżdżą do centrum miasta bo całe centrum jest "wykupione" przez jakiegoś amerykańskiego showmana, magika dusz - kaznodzieję. Facet zmontował telebimy, dał megakoncertowe nagłośnienie i sprzedał bilety około 1.000.000(!!!) odbiorców swoich mądrości. W związku z tym biegiem do metra (od nas to niezły kawałek drogi), a później z metra na lekcję (też kawałek). Niestety pogubiliśmy się w szalonym tłumie i najpierw popędziliśmy w całkiem inna stronę. Spóźnieni 15 minut, zasapani i zlani potem pół zajęć uspokajaliśmy tętno i siebie nawzajem. Fernando nawet w którymś momencie spytał się mnie czy muszę mieć minę jak mafiozo czy jednak mogę się rozprężyć.</p>
<p>Prowadzenie, postawa, stawianie kroków na przykładzie jakiejś prostej i eleganckiej sekwencji przydatnej na ciasnych milongach. Mam trochę zamieszania z powodu różnic między tym co na temat praktyki prowadzenia przekazują oddzielnie Vilma i Fernando. Niby zasady takie same ale wyprowadzenie ruchów nieco inne i gdzie indziej główny nacisk na to co ważne. Czy to kolejny dowód na to, że "każdy tańczy swoje tango"?. Gdy pytam o to Fernanda, mówi: "w TYM przypadku" powinno być tak i tak. Czy zatem zasady są relatywne, a może wszystko jest bardziej złożone niż przekaz pierwszych lekcji? Joasia ma sporo zamieszania z powodu niezgodności między wzorami przekazywanymi przez "El Chino", a wzorami przekazywanymi i - co gorsza - sprawdzającymi się w stylu F&#38;V.</p>
<p>Po lekcji łazimy w tłumie uważając żeby nas ktoś nie okradł (naprawdę jest ścisk) i trafiamy na uliczny pokaz tanga. Jako "starzy wyjadacze" (niezależnie od niskiego poziomu osobistych kompetencji) widzimy w tych ulicznych tangowych mistrzach bardziej gimnastyków niż "kultywatorów" tradycji tanga argentyńskiego.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-383.jpg" title="0803_robocze_bsas-383.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-383.jpg" alt="0803_robocze_bsas-383.jpg" /></a></p>
<p>Jest nieznośnie gorąco, duszno, gwarno i śmierdzi spalinami. Siadamy na lody i kawę. Lody są zaskakująco drogie (relatywnie do innych cen) i umiarkowanie smaczne (stanowczo zbyt słodkie). Niesamowite wrażenie sprawia Pani-Ochroniarz pilnująca lodówki z kanapkami i napojami (!).</p>
<p>O 20.30 spotykamy się z A&#38;A na lekcji grupowej u F&#38;V. Znowu kroki, kolejny rodzaj zmiany kierunku w ruchu, ocho, sacady, zmiany w parach... . Trafia mi się elegancka 90. , która z tyłu wygląda jakby była wysportowaną 30. Asia twierdzi, że moja partnerka "nie trzyma się znowu tak dobrze - co prawda figurę ma nienaganną (zwłaszcza, że ma na sobie obcisły spodium) ale jest zniszczona od słońca i w rzeczywistości nie ma więcej niż 80...". Chyba jednak przemawia przez nią babska zawiść.</p>
<p>A&#38;A są zadowoleni i kupują pakiet trzech lekcji indywidualnych i lekcje grupowe. Aldona zauważa, że bez solidnego "basicu" jaki tu jest silnie promowany praktycznie nie ma szans na klasycznych milongach gdzie jest mało miejsca i nie ma obyczaju przepychania się na parkiecie. Dziś czuję, że doświadczenia kilku lekcji sumują się i wszystko razem jakoś mi się składa w całość. Jednocześnie jednak przestaję mieć wątpliwości na temat przyszłości mojego tanga - czeka mnie poważne cofnięcie się jeśli chodzi o swobodę tańca i mozolna praca nad odkrywaniem i rutynizowaniem nowego stylu tańczenia.</p>
<p>Jedziemy do "naszej" pizzerii Romario, gdzie spotykamy się z Wojtkiem. Jemy przy barze bo nie ma żadnych szans na stoliki. Jakaś pizza, zielenina.  Anoud i ja piwo, a reszta białe wino. Joasia bierze rozżarzoną blachę z pizzą. Strasznie parzy się w rękę. W kilka sekund personel podaje lód w woreczku, specjalną maść, wodę utlenioną itd - widać, to codzienność lokalu.</p>
<p>Przebieramy się w domu i około pierwszej w nocy jedziemy na milongę do klubu La Baldosa (Ramon L. Falcon 2750)</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-347.jpg" title="milonga w La Baldosa Buenos"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-347.jpg" alt="milonga w La Baldosa Buenos" /></a></p>
<p>z pokazem nuevo w wykonaniu nauczycieli z DNI (Av. Corrientes 2140, www.estudiodnitango.com.ar) - P. Villaraza, D. Frigoli i innych.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-352.jpg" title="0803_robocze_bsas-352.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-352.jpg" alt="0803_robocze_bsas-352.jpg" /></a></p>
<p>Wejście 15 peso od osoby. Dostaliśmy wygodny stolik (choć w drugim rzędzie). Podłoga z kamiennych (a może ceramicznych) płyt. Jak zwykle obsługa do stolika. Duża mocno oświetlona sala. Jest pełno ludzi ale bez wielkiego tłoku. Większość tańczy "salon" w bliskim trzymaniu, a młodzież w bojówkach i t-shirtach "pół nuevo". Arnauld postawił butelkę czerwonego.</p>
<p>Pokazy zaczęły się około 2 w nocy. Przedtem ku naszemu zdumieniu puszczano rock'n rolla i tp. Niemal całość pokazu filmuję. Oczywiście niesamowita sprawność wykonawców ale to właściwie baletowe układy. Mnie to nie chwyta. Uwielbiają szafować niezwykle dynamicznymi kopnięciami do przodu i do tyłu między nogi partnerów, przy czym kopnięcia w tył przelatują milimetry od krocza, "zawijają się" do góry i stopa świszcze obcasem przelatując między łopatkami aż gdzieś koło ucha ... Aż strach pomyśleć, że komuś mogłoby  zbraknąć precyzji... .</p>
<p>Później tańczymy kilka tand między sobą. Wojtek przysypia na siedząco przy stoliku. Zmęczeni wracamy do domu.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzień lekcji, butów i oczekiwania na Wojtka z A&amp;A]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=72</link>
<pubDate>Fri, 14 Mar 2008 06:44:39 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=72</guid>
<description><![CDATA[Czwartek 13 marca.
Na wstępie apel do naszych miłych blogowych gości: gorąco prosimy wszystkie o]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Czwartek 13 marca.</p>
<p>Na wstępie apel do naszych miłych blogowych gości: gorąco prosimy wszystkie osoby, które mają chęć nawiązać z nami nawet krótki "komentarzowy" kontakt, o podpisywanie się w jednoznacznie rozpoznawalny sposób. To miejsce to taki nasz pamiętnik z podróży, relacja z wakacji, czyli trochę domowa sprawa, chcielibyśmy więc móc Was rozpoznawać albo po prostu poznać. Dziękujemy.</p>
<p>Od rana jesteśmy podekscytowani bo około 7 rano odlecieli z Warszawy Wojtek z Aldoną i Arnaud. Londyn, Madryt, Buenos. Mają wylądować w nocy i spodziewamy się ich koło trzeciej. W związku z tym dziś nie idziemy na milongę.</p>
<p>Przed południem ostatni rytuał Joasi u El Chino (facet jutro ma obiecaną wizę i odlatuje uczyć na Islandię). Później o 13.00 spotykamy się na lekcji grupowej u Fernando i Vilmy. Dziś jest tłok - około 30 osób. Kroki. Kroki. Kroki do przodu do tyłu na boki. Później w parach (co dwa utwory zmienianych) prowadzenie piwot, piwot, sacada, krok, krok, piwot, piwot, sacada - aż do znudzenia ale jakoś nikomu się nie nudzi. Gdy mówię Fernando, że nasi nauczyciele wstydziliby się za nas (mając na myśli Jakuba i Luizę) ten spontanicznie mówi, że jak na dwuletnie zajęcia raz w tygodniu (i w dodatku w Europie) i trochę zajęć dodatkowych radzimy sobie świetnie i widzi, że mamy bardzo dobrych nauczycieli w Polsce. Tłumaczy też, że oni z Vilmą mają nieco inną koncepcję efektywności w tangu i uczenia tanga i odczuwane przeze mnie trudności nie są wynikiem jakiejś obiektywnej nieumiejętności tylko przestawiania z jednego "dobrego" stylu do drugiego "dobrego" stylu - takiego rozszerzania świadomości i umiejętności. Bardzo podnosi mnie to na duchu tym bardziej, że brzmi to przekonująco nie tylko w słowach ale i w emocjach. Emocje towarzyszą nie tylko mnie. Pewien nordycko wymuskany Niemiec z naszej grupy - w moich oczach świetnie tańczący - w którymś momencie padł na czworaki i popędził ku stopom Vilmy krzycząc niemal, że ona uczy stawiać stopy w określony sposób, a sama przed chwilą postawiła stopę inaczej. Chwycił jej but i zaczął wyliczać nieprawidłowy kąt czegoś tam (nikt zanadto nie rozumiał o co mu chodzi). Przez chwilę Vilmie nie udawało się strząsnąć ze stopy dłoni kolegi. Wszyscy zbaranieliśmy. Tylko najwyższa kultura instruktorów pozwoliła zapanować nad sytuacja bez rękoczynów.</p>
<p>Po lekcji grupowej półgodzinna przerwa na lunch i zaraz lekcja indywidualna. Na zewnątrz upał, w salach jeszcze większy bo w zimie okien się nie otwiera, a tym bardziej nie używa się klimatyzacji. Zdumiewające, że oni rzeczywiście w tych koszmarnych warunkach prawie się nie pocą. Zjedliśmy jakieś "byle co" w barze na dole przypominającym nieco dawny bar Zodiak w Śródmieściu Warszawy (tylko ten tu był czystszy).</p>
<p>Lekcja z Vilmą na temat ... kto zgadnie? ... Tak!!! 70/100 punktów Pani/Pan (niepotrzebne skreślić) wygrała/wygrał (skreślić jak wyżej) : chodzenie, piwoty i boleo!- prowadzenie. Nie chcę zagłębiać się w detale ale ogólnie ich koncepcja polega na następujących rzeczach:</p>
<p>1/ w dalekim czy bliskim trzymaniu każde z partnerów jest w swojej osi (i równowadze)</p>
<p>2/ para tworzy zamknięty system powiązany bezpośrednim kontaktem (ręce zawsze i ewentualnie stykające się centra w bliskim trzymaniu) - bez napięcia ale z ciałem gotowym, wolnym dla ruchu (nie "rozluźnionym" - rozluźnienie dopiero w trumnie)</p>
<p>3/ partner wyraźnie prowadzi partnerkę do każdego pojedynczego kroku czy ruchu (takiego jak piwot) oddziałując "intencją" wyrażaną NIE ramionami, a torsem i rękami (tu używa się zdecydowanie ale miękko rąk (z nienapiętymi puszczonymi w dół ramionami) i łokciami i dopiero po wykonaniu kroku lub ruchu przez partnerkę partner wykonuje swój krok lub ruch, a następnie prowadzi ją do następnego kroku lub ruchu.</p>
<p>3/ Partner prowadzi właściwie tylko do kroków w przód, w tył, w bok i izolowanych ruchów jak piwot w miejscu (trudno mi to wytłumaczyć bez rozwijania tematu ale jeśli ktoś uczył się u Thierego Le Cock to będzie wiedział o co chodzi).</p>
<p>3/ Oznacza to, że w tej koncepcji partnerka nie naśladuje ruchów partnera - może mieć zamknięte oczy w otwartym trzymaniu, a nie tylko w zamkniętym - jest przez niego prowadzona i to on w sensie następstwa zdarzeń "podąża" za nią. Oznacza to, że torsy często nie są naprzeciwko siebie (choć dążą do tego na koniec sekwencji). Oznacza to również, że każde odpowiada za własną równowagę i własne kroki. Prowadzący odpowiada za wyraźne prowadzenie, a prowadzony (całkiem nieadekwatne tu jest powszechne słowo "podążający" - "follower") za to żeby był w kontakcie i nie robił "swojego".</p>
<p>W moim odczuciu dziś zaczęliśmy dużo lepiej chwytać o co chodzi i dużo lepiej zaczęło nam iść.</p>
<p>Vilma ze śmiechem wyznała, że Fernando przez pierwsze lata był słynny z tego że tańczy swoje tango i wymaga, żeby partnerki za nim "podążały" i nadążały ale było to nieefektywne (nikt nie był dość genialnie telepatyczny żeby za nim nadążyć). Była ucieszona z naszych postępów.</p>
<p>Vilma jest cudowna w kontakcie. Myślę, że ma silny, a być może i trudny, autorytarny charakter ale żeby to odczarować wypracowała kilka fajnych "myków" dzięki którym nie dochodzi z nią do konfrontacji. I tak np. dziś kilka razy - tańcząc z nią - wytrąciłem ją trochę z równowagi, a ona zamiast coś na ten temat mówić (pewnie ma tendencje do silnych odzywek) zaczynała wydawać odgłosy jakby jakaś mała myszka walczyła o litościwe przeżycie topiona przypadkiem przez niedźwiedzia. Był to komunikat poza wszelką dyskusją i natychmiast przynosił efekt.</p>
<p>Po lekcji bieg przez miasto (skwarne, duszne od spalin i głośne od ulicznego zgiełku) aby dopaść do butów - 13 kwartałów i już sklep "Neo Tango" (Sarmiento 1938, www.neotangoshoes.com).</p>
<p><a title="Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-318.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-318.jpg" alt="Buenos Aires" /></a></p>
<p><a title="Sklep Neo Tango" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-322.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-322.jpg" alt="Sklep Neo Tango" /></a></p>
<p>Na kilkunastu metrach kwadratowych potencjalnie wolnej przestrzeni około 15 osób (nie licząc trójki sprzedawców). Wszyscy przekrzykują wszystkich, komunikacja katalogowa nie istnieje, obowiązuje język hiszpański ale przynajmniej rozumieją tu liczebniki po angielsku. Setki wystawionych butów ale niemal niczego nie ma bo albo obcas innej wysokości albo numer nie ten, a dyskusja o podeszwach całkiem już bezprzedmiotowa. Joasia pyta kiedy będzie luźniej, a sprzedawca odpowiada: "mam nadzieję, że nigdy! tak jest każdego dnia!". Oooooooo... ! Po dwóch godzinach (wywalili nas po 19) zgiełku, szaleństwa, przepychanek - jak w latach 80. w mięsnym gdy "rzucili" coś przed Świętami - wyszliśmy z dwiema parami zamówionych przez przyjaciół butów (a właściwie z 1,5 parą bo jedne są takie jak ktoś chciał, a drugie przypominają takie jak ktoś chciał), z jedną parą butów dla Joasi (ale może są za małe?), z jedną parą butów dla mnie (niestety takie czarno-perłowe jakie ma Jacek M. - Jacku wybacz ale nie mogłem się oprzeć, a nic innego nie widziałem dla siebie).</p>
<p><a title="sklep Neo Tango" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-321.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-321.jpg" alt="sklep Neo Tango" /></a></p>
<p>Dokładnie po drugiej stronie ulicy jest mniej znany sklep "Tango Leike" (www.tangoleike.com). Jeszcze pół godziny przeczesywania półek i znaleźliśmy fajne buciki dla jeszcze jednej przyjaciółki, która była tak nieroztropna, że dała nam wolną rękę.</p>
<p><a title="sklep Tango Leike" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-323.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-323.jpg" alt="sklep Tango Leike" /></a></p>
<p>Przemieleni przez tę maszynkę do mięsa skok w taxi i do domu. Jeszcze kupić wodę i colę "zero" i zrobić sobie mały relaks i coś zjeść. Poszliśmy do naszej ulubionej pizzerii, zajęliśmy ostatni stolik pod gołym niebem. Przede wszystkim dużo sałaty i tym razem nasączyliśmy się piwem. Potrzebowaliśmy chłodnego płynu. Mają tu w litrowych butelkach miejscowe lekkie jasne o dziwacznej nazwie Brahma. Mała pizza i jakiś szaszłyk. Zdumiewające jak smacznie robią tu te proste rzeczy. Tajemnica chyba w świeżych produktach (nic z puszki). Przekonaliśmy się, że wielu ludzi ocenia to miejsce jak my - przez cały czas naszej kolacji przewalał się prawdziwy tłum oczekujących na stolik (a okolica jest pełna małych restauracyjek).</p>
<p>Później do domu i czekamy na naszych gości.</p>
<p>PRZYLECIELI</p>
<p>Janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzień trochę w poprzek z nieoczekiwanym zakończeniem]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=63</link>
<pubDate>Fri, 14 Mar 2008 01:25:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=63</guid>
<description><![CDATA[Środa 12 marca. Dzisiejszy dzień był trochę w poprzek. Wstaliśmy niezbyt wcześnie bo ulica str]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Środa 12 marca. Dzisiejszy dzień był trochę w poprzek. Wstaliśmy niezbyt wcześnie bo ulica strasznie hałasowała i słabo spaliśmy. Śniadanie jak zwykle, tylko więcej kawy dla przebudzenia.</p>
<p>Zrobiliśmy długą listę spraw do załatwienia bo to taki wolniejszy od tangowych zajęć dzień. Mieliśmy w pół godziny opędzić bieżączkę, a później zacząć kupować liczne zamówione przez przyjaciół ze Złotej Milongi buty.</p>
<p>Najpierw pranie. Tu co 200-500 metrów są pralnie, a na strychu naszego małego apartamentowca mamy pralki do użytku dla mieszkańców. Nikt zatem nie pierze u siebie w domu. Ale miejscowi Życzliwi ostrzegli nas aby nie zostawiać rozwieszonego prania na strychu bo ktoś może ukraść. Z nie pojmowalnych dla mnie powodów - tak jak w Polsce chodzą kolesie i wyrywają miedziane kable elektryczne żeby sprzedać je na złom - tak tutaj w ciepłym kraju miłych ludzi istnieje statystycznie istotny problem, że ktoś rabuje stare ubrania. Tak, rabuje. Nie chodzi o to, że jakaś dziewczyna chce mieć fajne dżinsy i zwędzi je ze sznurka sąsiadce. Zanieśliśmy nasze "brudy" do pobliskiej obdrapanej pralni dla zwykłych ludzi i ku naszemu zdumieniu musieliśmy oddać pranie przez otwór w stalowej przegrodzie uczynionej z niezwykłą dbałością z grubych krat. Nie z takich jakiś byle prętów ale solidnych krat grubych na kciuk drwala i powiązanych 10 mm płaskownikiem. Takich jakie widziałem na filmie "Ucieczka z Alcatraz"! Przed pralnią na skrzynce po owocach siedział facet, który wyglądał na kogoś w rodzaju "obstawy". Jeśli będziecie w Buenos oddawać swoje T-shirty do prania pamiętajcie żeby mieć dłonie na widoku ochrony bo mogą was wziąć za rabusiów majtek i koszul. Pamiętajcie także aby przynieść ze sobą własny płyn lub proszek do prania. Po pierwsze jest to mile widziane przez obsługę ale po drugie standardowe środki do prania czuć. Czuć w znaczeniu słowa takim, w jakim niegdyś używano go do opisu wrażeń węchowych związanych z "kruszeniem" dziczyzny na mrozie: "o, już dobrze czuć ten comber - skruszał - można go na pasztet". Przekonałem się o tym dzisiaj kiedy wyszedłem na nasz wielki balkon i zamiast zaczerpnąć świeżego powietrza zachłysnąłem się czymś całkiem nieświeżo pachnącym. Pierwsze skojarzenie to takie, że zaśmierdziały się rozsypane na ulicy śmieci. Tutaj ubodzy ludzie rozsypują worki ze śmieciami wystawione do zabrania przez służby i wybierają z nich wszystko co nadaje się do jakiegoś użytku. Czasem to właśnie czuć. Ale nie, ulica czysta. Więc o co chodzi? Wiatr od rzeki? Nie, to sąsiedzi odebrali swoje pranie z pralni i suszyli na balkonie obok na sznurkach. Noście więc własny proszek. Pamiętajcie też o tym aby zaznaczyć, że nie chcecie (tzn bardzo serdecznie dziękujecie za...) aby używano po praniu standardowych perfum (mają one zapobiegać właśnie tej "czujności" prania standarowym proszkiem i wprowadzają z naszego punktu widzenia "czujność" alternatywną. Perfumowaną. Głośno i wyraźnie: "NO PERFUMO, PER FAVORE" i szeroki przyjazny uśmiech. Nasze pranie będzie na piątek popołudniu, a koszule mają być uprasowane. Niestety nie zaznaczyliśmy żeby nie gotowali naszych ubrań i żeby prasowali patrząc na metki. Nie zabroniliśmy też prania suszyć w suszarce (podobno można odebrać w strzępach). W związku z tym zaczęliśmy obstawiać czy moje nowe koszule od Diora staną się jednorazówkami czy jakoś to przetrzymają.</p>
<p>Po oddaniu prania uświadomiliśmy sobie, że nie przetrwamy dnia bez wymiany dolców na pesety bo za lekcje, milongi, taxi itp nie można płacić kartą, a zresztą taka wymiana jest korzystniejsza kursowo. Zatem do banku. Ale jak na złość banku nie znaleźliśmy szybko, za to złapała nam się taksówka ( aktywne łapanie w BsAs trwa zazwyczaj 3-7 sekund, a pasywne nawet zero bo taksowki jak widzą, że nie podążasz gdzieś zdecydowanym krokiem często zatrzymują się przy tobie same). Postanowiliśmy więc pojechać do jednego ze sklepów z butami i tam w okolicy wymienić pieniądze. Sklep nazywa się "Adolfo Marcos Calzados" i reklamuje się, że robi najwyższej jakości ręcznie szyte buty do tanga. Taksówkarz podwiózł nas na miejsce, a tam poprosiliśmy żeby wysadził nas przy lokalnym banku. Wszystko fajnie ale nasz numerek (taki jak w Warszawie na poczcie) ma przed sobą 45 innych numerków. Znając Argentyńskie tempo obsługi postanowilismy wrócić tu z naszym numerkiem w przyszłym roku, a tymczasem udać się do innego banku . W Bankpatagonia ucieszeni mniejszą kolejką odstaliśmy swoje, a na koniec dowiedzieliśmy się, że potrzebny jest paszport. Miałem przy sobie xero paszportu (tak nam zalecali rozmaici globtroterzy i miejscowi doradcy) i oryginał prawa jazdy. Niewystarczające i gdy próbowaliśmy dyskusji po 30 sekundach naszego delikatnie okazywanego niezadowolenia zbliżył się do nas facet w kuloodpornej kamizelce i napisem na plecach "policia federal" i zaczął odpinać kaburę z wielkim pistoletem. Uznaliśmy to za sygnał do zakończenia rozmowy. W kolejnym banku może nasze dokumenty byłyby wystarczające ale tam nie robią wymiany jeśli nie masz obywatelstwa argentyńskiego (!). W kolejnym facet miał na zegarku 15,01 (a ja 14,59). Płynną angielszczyzną wyjaśnił, że "nic nie może dla nas zrobić" bo o 15,00 nie wpuszczają już interesantów, a to jego zegarek pokazuje "oficjalny czas" a nie mój... Wreszcie jakaś Argentyńczyk powiedział nam o kantorze wymiany walut w pobliskiej "galerii" 20 m. stąd. Oczywiście 20 m przerodziło się w 200 m ze skrętem w boczną ulicę, galeria wyglądała na całkiem wymarłą, a kantoru nikt nie rozpoznałby bo był bez najmniejszego oznaczenia - ot, w obłażącej z farby wnęce kawałek lustrzanej szyby z otworem ledwie na oko i szparą na dole jak w skrzynce pocztowej.</p>
<p><a title="kantor wymiany walut w Buenos" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-278.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-278.jpg" alt="kantor wymiany walut w Buenos" /></a></p>
<p>Decyzja żeby włożyć tam 500 dolców emocjonalnie była równa decyzji aby włożyć te 500 dolców do kratki ściekowej na ulicy. Sam w to nie wierzę ale zrobiłem to i odniosłem sukces - forsa nie popłynęła w dal tylko wróciła do mnie w postaci peso po całkiem dobrym kursie 3,12 peso za dolara.</p>
<p>Teraz niemal biegiem do "Adolfo Marcos Calzados" bo dzień prawie uciekł, a my ledwie pozyskaliśmy nieco gotówki. Niestety okazało się, że sklep istnieje (za kratami wewnątrz podwórka) ale buty do tanga? Tu gdzieś jest jedna para - męskie 38. Teraz nie robimy już do tanga ale proszę jakie przyjemne buty wizytowe...</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-280.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-280.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-280.jpg" alt="0803_robocze_bsas-280.jpg" /></a></p>
<p>Wściekli i głodni (bo już po 16) wpadliśmy na pobliski róg coś zjeść. Niestety nie ma co opisywać prócz przestrogi aby nie brać w BsAs ziemniaków i sosów w "europejskim stylu". Joasi ryba była niezjadliwa. Ja połknąłem kotlecik z polędwicy i sałatę - czyli najbezpieczniejszy wybór w Argentynie jeśli ktoś jada ssaki.</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-287.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-287.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-287.jpg" alt="0803_robocze_bsas-287.jpg" /></a></p>
<p>Ze względu na porę postanowiliśmy się rozdzielić. Joasia do El Chino na swoje ulubione tortury. Ja postanowiłem sprawdzić "Fabio Shoes" - sklep z butami reklamowanymi jako szyte przez tancerzy dla tancerzy (Riobamba 10, X piętro, apartament 10A; www.fabioshoes.com.ar). Niestety okazało się, że Asia zapomniała butów do tańca, a na nogach ma klapki. W ostatniej chwili taxi do domu i do Chińczyka.<br />
<a title="0803_robocze_bsas-310.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-310.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-310.jpg" alt="0803_robocze_bsas-310.jpg" /></a></p>
<p>Z przyjemnością pojechałem metrem i per pedes. Tu zazwyczaj dość łatwo znaleźć adres ale nie ma żadnych oznaczeń. Po prostu klatka schodowa z domofonem. "Ola!", "ola, I'm interested in your shoes", "bzzzzz" i możesz wejść. Jedziesz windą do mieszkania, w którym pod sufit pudełek, jest nawet dwoje jakiś klientów z Niemiec, trzy osoby obsługi. Bardzo fajny design ale właściwie wyłącznie do tango nuevo. Mnie nie pasowała również jakość (oczywiście ocena na oko wyłącznie - może ktoś ma takie buty dwa lata i w nich tańczy i jest zadowolony). Pod wkładkami czuć palcem prawdziwe szewskie pobojowisko, podeszwy cięte nożem, i ślady butaprenu od czasu do czasu. Pożegnałem się z miłym uśmiechem i tyle.</p>
<p>I tak za późno żeby jeszcze dziś cokolwiek załatwić więc dla odprężenia spacer przez miasto. Kongres (jak twierdzą Argentyńczycy za duży).</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-298.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-298.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-298.jpg" alt="0803_robocze_bsas-298.jpg" /></a></p>
<p>To mnie zadziwia w Buenos, że w mieście ogromnego chaosu architektonicznego, wielu ruin, popsutych chodników, śmieci na ulicach, dużych obszarów prawdziwego ubóstwa prawie nie ma dewastacji "mienia publicznego". Wiele skwerów z "ogródkami jordanowskimi" dla dzieci, gigantyczne pomniki i gmaszyska, parki z ławkami, metro i to wszystko oszczędzone przez wandali a nawet graficiarzy. Ci ostatni zajmują czasem z dużym kunsztem nikomu niepotrzebne powierzchnie brzydkich płotów. A może to tylko specyfika niezłych dzielnic w których bywamy?</p>
<p><a title="graffiti w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-300.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-300.jpg" alt="graffiti w Buenos Aires" /></a></p>
<p>Mieszkańcy BsAs kochają psy, troszczą się o nie i mają dla nich wiele tolerancji. Wszystkie widziane przez nas zwierzaki (a było już ich ponad sto) widzieliśmy odkarmione, wyczesane, wesołe - wyraźnie zadowolone z życia. Psy często towarzyszą ludziom w pracy, na zakupach itd. Tak jak te urocze pieski w okienku "kiosku Ruchu".</p>
<p><a title="psy w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-294.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-294.jpg" alt="psy w Buenos Aires" /></a></p>
<p>W Palermo - gdzie mieszkamy - w środku dnia widać wielu zawodowych wyprowadzaczy psów wędrujących z uroczymi gromadkami po 5-8 sztuk zgodnie spacerujących czworonogów.</p>
<p>Jak już nieźle się zlazłem - w metro i do domu. Po chwili przyszła Joasia i postanowiliśmy po krótkim odpoczynku pójść na polecaną nam przez Fernando środową milongę do Plaza Bohemia. Powinna zaczynać się o 22.00 więc celowaliśmy na 22.45. Oczywiście próbujemy wejść jako nie para. Na miejscu rozczarowanie - jakieś zajęcia dla facetów. Chyba technika. Czterdziestu hombres uczy się w parach prowadzenia. Kolejny raz okazuje się, że to co napisane w zapowiedziach nie musi zgadzać się z życiem. Moja zwykła refleksja w takich sytuacjach to "no, znowu dzień do kitu". Zacząłem już schodzić po schodach kiedy słyszę, że Joasia nie daje za wygraną i szlifuje swój hiszpański starając się ustalić dlaczego nie ma milongi, kiedy będzie następna, skąd można brać aktualne informacje itp. Nagle woła mnie na górę i mówi, że milonga zacznie się za kwadrans. Zawracam więc, ale słyszę tym razem już angielski (co znaczy że Joasia sprawdza czy aby dobrze zrozumiała po hiszpańsku) : "to znaczy, że może mnie poprosić kobieta? i ja mogę poprosić mężczyznę?, i każdy może poprosić każdego? i jego też może poprosić mężczyzna?" (i tu widzę palec wskazujący skierowany do mnie). "Janusz, wchodzimy!" - zapadła nasza wspólna decyzja.</p>
<p><a title="gejowska milonga w Plaza Bohemia w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-311.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-311.jpg" alt="gejowska milonga w Plaza Bohemia w Buenos Aires" /></a></p>
<p>Fantastyczny klimat dziecięcej wolności, prawdziwej zabawy, spontaniczności, szczęścia płynącego ze swobody wyrażania siebie poza konwenansem, czułości i miłości... Jeśli chcieć się czepiać to tego, że część osób naprawdę słabo tańczyła, a część poruszała się w tłumie jak miejscowi taksówkarze. Tak, czy inaczej wieczór wynagrodził nam wszystkie małe niepowodzenia dnia. Na tym zakończę dzisiejszą relację.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzisiejsza lekcja u Fabiana i Virginii]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=55</link>
<pubDate>Tue, 11 Mar 2008 05:30:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.wordpress.com/?p=55</guid>
<description><![CDATA[Na śniadanie płatki, jogurt, kawa.
Później Joasia pojechała na tortury do El Chino. Ja w tym cz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Na śniadanie płatki, jogurt, kawa.</p>
<p>Później Joasia pojechała na tortury do El Chino. Ja w tym czasie załatwiałem pocztę, pisałem bloga, trochę ogarnąłem różne rzeczy w mieszkaniu, czytałem i słuchałem naszej ulubionej lokalnej stacji w której 24/24 puszczają tanga albo ładnie brzmiącym hiszpańskim opowiadają o tangu (92,7 FM). Gdy wróciła szczęśliwie zmaltretowana i chwilę odpoczęła wyszliśmy na lunch i połazić po Palermo. Wybór padł na "Nemo" - tę wybitną restauracyjkę specjalizującą się w rybach.</p>
<p><a title="Nemo" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-249.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-249.jpg" alt="Nemo" /></a></p>
<p>Wybraliśmy z grilla - ja - "typową tutejszą rybę rzeczną", a Asia - "rybę morską ale nie łososia", sałatę z pieczarkami i małymi pomidorkami (koktailowymi), butelkę białego wina z lodu, dużo wody. Na koniec kawa. Ryby znakomite w formie filetowanej - idealnie świeże o delikatnie rybim smaku bez przypraw i tylko lekko słonawe, na złoto przypieczone, soczyste. Ta morska minimalnie "gumowata" (gdzieś ją już jadłem na świecie) ale nie tak jak miecznik czy rekin, z własnym przyjemnym lekko mięsnym smakiem (podobnie jak świeży tuńczyk ale nie był to tuńczyk). Ta moja z "rio" delikatna (trochę jak halibut), podana ze skórą o drobniutkiej łusce i celowo niedopieczona tak, że w samym środku płata była zachowana substancja o czerwono-brunatnej barwie wzdłuż jakiejś pręgi (może gruby nerw?) całkiem surowa ale jednocześnie rozpływająca się w ustach. Między białym mięsem, a skórą milimetrowa warstwa tłuszczowej, przyjemnej w smaku galaretki. Ta sama galaretka tylko nieco bardziej sztywna w konsystencji na obrzeżu fileta. Sałatę doprawiliśmy balsamico i oliwą (moim zdaniem słabszą niż włoskie czy greckie). Pieczarki w sałacie pokrojone na półprzeźroczyste plasterki nadawały jej relatywnie silnego smaku w kontekście delikatnej ryby. Wino to co poprzednio - bardzo przyjemne. Espresso niestety bardziej jak mocna kawa i tyle ale świat jak wiadomo idealny być nie może.</p>
<p><a title="obiad w Nemo" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-256.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-256.jpg" alt="obiad w Nemo" /></a></p>
<p>Po lunchu spacer po okolicy. Najpierw apteka żeby kupić lekarstwa dla Joasi (jest podziębiona). Później po ulicach, po kilku lokalnych butikach. Jakaś tania bluzka, jakaś tania spódnica (kilkadziesiąt peset). Drobne zakupy w delikatesach - suszone pomidory z oliwy, marynowane oliwki z ziołami, ser, kawałek pieczywa. Przyjemna pogoda. Nie cieplej niż 20-22 stopnie, delikatny "chłodny" wiaterek, słońce (aby cię nie zabiło wystarczy wędrować cieniem i patrzeć na piękne plamy światła).</p>
<p>Zwraca uwagę niemal obsesyjna "ochrona mienia" powszechna w Buenos. Do większości sklepów z wejściem z ulicy sprzedawcy wpuszczają widząc cię przez szybę i wciskając guzik magnetycznego zamka. W aptece każde opakowanie w zasięgu rąk klientów specjalnie ofoliowane tak aby ktoś się nie poczęstował lekarstwem zostawiając jego resztę na półce. Towar (tzn np. aspirynę) wydają, ci w zapieczętowanej specjalnym klipsem od alarmu teczce abyć poszedł z nim kilka metrów do kasy i zapłacił (dopiero wtedy uwalniają aspirynę z teczki). W wielu sklepach agent ochrony w drzwiach. W każdym domu, który nie jest slumsem (lub blisko tej jakości) portiernia z ochroną. Nawet ciut droższe wina na półkach z "klipsami" od alarmu. Każdy banknot sprawdzają na sto sposobów czy nie jest fałszywy, a jeśli ma uszkodzenia najczęściej go nie przyjmują (problem bo ich banknoty niemal rozłażą się przy dotknięciu). Jednocześnie nie widzieliśmy ani jednej sytuacji naruszenia prawa czy chociażby nieprzyjemnej społecznie (wyłączając ubogich ludzi przegrzebujących śmietniki i z rzadka żebrzących dzieci).</p>
<p>Do domu i czytanie, słuchanie radio-tango, później drzemka i prysznic przed zajęciami. Taxi i za kwadrans (i 8 peso) jesteśmy w Escuela Carlos Copella na grupowych trzygodzinnych zajęciach Fabiana i Virginii. Pierwsze półtorej godziny w dwu oddzielnych salach - Fabian uczy hombres, a Virginia chicitas. To grupa dla średnio i wyżej zaawansowanych. Na oko wśród 20 facetów jestem 3-5 ale od końca. Pierwsza godzina to chodzenie bo większość z nas nie umie chodzić, a zwłaszcza w zmiennym rytmie. Niestety w Złotej Milondze (i chyba w ogóle w Polsce) nie uczymy sie chodzenia w wystarczającym stopniu co utrudnia lub wprost uniemożliwia wiele technik, no i pozbawia nasze ruchy znacznej części potencjalnego wdzięku. Moje ścięgna, mięśnie, przyczepy i stawy trzeszczą i boję się myśleć co będzie jutro rano po przebudzeniu. Jak już byłem gotów się rozpłakać z bólu i wściekłości przeszliśmy do uczenia się jakiejś sekwencji w dalekim trzymaniu do której to chodzenie było niezbędne (przez mgłę pamiętam, że kiedyś tę sekwencję poznaliśmy w naszej grupie ale nikt z nas tego nie tańczy - pewnie z powodu braków w chodzeniu). Na tym etapie dziwiło mnie bardzo, że właściwie uczymy się kroków i "skrętów" zupełnie bez prowadzenia - najpierw indywidualnie z wyimaginowaną partnerką, a później z partnerem udającym partnerkę (tylko z amortyzującą ręką bez trzymania za plecy). Dziesiątki (a może ze dwie setki) powtórzeń aż ciało na pamięć wie co ma robić. Widać, że to ich kultura - łapią w lot, a młodzi faceci potrafią być szybcy jak mistrzowie kung-fu (niczego podobnego nie widziałem w Polsce). Ja ze swoim powolnym sposobem załapywania sekwencji kroków czułem się jak kompletny debil.</p>
<p>Krótka przerwa podczas, której inna para instruktorów pokazuje jakiś popowy taniec oparty na argentyńskim tańcu ludowym wywodzącym sie od emigrantów francuskich. Myslę, że jak się ma poniżej 25 to może być fajne do tańczenia. Później bez szans bo oboje tancerze wykonują bardzo intensywne ruchy koliste i wahadłowe obręczą biodrową, a dodatkowo ona gnie kręgosłup w kolistym ruchu w jakiś niewyobrażalny, nieco transowy sposób - trzeba być młodym i bardzo wysportowanym. Kto chce może się zapisać na zajęcia.</p>
<p>Po przerwie ćwiczenia z chicitas (które przez poprzednie półtorej godziny tez wykonywały swoją technikę i swoją rolę w nauczanej sekwencji). Ciągłe zmiany w parach (tym bardziej że ponad połowa osób przyszło samych). Dziesiątki powtórzeń, F&#38;V chodzą i korygują i co 15 minut robią publicznie uwagi na temat kolejnych aspektów prowadzenia. Na koniec kwadrans tańczenia "dla przyjemności" z oczekiwaniem zastosowania wyuczonych kroków. Niby to robimy z Joanną ale wiemy, że odstajemy. Ja mam wątpliwości czy przyjść za tydzień ale Asia jest chyba zdeterminowana. Zobaczymy.</p>
<p>Jutro razem mamy Fernando, później Asia ma El Chino, a wieczorem idziemy na "practicę z asystą" w Villa Malcolm (Av Cordoba 5064) prowadzoną 