<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>a-cappella &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/a-cappella/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "a-cappella"</description>
	<pubDate>Wed, 20 Aug 2008 23:25:50 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Korony]]></title>
<link>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=606</link>
<pubDate>Tue, 19 Aug 2008 02:11:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=606</guid>
<description><![CDATA[&#8216;Nie troszczcie się aż tak bardzo o korony czeskie, troszczcie się raczej o korony niebiesk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>'Nie troszczcie się aż tak bardzo o korony czeskie, troszczcie się raczej o korony niebieskie' - pouczał nas po ojcowsku kolega przed wyruszeniem - latem '92 - w słowackie Tatry Wysokie.<br />
Nabywanie waluty było przedsięwzięciem poważnym - wszyscy troje mieliśmy na początku sierpnia urodziny: koleżanka i ja - w jednym dniu, kolega - pięć dni wcześniej...</p>
<p>Jak się okazało podczas 'suszenia się' w schronisku po burzy, jaka nas dopadła pod Sławkowskim Szczytem na samym początku 10-dniowego pobytu - sam nasz mentor zabrał istną <em>Numizmatische Ausstellung</em>; zafarbowane od ciemnego portfela różnowalutowe banknoty zasłały cały duży stół jadalniany...</p>
<p>Teraz korony dokupione, wypasiona mapa laminowana - nabyta drogą kupna; 2x2GB pamięci to efekt urodzinowego urodzaju - na każdą burzę jestem więc przygotowana.<br />
I może znów się uda. </p>
<p>Dwa ostatnie dni przed październikiem. W marzeniach Jaworowa - Przełęcz Lodowa - Pięć Stawów Spiskich - Czerwona Ławka - Staroleśna - Rohatka - Mała Wysoka - Biała Woda...<br />
Może znów się uda... choć nie za bardzo mi się podoba takie chwalenie się przed faktem...</p>
<p>To już lepiej idę... zatroszczyć się o te wszystkie korony...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zawratowa przewrotka]]></title>
<link>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=591</link>
<pubDate>Mon, 18 Aug 2008 04:48:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=591</guid>
<description><![CDATA[[...]
NT obsadził swego bohatera Torlina w niewdzięcznej roli. Bo od początku kazał mu popełnia]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>[...]<br />
<strong><a href="http://torlin.wordpress.com/2008/08/13/lancuchowa-pyskowka/">NT obsadził swego bohatera Torlina w niewdzięcznej roli</a></strong>. Bo od początku kazał mu popełniać wszystkie możliwe błędy w planowaniu i przeprowadzeniu wycieczki. Dlatego trudno nam pozytywnie wczuć się i zrozumieć poczynania bohatera... </p>
<p><strong>Termin</strong>. Nawet niedoświadczonym wiadomo, że sierpniowa niedziela to najgorszy dzień na Morskie Oko, Szpiglasową, Zawrat. Po sobotnich (9.8 ) ulewach, świeżo ‘napłynięci’ do Zakopanego urlopowicze i weekendowicze ruszają w góry ze zwielokrotnioną determinacją... (czasem też – zaślepioną determinacją). I nawet, jeśli przez wszystkie poprzednie pogodne dni ‘robiliśmy’ wyłącznie Cubryny, MSW, Mnichy przez Płytę i podobne – w dzień pański Morskie i Zawrat sobie po prostu darujemy. Zwłaszcza, gdy - bazując parę dni pod Tatrami - mamy możliwości manewru.</p>
<p><strong>Trasa</strong>. Odwrotna do komfortowej Od wielu lat ‘myślący turyści’ postulują podczas wspinaczki na Zawrat (i po): zrobić ten szlak jednokierunkowym! Jak choćby słowacka Czerwona Ławka – wejście tylko od Małej Zimnej Wody (skąd trudniej, ale zdecydowana większość turystów wysokogórskich uważa, iż łatwiej, bezpieczniej (i przyjemniej!) pokonuje się trudności w wejściu).<br />
W danym przypadku absolutnie wszystko przemawiało za kierunkiem Zawrat – Szpiglasowa – Morskie Oko. Do Kuźnic można dojść dowolnie wcześnie (nawet przed świtem); potem busy odjeżdżają znacznie częściej, niż do Palenicy; podróż trwa może 10’ (do Palenicy bywa, że ponad 40’ - w weekend, z korkami i jazdą przez Poronin i Bukowinę).<br />
Startujemy więc na najtrudniejszą, Zawratową część wędrówki tak wcześnie, jak się da... Zrzucanych kamieni się nie obawiamy. Łańcuchy są puste lub prawie (a jest różnica pomiędzy wczesnym, ‘jakościowym’ turystą i popołudniowym urlopowiczem). Tak było w super-pogodny poniedziałek 28.7, gdy, po porannym doskoku z samego Krakowa, osiągnęłam Zawrat o 10:20 z jedną tylko mijanką w części ubezpieczonej (‘kompetentny’ i kulturalny pan idący z góry).<br />
Inne plusy tego kierunku: coraz piękniejsze widoki na całe Tatry Wysokie przed oczami a nie za plecami (plus słońce, jeśli ktoś lubi); gospodarowanie czasem wedle uznania: zajście do Schroniska w Piątce, bądź prosto na Szpiglasową Przełęcz z opcją Wierchu lub nawet Liptowskich Murów aż do Wrót Chałubińskiego (Zawracik spina Zawrat i wycieczkę piękną nazewniczą klamrą).</p>
<p>Możemy nadgonić czas (poświęcony na fotkowanie, kąpiele słoneczne, lekturę czy kontemplację natury): i z Zawratu i ze Szpiglasowej w dół sprowadzą nas wygodne ‘ceprostrady’. I wreszcie ostatnie 9 km do Palenicy – wszystko jedno, w jakiej kondycji dojdziemy, boć biegniemy w dół głównie asfaltem (busy kursują z Palenicy do późna i dłużej)... A pod górkę potrafią się te kilometry dać we znaki, zwłaszcza, gdy ktoś weźmie <strong>za szybkie tempo</strong> a wyruszy późno, gdy legendarne białczańskie słoneczko zacznie przypiekać (jak to chyba zrobił bohater T). Potem przychodzi nieuchronnie zmęczenie i związana z nim irytacja - na najtrudniejszej części, gdzie potrzebne rezerwy fizyczne i mentalne. Podejścia na Zawrat od Piątki nie odczuje średnio sprawny turysta - tak jest łagodne i urozmaicone. A naszemu bohaterowi dało się we znaki... Bo źle gospodarował siłami na samym początku (niezbyt wymagającej wycieczki). Lepiej iść do Morskiego 1h30’, ale mieć rezerwy. Zwłaszcza, gdy się zachowuje na deser to, co najatrakcyjniejsze. (Nb, ja też potrafię dojść w 1h20’... prosto z autobusu z krk... ale nie zawsze wykorzystuję tę ‘umiejętność’). </p>
<p>Zatem – trzy podstawowe błędy Torlina: <strong>termin, trasa, tempo</strong>.<br />
Przejdźmy do kolejnych... [...]</p>
<p><strong><a href="http://basiaacappella.wordpress.com/wysokogorskie-dedykacje/">Kto to jest NT i jakie jeszcze błędy pozwolił popełnić swemu bohaterowi – przeczytają Państwo na specjalnie dedykowanej stronie...</a></strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Po latach, które przeminą...]]></title>
<link>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=92</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 22:29:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>basia0acappella</dc:creator>
<guid>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=92</guid>
<description><![CDATA[&#8230;harcerski zostanie krzyż.

&#8230;i harcerski notatnik 

pracowicie wyszyty (inicjały bez s]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>...harcerski zostanie krzyż.</strong></p>
<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/dsc07868.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/dsc07868.jpg?w=300" alt="" width="300" height="225" class="aligncenter size-medium wp-image-95" /></a></p>
<p>...i harcerski notatnik </p>
<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/dsc07872.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/dsc07872.jpg?w=300" alt="" width="300" height="225" class="aligncenter size-medium wp-image-94" /></a></p>
<p>pracowicie wyszyty (inicjały bez szkicowania - było się w końcu mistrzem prowadzenia igły... w dowolnych warunkach stresowych, konkursach na czas, itp.)</p>
<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/dsc07890.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/dsc07890.jpg?w=225" alt="" width="225" height="300" class="aligncenter size-medium wp-image-93" /></a></p>
<p>Mundurek wciąż wisi w szafie (w komplecie i nienagannym stanie).</p>
<p><strong><a href="http://picasaweb.google.com/acappellanova/Mundurek">Tu więcej fotek</a>.</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[It never hurts to ask... and to clarify ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=217</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 20:31:08 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=217</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 28/2005
1. Znawcy topografii Hyde Parku: oczywiście przeszarżowałam (świa]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 28/2005</strong></p>
<p>1. Znawcy topografii Hyde Parku: oczywiście przeszarżowałam (świadomie i dobrowolnie) z końskim kontekstem pieczarek w HP (P 8/2005). Pokusa <em>self-mocking, British style</em> była tak silna, iż nie mogłam się oprzeć...</p>
<p>2. Nie, nie wypatrzyliśmy żadnych <em>beavers</em> w Beverly Brook ani okolicach (P 26/2005). Ale woda była dostatecznie czysta, by mogły tam gdzieś być. Pochowane przed psami i dziećmi brodzącymi w potoku (miejscami  znacznie szerszym, niż napisałam).<br />
Jeśli już o londyńskich <em>outdoor experiences </em>mowa: w ostatnią sobotę przypomniałam sobie - po siedmiu latach - klimaty Epping Forest. Jest jeszcze bardziej puszczański w rzeczywistości, niż w mej pamięci (dba o to Corporation of London). W niedzielę zwabił mnie ponownie ‘interior’ Richmond Pk z jednym z ośmiu ‘chronionych’ w L widokiem na St Paul’s  i centrum. Z setkami dębów o wielometrowych obwodach i połamanych przez huragany konarach. Z prawie-bezkresnymi paprociowiskami i jeziorami na dwóch poziomach: gdy do nich schodzimy, mamy (niemal) wrażenie bycia w ‘prawdziwych’ górach.<br />
Dzięki niesamowitemu obszarowi,  są tam miejsca, gdzie ruchu lądowego nie słychać wcale a samoloty - subtelnie (akurat lądowały z drugiej strony). Jeśli ktoś lubi te maszyny mimo wszystko i wbrew wszystkiemu (dla mnie dziewiąty cud świata - zaraz po rowerze!) – z okolic kopca Henryka VIII jest doskonały widok na dolinę Tamizy, Windsor, Hampton Court, Kingston i właśnie lotnisko Heathrow.</p>
<p>Wybierającym się w najbliższym czasie nad Tamizę i pytającym o rower, relaks i ‘w ogóle: jak się nie dać’ – polecam gorąco korzystanie pełnymi garściami z tego niesłychanego dziedzictwa, jakie władcy zostawili stolicy. Gdy 12 lat temu zaczęłam bezwiednie nucić ‘<em>along’</em> transmitowanej w Wielki Piątek w tv Pasji Janowej Bacha - wykształcona (również muzycznie) w znakomitej irlandzkiej <em>convent school </em>pani domu przyłączyła się na chwilę, potem przerwała, popatrzyła na mnie z lekka ironicznie i rzekła: ‘<em>you know Barbara, when you are over thirty - forget about chamber choirs, debating societies, metaphisical poets, indeed - dead poets’ societies and concentrate on staying fit to be of any use to your family, your vocation, to yourself... in other words: before thirty you invest in your soul, after – in your body... remember it later, when you have a dilemma whether to enjoy a nice concert or a nice bike ride... the latter is much better to you and to those around you’</em><br />
<em>Well I am now thirty, so it is time to pass this enlightened tip down to you...</em></p>
<p>3. Czy były polskie tematy? Oczywiście, ćwierćwiecze Solidarności. Z dużym wyprzedzeniem (całe szczęście bo potem New Orleans i Iraq <em>stampede </em>wyparły wszystko inne). Ci, którzy niejednokrotnie zrobili w Polsce (i na Polsce) nazwiska, wspominali przez parę dni z rozrzewnieniem, jaka to była <em>huge story</em>... i jak przemycali materiały po wprowadzeniu stanu wojennego. Nb. w zeszłym roku stosunkowo szeroko pokazano rocznicę Powstania Warszawskiego. Więc nawet co bystrzejsi <em>developers</em> (i im podobni) kojarzą już te wydarzenia (a po obejrzanym programie odpytują Polaków).</p>
<p>Był i trend opinii krytycznych (głównie na stronach ekonomicznych): przerost świadczeń rentowo-emerytalnych, obawa przed reformami, przesadna pozycja związków zawodowych... Wpływowa komentatorka ekonomiczna Timesa stwierdziła, że podmuch polskich asertywnie-oryginalnych myśli na arenę europejską traci nieco na wiarygodności wobec niemożności uporania się ‘w dobrym czasie’ z wewnętrznymi porządkami (zanim Chińczycy i Hindusi okrzepną i zgarną wszystkie tanie <em>jobs</em>).</p>
<p>Mecz Polska-Austria nie został w ogóle wspomniany. W przelotnie podsłuchanej transmisji radiowej z boju miejscowych (także później w tv i prasie) wychwyciłam sugestie, że Anglicy celowo nie męczyli Walijczyków by ich nie podłamać przed spotkaniem z Polską; dzisiejsze ‘urwanie’ punktu (-ów) w Warszawie leży oczywiście w interesie synów perfidnego Albionu. </p>
<p>4. W P 16/2005 wprowadziłam Państwa w błąd co do poziomów alertu terrorystycznego w L. Najwyżej jest oczywiście <em>severe specific</em>; niżej – <em>general</em>. Napisałam odwrotnie sugerując się opinią ‘dobrze poinformowanej’ osoby a nie nieco-gorzej (jak mi się wydawało) pamiętanych audycji radiowych.</p>
<p>Dziękuję za opinie, życzenia tematyczne (i urodzinowe!) - Do przyszłego lata!!!   </p>
<p><strong>©BM 7Sept05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Binge drinking, ladette culture, licencing laws ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=213</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 20:24:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=213</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 27/2005
Skoro Independent co czwartek drukuje nowe przygody i podboje Briget ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 27/2005</strong></p>
<p>Skoro Independent co czwartek drukuje nowe przygody i podboje Briget Jones, czas wspomnieć o jednym z kontekstów cyklu (prześmiewczego w zamierzeniu a tak dosłownie odebranego i w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach). Tym bardziej, iż toczy się właśnie  wielowątkowa debata o brytyjskim piciu, której pretekstem stał się Licencing Act 2003.</p>
<p>Moja lipcowa roommate (dwudziestolatka z wielu rozrywkowymi upodobaniami i ogólnie-poważnym podejściem do życia) zapytała: ‘Czy w twoim kraju młode dziewczyny też tak demonstrują swój alkoholizm na ulicy? Bo we Francji jeśli któraś ma problem to się wstydzi, ukrywa, pije raczej w domu. Bliscy też się wstydzą, próbują pomóc... A tutaj... ja nie rozumiem...’</p>
<p>S spędziła w Londynie ledwie 4 miesiące (choć intensywne). Nie rozumieją jednak i cudzoziemcy z długim stażem.<br />
Ja nie rozumiem do tego stopnia, że przestałam dociekać. Ale torturą staje się sama ‘ulica’ w porze zamykania pubów – tak nieapetyczny i ogólnie-dołujący jest widok zatrutej alkoholem młodzieży obojga płci. I to, co wyczyniają, ktoś z nimi wyczynia lub wyczyniać może.<br />
Dziesięć lat temu postrach budziła <em>yob</em>- lub <em>lad culture</em>: faceci zarabiający lub nie, wydający krocie by upić się po meczu (lub bez pretekstu) szybciej, niż kolega (najczęściej piwem), awanturujący się na ulicy i w domu. </p>
<p>Ostatnio ‘dołączyły’ <em>ladettes</em>: pewne siebie, (często z dobrymi dochodami), głośniejsze z każdą wypitą puszką, szklanicą czy porcją <em>alkopop</em>, wzmacniające to narkotykami, obrażające resztki moralności publicznej.<br />
W lecie część przenosi się do hoteli, klubów, pubów i na plaże greckie i hiszpańskie – siejąc postrach wśród miejscowych (mimo zgorszenia - zainteresowanych wyciągnięciem każdego euro, jakiego ‘sodoma’ jest warta).<br />
Relacje o <em>culture clash </em>(pijąca na umór horda contra polski i węgierski prawnik ufni w samoczynną magię hiszpańskich wakacji) są pyszne... lub mniej.</p>
<p>Celem Licencing Laws było zróżnicowanie godzin zamykania pubów: by nie zamawiano hektolitrów na hasło ‘<em>last orders</em>!’ a potem - po szybkim wypiciu – nie wychodzono jednocześnie wszczynając burdy, histerie, wandalizując, zakłócając spokój. </p>
<p>Rząd objaśnia ustawę promowaniem kontynentalnego stylu picia : sączenia i smakowania jakościowych alkoholi aż do późna (wczesna). Jednak to wymagałoby żmudnego wypracowania kultury picia. </p>
<p>Na razie wszystko wróży jak najgorzej: większość pubów-sieci złożyła podania o maksymalną <em>extension</em>. Zdecydują nie - jak dotąd - sądy magistrackie a <em>councils</em> – rady dzielnic. W braku sprzeciwu mieszkających w pobliżu, nie będą miały prawa odmówić.<br />
A każda nowa licencja kosztuje znacznie więcej, niż dotychczasowa, najczęściej jeszcze ważna – nasza szefowa oburza się na to zdzierstwo. Pokrzywdzone czują się domy parafialne z okazjonalnymi <em>cheese’n’wine parties </em>i budżetowymi weselami... albo nasz akademik, gdzie studenci prowadzą - wieczorami i rotacyjnie - barek.<br />
W przepisach są dowolności – ktoś mieszkający ponad 100 m od hałaśliwego pubu z imponującą historią rozbojów niekoniecznie zostanie uznany za ‘<em>a local’ </em>– by jego sprzeciw był wiążący.<br />
Głośno zrobiło się o akcji pianisty Alfreda Brendla przeciwko ‘muzyce’ pubu w pobliżu jego domu na Hampstead: ‘<em>As a classical musician of some renown I have the strongest possible motive to ask you to protect our street’s peace and quiet’</em>. </p>
<p>Póki co zastrzeżenia złożono do co szóstego wniosku.</p>
<p>Pierwsza fala szumu medialnego, a co za tym idzie - obywatelskich protestów dotyczyła małego rozpropagowania konieczności ponownego ubiegania się o pozwolenie na sprzedaż alkoholu. Wtedy panikowano, że od listopada-grudnia nie będzie gdzie napić się piwa. Gdy <em>proprietors </em>rzutem na taśmę wypełnili i złożyli podania (prawnicy zarobili – bywało i 12 stron <em>red tape</em>) - wypłynął pomysł, by zatrzymać a nawet odwrócić to wszystko (ponoć wciąż możliwe). </p>
<p>W międzyczasie podnoszony jest alarm: Moda na <em>binge drinking  </em>dotyczy już i dziesięciolatków. Gazety publikują sprytne wykresy, diagramy i rysunki: jak kształtuje się poziom alkoholu we krwi po spożyciu w ciągu godziny iluś-tam jednostek w zależności od płci i wagi ciała; jak wyglądać będzie wątroba i okoliczne organa upijającej się kobiety w wieku 20-tu, 30-tu, 40-tu, 50-ciu lat (dotąd! - mądrej głowie dość dwie słowie); jak kolejne zatrucia alkoholowe rzutują na ogólną odporność (nawet przeciwko trywialnej grypie) i na możliwości reprodukcyjne...<br />
<em>Scaremongering</em>, że hej. Z nadzieją, iż coś jednak dotrze... A Briget Jones napisze: ‘<em>alcohol: 2 units – v.v. good’</em>. Pomarzyć można.</p>
<p><strong>©BM 30Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Up the Beverly Brook Walk]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=210</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 19:31:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=210</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 26/2005
Niemal każdemu, oglądającemu mapę Londynu, rzuci się w oczy duż]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 26/2005</strong></p>
<p>Niemal każdemu, oglądającemu mapę Londynu, rzuci się w oczy duży (jak na od-dawna-ludną okolicę) obszar terenów zielonych na południowy zachód od szeroko rozumianego Centrum (po obu stronach rzeki). Królują: Richmond Park (prawie 1000 ha) , Wimbledon Common (460 ha), Hampton Court, Kew Gardens wraz z Old Deer Park i inne, mniejsze-niemałe. </p>
<p>Beverly Brook uchodzi do Tamizy naprzeciw stadionu FC Fulham. Z klasą bo przy pomocy piętrzącej wodę śluzy. Ale co to za woda?! – mętna, czarna. Lecz ‘<em>beaver lay’ </em>brzmi obiecująco a pomazana grafitti plansza zachwala 10.5 km trasę (wytyczoną, jak wiele innych <em>walks</em>, z okazji Milenium).</p>
<p>Niedziela 28.08. ‘W metropoliach chodzi się dużo i szybko’ – to Urszula Dudziak o Nowym Jorku (w Wieczorze z Jagielskim). Choć uważam się za aktywną, tu muszę zawsze dorastać do zadania... z okazjonalnymi <em>blisters</em> ku wzmożeniu powitalnych doznań.<br />
Lecz chodzenie chodzeniu nierówne. Po sześciu kwadransach marszu przez centralno-południowy Londyn - wreszcie brudny potok. Na drugim brzegu bloki. Mimo wczesnego poranka wiele osób na rowerach, z dziećmi, psami. Putney Lower Common: po lewej rozłożona asertywnie na stoku dzielnica (ostatnio ‘pożądana’ przez prawników). Niezbyt szczodre <em>signposts</em> – a wciąż odchodzą ścieżki i ścieżynki w zarośla (już Barnes Common). Nie zrobiłam szkicu na początku (więcej plansz nie widać), ale pamiętam, że którymś z mostków trzeba przejść na lewą stronę. Aktywni informują jednak entuzjastycznie i kompetentnie.<br />
Przez Roehampton towarzyszymy potokowi z oddalenia (chowa się pod ziemię albo płynie prywatnie: wielo- lub jednorodzinnymi developments). Zadrzewione ulice uprzyjemniają drogę. Niestety, rejon przecina parę wylotówek, więc śpiew ptaków ma <em>counterballance</em> w mniej lub bardziej natężonym szumie autostrad. I w huku zdążających na Heathrow samolotów.<br />
Znów brak znaków za skrzyżowaniem. (Kierunek OK: mamy słońce i plan miasta, ale skoro wyprawa zwie się Brook Walk - przejdźmy możliwie dokładnie wzdłuż potoku). </p>
<p>Starszy rowerzysta w stroju do krykieta  potwierdza obrany azymut. Dodając, że lepszy na te eskapadę byłby rower. Hm... w meczu moich skradzionych jednośladów od kwietnia jest 2:1 dla Polski (wynik byłby wporzo na Old Traford za miesiąc). Krykiecista znika w długim, prostym tunelu Priory Lane. My za nim: z lewej obrzeżone drzewami zbocze Roehampton Golf Course, z prawej długi rząd ślicznych <em>semis</em>: witrażykowe okna i środziemnomorska roślinność wokoło. </p>
<p>I oto już pyszne, kute bramy jednego z Royal Parks - Richmond Pk (Roehampton Gate). Gdyby nie (pełny) parking po lewej, można by pomyśleć, że się przyszło na skraj sawanny: jak okiem sięgnąć - zielono-płowe trawy punktowane drzewami i zaroślami. </p>
<p>Ale gdzie potok? - znów zniknęły znaki (szlak nie dla idiotów). Oko harcerki wypatruje jednak (pod słońce) kępkę wierzb – i następne – Tam!<br />
Brook wreszcie czysty, z kamyczkami na ciemnym dnie, szeroki regularnie na kilka metrów. Trawa sięga czasem wody (jak na obrazkach Rossettiego). Moczarka, rogatek, rzęsa. Włosy rogatka czesze arkadyjsko dość bystry nurt.<br />
Idziemy na południe wschodnim krańcem Parku, prawym brzegiem potoku, trawiastą ścieżką bądź łąką (po lewej Richmond Pk Golf Course). Ludzi dużo. (Bank Hol nie wywiało ich za miasto? Może ceny paliw?) Wędrówka kończy się szybko - wita Robin Hood Gate i A3. </p>
<p>Po przejściu nad arterią jesteśmy na Wimbledon Common. Potok płynie teraz w ciemnym, dość głębokim wąwozie, ‘oszalowanym’ zgrabnie drewnianymi deseczkami na wysokość ok 50 cm od (dzisiejszego) lustra wody. Wśród ostrokrzewów  i starych drzew, obrośniętych wysoko bluszczem i innymi pnączami. W porę ten wiecznie-zielony gąszcz, bo słońce jest ostre a kierunkiem - wciąż południe.<br />
Tym razem ścieżka biegnie po lewej stronie. Po prawej mnóstwo boisk piłkarskich (Kingston Vale Playing Fields) - wszystkie pełne. W pewnym momencie faceci w pasiakach a la Newcastle Utd wdzierają się w kolczastości za piłką. Śpiewają ptaki. Rzeka zaczyna się lekko wić (wciąż jednak nie tracąc na szerokości). Na środku ścieżki wyrastają jeden po drugim dęby o obwodzie ponad 3 m. Po lewej pojawiają się boiska do rugby – jeszcze chwila i osiągamy południowy cypel Wimbledon Common. To koniec trasy (potok ma swe źródła znacznie dalej). </p>
<p>Jesteśmy w New Malden. Trafnym zrządzeniem nazwy, Beverly Avenue wyprowadza nas (na chwilę) ‘do cywilizacji’. Borough of Merton straszy karą £1000 za pozwolenie psu, etc. Teraz trzeba - w upale południowego stoku, 'strawersować' osiedle Copse Hill – bardzo <em>posh</em>, (by obejść Royal Wimbledon Golf Course dużym łukiem na wschód... </p>
<p>...i odpocząć w Canizaro Pk - festiwal jazzowy dobry na piknik). A potem powrót na łono natury (<em>or the nearest thing</em>) - rozległe Common.</p>
<p>Jeziora, czernice, <em>thatched houses</em>, wiatrak, dęby ogromne i inne drzewa (imponujące supłami na pniach i konarach), polanki rozliczne, wąwozy urokliwe, rozległe wrzosowiska - liliowe nawet zza złoto-miodowych okularów (kurczę pieczone, już prawie jesień!!!) </p>
<p>Z klasą, choć zmęczeni, maszerujemy na północ; postanowiliśmy nie dać się i nie skorzystać z metra czy autobusu. Na szczęście dłuższa przerwa przewidziana jest na wzgórzu Telegraph (Putney Heath) – 3 godziny byczenia się na ‘elitarnej’ polanie i rozrywki zwanej przez tubylców <em>planespotting</em> (rozpoznawanie marek i nazw przewoźników lecących nad nami samolotów; lecących nisko, więc zabawa niezbyt wymagająca). </p>
<p>A potem (nieee, jeszcze kwadrans!) w dół, niestety. </p>
<p><strong>©BM 29Aug05 </strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mo Mowlam or how to pay not too tricky a tribute ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=207</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 19:22:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=207</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 25/2005
Majorie Mowlam – The Northern Ireland Secretary 1997-99 - zmarła 1]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 25/2005</strong></p>
<p>Majorie Mowlam – The Northern Ireland Secretary 1997-99 - zmarła 19 sierpnia. Miała 55 lat.</p>
<p>New Labour dochodziła do władzy pod wieloma chwytliwymi hasłami. <em>Labour’s coming home , rebranding Britain, Cool Britania...</em><br />
Może najcześciej powtarzano bliskie pokoleniowo main-stream’owi labourzystów – <em>Things can only get better</em>. Gospodarkę przejmowano w obiecującym stanie – któż nie chciałby zwyciężać w takich okolicznościach?!... Wiało nowym. Na początek chciano się odciąć od stylu rządzenia poprzedników (zdemoralizowanych 18-letnią passą i wyalienowanych ministerialnymi luksusami oraz tajnymi lub mniej udziałami w rozlicznych radach nadzorczych, sztywnych wychowanków elitarnych szkół kultywujących Kiplingowską <em>stiff upper lip).</em></p>
<p>Nie żeby zupełnie brakło pilnych spraw. Jedną z takich - Irlandię Północną - dostała Mowlam. Wyróżniła się podczas kampanii: tabloidy chciały dopiec dbającej o prezentację i prezencję Labour, smażąc teksty, że jedna z <em>Blair babes </em>chyba opycha się słodyczami bo okropnie utyła. Mo nie miała wyjścia tylko oświadczyć, że tusza (i peruka) są efektem chemioterapii po nowotworze mózgu. Co zaskarbiło jej sympatię (jak upośledzenie wzroku – zdolnemu posłowi a wkrótce ministrowi Blunkettowi).</p>
<p>‘<em>Our woman’</em>: spontanicznie-autentyczna, bystra, dostępna, umiejąca słuchać, były wykładowca akademicki - wsławiła się w negocjacjach między rządem i unionistami a Sinn Fein, partią republikańską Irlandii Pn. (w '97 SF wysłała ‘na Westminster’ kilku posłów, w tym <em>heavyweights</em> Jerry’ego Adamsa i Martina McGuinessa).<br />
Rozmowy trzeba było zaczynać szybko – zanim nowa mitologia krzywd i prześladowań rządowych osadzi się w świadomościach irlandzkich katolików. Rola Mo w przygotowaniu Good Friday Agreement (1998) była przemożna. Tak poszło w lud – z anegdotą, jak to (w dosłownym i metaforycznym upale przeciągających się, napiętych negocjacji) zdjęła perukę i zsunęła buty, rozładowując gęstniejącą atmosferę.<br />
Wcześniej zaryzykowała odwiedziny słynnego więzienia Maze i długą rozmowę ze skazanymi paramilitarystami. Dwie godziny później ich polityczni przedstawiciele wrócili do będących akurat w impasie rozmów. </p>
<p>Zaczęto ją zwać St Mo. Gdy stanęła w Omagh (po brutalnym zamachu tzw. Real IRA na centrum handlowe: w sobotni sierpniowy poranek ‘98 zginęło 29 osób) – czuło się, że hołd ofiarom oddaje w imieniu ludzi autentycznie chcących zapobiec rozlewowi krwi i wiedzących, jak się zabrać do rozplątywania tego węzła gordyjskiego.</p>
<p>Jesienią ’98, na dorocznej konferencji Labour, Mowlam dostała najdłuższe owacje. Przerwano nimi mowę Blaira gdy chwalił swą Irish Secretary... a przecież to dla niego zarezerwowany był mega-aplauz pod koniec (tego) przemówienia. </p>
<p>Tak właśnie - zazdrością PM o konferencyjne oklaski – Mowlam tłumaczyła odsunięcie od wpływów (tekę irlandzką dostał wkrótce Peter Mandelson). Prawda była jednak złożona: Mo straciła zaufanie unionistów zbyt otwarcie ‘rozumiejąc’ republikanów. Tym z kolei nie podobało się, że negocjator jest kobietą. Mowlam nie przyjęła prestiżowego ministerstwa zdrowia. ‘W zamian’ napisała książkę <em>Momentum</em>, gdzie, obok kapitalnych wspomnień z dni chwały, znalazły się maleńkie rewanżyzmy, niegrzeczności i pretensyjki. Najwięcej pod adresem Blaira...</p>
<p>Powróciła też choroba (o niezrównoważeniu i braku kondycji szeptano już w trakcie ministerialnej kariery). Po kolejnym upadku i zranieniu głowy (zaburzenia równowagi) - nie odzyskała świadomości. Zgodnie z jej zapisaną wolą: wobec braku rokowań poprawy odłączono sztuczne odżywianie.</p>
<p>Powiew oryginalności w uprawianiu polityki, inspiracja dla cierpiących i optymistycznie walczących z groźną chorobą poprzez energiczne próby zmieniania świata na lepszy (a przynajmniej odciśnięcia na nim piętna swej osobowości). Krótki, wyrazisty epizod. Jedno, acz nie najdłuższe życie.</p>
<p><strong>©BM 24Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Robin Cook - or how to pay a very tricky tribute, indeed]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=204</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 19:14:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=204</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 24/2005
Robin Cook - Foreign Secretary 1997-2001, Leader of the House of Comm]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 24/2005</strong></p>
<p>Robin Cook - Foreign Secretary 1997-2001, Leader of the House of Commons (do rezygnacji w proteście przeciwko inwazji Iraku) - zmarł nagle 6 sierpnia. Miał 59 lat.</p>
<p>Mówiło się, że Cook to diabelnie inteligentny i równie pracowity Shadow Foreign Secretary. Szczególną legendą owiane zostało osiem kwadransów (na przejrzenie kilkusetstronicowego raportu o łamaniu embarga na eksport broni do Iraku), które musiało wystarczyć, by dwulicowy rząd Majora dostał od Cooka pamiętane do dziś cięgi.<br />
Więc, gdy w 1997 Labour doszła do władzy – Cook na równi z innymi pławił się w zasłużonym ciepełku aprobaty, lansując – naturalna nominacja na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych - ‘<em>ethical dimension in British Foreign Policy’</em>. W uznaniu za co sfotografowałam go w trakcie wychodzenia (pieszo!)  z Houses of Parliament (po State Opening 13 maja 97). Ów wymiar etyczny wyśmiewano na potęgę. Jakby krytycy zaangażowania UK w Kosovie, Afganistanie czy Iraku zapomnieli, jak pragmatyczna – mówiąc wprost: asekurancko-wyrachowana! - bywa(ła) polityka zagraniczna perfidnego (zdradzieckiego) Albionu. Czego ofiarą padła i Polska. New Labour pod wodzą drobnego i nieatrakcyjnego optycznie ‘gnoma’ Robina Cooka miała to zmienić.</p>
<p>Czar pryska już latem ’97. Jadąc na Heathrow, skąd z żoną Margaret udawali się na wytęsknione konne wczasy do Montany, Cook dostaje telefon od sekretarza prasowego premiera, że brukowiec ma opublikować romans ministra z sekretarką Gaynor, więc potrzebna jest jasna decyzja. Cook bierze żonę do VIP lounge i tam oznajmia: <em>the marriage is over</em>. Był to wybór wizerunkowego ‘mniejszego zła’ (pójście na całość za zauroczeniem miłosnym contra bagienko kolejnego oszukiwania żony – bo o ile nasz bohater do przystojnych nie należał – za to do wiernych... także nie).<br />
Deklaracja szybkiego rozwodu i poślubienia kochanki  niewiele jednak dały w kategoriach <em>damage limitation</em>: media się rozszalały.<br />
Na dodatek dumnie dotąd milcząca żona i matka dwóch synów przemówiła – z elokwencją dorównującą goryczy, czyli ogromną. Spotęgowaną ‘przerwaniem tamy’ u osoby latami duszącej osamotnienie i poniżenie. Dr Cook wkrótce napisała książkę - bestseller , z kart której genialny mózg i błyskawiczny dowcip – Robin wyziera jako frustrat topiący stres i poczucie niedowartościowania w whisky, pracoholik z kompleksami niższości (papiery jadą nawet w podróż poślubną), zrzucający na żonę nie tylko praktyczną i finansową troskę o rodzinę ale i ciężar własnych po-depresyjnych ‘terapii’, wielokrotnie ją zdradzający  a porzucający dokładnie w chwili, gdy miała nadzieję na okazjonalne promyczki <em>glamorous life down in London</em>. Będąc szpitalnym konsultantem-hematologiem, mieszkała w stolicy Szkocji; mąż posłował z pobliskiego Livingston, ale w <em>constituency home </em>bywał rzadko. (zapracowany opozycyjny <em>frontbencher</em> z przyszłością...)<br />
Nawet przychylni Dr Cook krytycy  - a kto jej wówczas nie współczuł! - określili książkę jako <em>vitriolic</em>.</p>
<p>Strategia szybkiego i zdecydowanego uporania się z problemem - ale i twardego odparcia nawoływań o dymisję , nie do końca wypaliła (winna <em>prolonged media attention</em>). Robin Cook – the Foreign Secretary, mimo demonstracyjnego błogostanu nowego związku , nie miał szczęścia na urzędzie. Popełniwszy parę gaf, błędów i zaniedbań (i mając od rozwodu niskie notowania w sondażach), został zaskoczony dymisją po wyborach 2001.<br />
Jako Leader of the House of Commons dążył do modernizacji Parlamentu, promując reformę ordynacji (z <em>first past the post  </em>na proporcjonalną).<br />
Zrehabilitował się opinii rezygnacją w sprzeciwie wobec wojny w Iraku. Odtąd człowiek, który ambicji premierowskich zaniechał (jak sam to ujął) ‘tylko’ z braku <em>looks</em> i z powodu osobowości <em>classroom swat </em>- wiódł żywot backbenchera, autora wycyzelowanych artykułów (głównie antywojennych) i... eksperta wyścigów konnych. </p>
<p>Kolejną wielką pasję – <em>hillwalking</em> – przypłacił życiem: w pierwszym dniu urlopu zmarł na zawał upadając podczas wspinaczki na Mount Stack w szkockich Highlands.</p>
<p>Szczodre <em>tributs</em> posypały się jak z rogu obfitości. Równolegle przypomniano (dokładnie, wielokrotnie, z wszelkimi szczegółami i punktami oglądu) jego <em>messy divorce</em>. Poniekąd dobrze, że w takich dniach bliskim brak czasu i sił na prasę i tv...</p>
<p>Blair – z rodzinnych wakacji w ‘nieznanym miejscu’  - powiedział coś <em>much to the point </em>i kwieciście.<br />
Ale mało kto dał się nabrać: z powodu opinii Cooka o inwazji Iraku i po demonstracyjnej, elokwentnie uzasadnionej rezygnacji, jego stosunki z szefem nie były najlepsze – <em>to say the least</em>.<br />
Czekano więc w pewnym napięciu, czy PM przyleci na pogrzeb wieloletniego kolegi. Niestety . Zdeklarowanego ateistę  pożegnały przed edynburską katedrą tłumy, wewnątrz wielu oficjeli i prawie cała Labour.</p>
<p>Brown poróżnił się z Cookiem ze 20 lat temu a niechęć była tak ugruntowana, jak tylko między dwoma Szkotami być może. Aliści ostatnio, gdy Cook przestał być Blairytą, zaczęto mówić o pojednaniu z Kanclerzem i perspektywie powrotu Robina na przednie ławy po zmianie PM. To własnie Goliat Gordon wygłosił w St Giles <em>the main eulogy</em>, cytując Sokratesa: <em>One must wait until the evening to see how splendid the day has been</em>. Zmarłego określono ‘największym parlamentarzystą współczesności’. Na koniec zagrano – w katedrze - Internationale. Ironista Cook byłby zadowolony.</p>
<p>Piszący lekarze powtórzyli, że nie wolno wprost od biurka porywać się na ekstremalne wyczyny, zwłaszcza z <em>hypertension history</em>. Szkotom wypomniano, że na zawał umiera tam o 48% osób więcej, niż w Londynie – nierzadko młodszych, niż Cook . </p>
<p>I najdelikatniejsza sprawa: dwie wdowy. Żona Gaynor przeszła wiele od sobotniego południa, gdy mąż upadł parę metrów ze skały i nie dawał znaku życia. Dla lepszego odosobnienia żadne nie wzięło telefonu, którego użyczył jej dopiero przygodny turysta. Z nim to próbowała przez 40 min reanimacji według telefonicznych instrukcji pogotowia. Zeszła potem do hotelu z policjantem - w helikopterze nie było miejsca.<br />
Margaret Cook wyznała, że zawarła pokój z ex-mężem  dwa lata temu (po pogrzebie matki Cooka). Jej rolą będzie wsparcie dla synów; mieli bardzo dobry kontakt z ojcem. ‘Taka tragedia, tyle miał do zaofiarowania, w tak młodym wieku...’ Nie ustrzegła się jednak protekcjonalnej wycieczki pod adresem Gaynor: ‘Jest całkowicie załamana - zawsze potrzebowała oparcia i miała je w Robinie; gdy go zabrakło, jest w beznadziejnym stanie...’</p>
<p>I tak to, niestety, było przez cały czas: Zamiast skupić się na wspominaniu Robinowej inteligencji, pracowitości, precyzyjnego pióra, innowacyjności, reformatorskiej pasji czy rewelacyjnie-zgryźliwej ironii – spekulowano, czy druga żona zaprosiła pierwszą bo uznała to za stosowne, czy na wyraźne życzenie (bardzo wspierających w tych dniach macochę) synów męża... Czy Blair nie wziął udziału w ramach vendetty za <em>tough time </em>przed niełatwą decyzją o wojnie, czy jako persona non grata... Jeden romans (za dużo... nie w porę...) – i <em>unholy mess </em>nie tylko na resztę życia, ale i po śmierci...      </p>
<p><strong>©BM 22Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ted Heath - or how to pay a tricky tribute ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=201</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 19:04:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=201</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 23/2005
Sir Edward Heath zmarł w Salisbury 17 lipca w wieku 89 lat i dziewi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 23/2005</strong></p>
<p>Sir Edward Heath zmarł w Salisbury 17 lipca w wieku 89 lat i dziewięciu dni. </p>
<p><em>Self-made man </em>(syn stolarza z Broadstairs, Kent; po państwowej szkole średniej - Balliol College, Oxford). Od 1950 parlamentarzysta (Con, Bexley), Prime Minister 1970-74. Wprowadził UK do Wspólnego Rynku (1973). <em>Father of the House of Commons</em> 1992-2001. Muzyk, żeglarz (jako PM nie tylko dyrygował profesjonalnymi wykonaniami w prestiżowych salach, ale nawet zwyciężał w regatach (Sydney-Hobart na jachcie Morning Cloud).<br />
Uparty, bezpośredni, dość próżny, często niegrzeczny, nawet brutalny (w tym dla dziennikarzy – zwłaszcza z perspektywy naszych, uładzonych politycznym PRem czasów), mizogynik (zaprzysięgły kawaler). Z latami - coraz bardziej czarujący, dowcipny (precyzyjnym, ocennym humorem ludzi zawdzięczających pozycję głównie sobie: ‘<em>I am not a product of privilege, I am a product of opportunity’</em>...)</p>
<p>Heath wygrał bój o przywództwo Torysów w 1965 roku, stając się w wieku 49 lat pierwszym <em>non-upper-class </em>szefem tej partii. Wierzono, że <em>middle class leader</em> zawalczy skutecznie z Wilsonowską <em>down-to-earth </em>Labour. Na ile spełnił te oczekiwania – zdania są podzielone; tak czy owak istnieje coś takiego, jak mit Heatha – znacząc dla różnych środowisk różne rzeczy.</p>
<p>Pamiętany jest głównie jako <em>the longest sulk </em>in Westminster: zaskoczony i wściekły wyzwaniem, jakie po przegranych wyborach rzuciła mu Margaret Thatcher, do końca aktywnych-politycznie dni krytykował (gorzko, zawzięcie, nie bacząc na meritum) wszystko, co robiła. Gorycz zaciemniała mu ogląd wielu spraw mających mniej bezpośredni związek z ideologią i działaniami Żelaznej Damy.<br />
Los nie dał mu nawet maleńkiej satysfakcji przeżycia Thatcher – ubolewają media... Bo, mimo upartego tkwienia w ‘głębokim mylnym błędzie’ co do <em>the big picture</em>, był lubiany i zapraszany – jak często ludzie o wyrazistych poglądach, <em>quick wit</em>, szerokiej erudycji i poza-politycznych pasjach.<br />
Chętnie czytano plotki o jego przyjaźni z - też niedawno zmarłym - Peterem Ustinovem (<em>polymath</em>, aktor; Neron w hollywoodzkim klasyku wg Sienkiewicza). </p>
<p>Na wieść o śmierci Heatha Baroness Thatcher jako jedna z pierwszych pośpieszyła ze zwartym, wielkodusznym trybutem: ‘<em>a political giant’</em>. PM rozbudował: ‘<em>he was a man of great integrity and beliefs he held firmly, from which he never wavered’</em>. </p>
<p>Parlamentarzyści zwyczajowo oddają hołd ważnej postaci ‘sesją wspomnień’. Barwnych, niekoniecznie laurkowatych, czasem autoironicznych. Ton nadał Tony Blair (odnotowano, że wytrwał do końca w House of Lords , czego nie można powiedzieć o wielu członkach jego partii). Słynny z ciętego języka Ted Heath zapytał w 1984 nowicjusza parlamentarnego, jaką partię reprezentuje. Po grzecznej, pełnej uszanowania odpowiedzi Blaira skomentował: ‘<em>Well, you don’t look one and you don’t sound one’</em>. Większość lordów i posłów zareagowała zlośliwym, ukontentowanym rechotem. ‘Narodowi’ anegdota się spodobała. (Mnie też).</p>
<p>Wiwisekcja dorobku i poglądów Heatha zaczęła się natychmiast. ‘Wykopaliskowe czasy - dobrze, że jesteśmy od nich tak daleko’ - wzdychali ‘znudzeni’. Wypomniano, że (jako jedyny w historii przywódca Torysów ‘ciut na lewo od centrum partii’), wierzył w <em>command economy (as long as he commanded</em>) a reformatorską agendę – pilną już wówczas  - zbywał lekceważącym ‘<em>irrelevant</em>!’.<br />
Kwestia Europy dalej dzieli naród na porównywalne ‘połowy’ zwolenników i przeciwników. Niektórzy twierdzą, że do EEC (EWG) wprowadził Królestwo podstępem (nawet zdradą). Ci sami mają mu za złe fascynację Francją. Podziw dla ‘<em>excellent German belief in order’</em> też nie przysporzy(ł) zwolenników. H nie miał za to czasu (zrozumienia?) dla pielęgnacji popularnego mitu o brytyjskim ‘<em>special relationship’ </em>z USA.</p>
<p>Jako błędne ocenia się (z perspektywy realistycznie-rynkowego myślenia AD 2005) jego decyzje interwencjonistyczne: nacjonalizację upadającego Rolls-Royce’a czy wpompowanie gigantycznych pieniędzy w stocznie Govan i Upper Clyde  (mimo wcześniejszych deklaracji nie-wspierania ‘kulawych kaczek’).<br />
Dalej - wyliczają krytycy - rozpanoszeni działacze związkowi i nielegalne strajki. Oraz galopująca (dla Brytyjczyków) inflacja , związane z nią żądania płacowe i protesty górników, które przyczyniły się do porażki wyborczej Torysów .</p>
<p>Sednem wysiłków Heatha  było znalezienie dla UK nowej roli po upadku ‘Imperium nad którym nie zachodziło słońce’. W tym sensie był nowatorem i radykałem. Dążył też do modernizacji Partii Konserwatywnej. Oba cele chciał osiągnąć, upodobniając UK do Francji z jej silną służbą publiczną, prezydenckim stylem, centralizmem. Marzył o silniejszej unii politycznej z rywalem zza Kanału a nawet o zespoleniu arsenałów nuklearnych obu państw.</p>
<p><em>Heath didn’t fail because he accepted a declining Britain as it was and worked with its grain, he failed for precisely the opposite reason. He tried to impose institutions, policies and ways of working that rebelled against basic British instincts and traditions.They didn’t work and they weren’t wanted. Margaret Thatcher’s policies appeared strikingly original, but they went with the grain of the country and took advantage of changing middle class opinion. If events hadn’t changed Middle Britain there would have been no Thatcher revolution.<br />
It is difficult sometimes to live with centre-ground opinion, tempting to want Britain to be another place, attractive to believe that you can remake a nation. But Edward Heath’s career suggests that it isn’t as easy as it sounds.</em> (Daniel Finkelstein). </p>
<p><strong>©BM 20Aug05 </strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Young(ish), famous, well-connected]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=198</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:55:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=198</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 22/2005
Młody człowiek, jadąc na graduation potrącił rowerzystę. Nic gr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 22/2005</strong></p>
<p>Młody człowiek, jadąc na <em>graduation</em> potrącił rowerzystę. Nic groźnego na szczęście się nie stało, dlatego o sprawie dowiedzieliśmy się parę dni po ceremonii, zaszczyconej obecnością rodziców młodzieńca. Są nimi Tony i Cherie Blair a absolwentem - najstarszy, Euan. Choć Blair’owie strzegą swych pociech przed <em>media intrusion </em>- przy publicznych okazjach niewiele da się zrobić (i nie warto ‘kopać się z koniem’). Media dawno wytropiły, iż (potwierdzając-pieczętując ‘zdradę Blue-Blairismu’), premier wysyła pierworodnego na praktykę do republikańskiego kongresmana amerykańskiego.</p>
<p>Zara Phillips wyleczyła konia i co rusz powtarza, że prześcignie mamę w osiągnięciach jeździeckich. Nie wiadomo, co na to najbardziej utytułowany w tym towarzystwie tatuś (pierwszy mąż księżniczki Anny).<br />
Williama coś mniej w <em>red-tops </em>– czyżby się dalej błąkał po Nowej Zelandii, dokąd paparazzim nie po drodze?<br />
<em>Fun-loving </em>Harry poszedł do elitarnej szkoły wojskowej Sandhurst i szybko zapracował na miano Sick-Note Harry. (Oficjalnie - Cadet Wales). Prasa spekulowała nt prawdziwości jego infekcji i dotkliwości bąbli (po pieszych manewrach): było źle w tygodniu i wspaniale podczas weekendowej przepustki, gdy książątko zagrał w elitarnym i mocno obfotografowanym meczu polo.<br />
Księżniczka Beatrice kończy 17 lat i z tej okazji zapozowała dla Tatlera (‘biblii towarzystwa’). Jak donosi najkonserwatywniejszy z broadsheets , Prince Andrew, jest zaniepokojony seksownością i prowokacyjnością zdjęć córki.<br />
Cóż, nieszczęścia chodzą parami (skandale dworskie czasem seriami) – niedawno Dutchess of York  też dała się zdjąć (diament i designerskie szpilki w charakterze przyodziewku)… w celach charytatywnych. Mimo to Sarah nie tylko (po latach <em>out in cold</em>), została zaproszona do szkockiego Balmoral (gdzie Royal Family spędza letnie miesiące), ale chodzą słuchy, iż ma się wprowadzić do odremontowanego domu byłego męża na terenie Windsor Castle. Jakoweś <em>damage-limitation exercise</em>? Czyje? Czy skuteczne? - Czarno widzę.</p>
<p>Gwiazdki i gwiazdeczki mają lepsze lub gorsze filmy do wypromowania, kontrakty do podpisania, wywiady do dania. Nieco notoryczności więc nie zaszkodzi. W brukowcach i nie tylko pełno Toma Cruise’a, zakochanego po raz pierwszy w życiu (jak babcię kocham – nieee?, ale teeeraz to już napraaawdę). Technikę <em>a rebours </em>wybrali niejacy Angelina Jolie i Brad Pitt. Jako publicity dla Mr&#38;Mrs Smith (nie idźcie Państwo!) realizują <em>on-&#38; off-screen romance, </em>gorliwie zaprzeczając, by byli <em>an item</em>. Brytyjczycy lubią plotki, Amerykanie jeszcze bardziej: Angelina ma w Anglii posiadłość i kolekcję noży...lecz w istocie to prawie-intelektualistka. Jest i ta trzecia (rozwodząca się z Pittem J. Aniston).</p>
<p>O Jude Law Państwo słyszeli? A o Siennie Miller – jeszcze nie... Przez cały lipiec dostarczali mediom żeru a sobie ‘robili nazwiska’ po tym, jak okazało się, że aktor zdradził narzeczoną-aktoreczkę  przy pomocy niani swych dzieci. Ostatnio (mimo prób łagodzenia ‘występku’ przez niewiernego) Siennę spotkał jeszcze jeden <em>devastating blow</em>: w jakowymś sondażu pięknych pośladków Law wygrał a Miller zajęła piąte miejsce - to dopiero dramat!...<br />
Akurat ta para nie byłaby warta wzmianki (nawet w konwencji niniejszej Pocztówki), gdyby nie powódź tekstów, zwierzeń, opinii i analiz na motywie ja-mój mąż-niania, jaka po ich ‘dramacie’ zalała prasę i (podobno) <em>day-time tv</em>. W roli czarnych charakterów odnotować też trzeba parę polskich bohaterek, przybyłych do brytyjskich rodzin za chlebem i językiem. Więc wzięto je na języki: raczej z imienia niż z nazwiska (lecz często ze zdjęciami).</p>
<p>W zeszłym roku nastała moda na t-shirts  ‘Bored of Beckhams’ i miałam nadzieję już nie wspomnieć o tych <em>semi-royals </em>z kiepskiego serialu. Aliści Victoria (Posh Spice) zwierzyła się ostatnio, że w życiu nie przeczytała ani jednej książki. Choć ‘napisała’ autobiografię a jej małżonek – dwie. Osiągnięcie!</p>
<p><strong>©BM 17Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tate Modern - revisited]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=194</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:48:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=194</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 21/2005
Na południowym nabrzeżu Tamizy, (niesamowity widok na St Paul’s i]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 21/2005</strong></p>
<p>Na południowym nabrzeżu Tamizy, (niesamowity widok na St Paul’s i City of London, o rzut kamieniem od zrekonstruowanego The Globe), w budynku starej elektrowni (co za kubatura, ten Turbine Hall!) – pokochałam <em>for better, for worse </em>awangardową sztukę współczesną.<br />
W czasach schyłkowych postmodernizmów, dogorywających dekonstrukcjonizmów i innych dezintegracji – <em>modern</em> (nie mówiąc o <em>awant</em>) bywa (się) około pięciu minut... z łutem szczęścia - tydzień. Tymczasem w Modern - dzięki tutejszej pragmatyczno-dydaktycznej logice, która każe pokazywać związki przyczynowo-skutkowo-czasowe prądów, nurtów, toposów, obsesji i innych-tam constansów – wszystko zastyga na moment w łatwą do objęcia a nawet rozczytania skamieniałość. </p>
<p>‘Każe pokazywać’ - bo może. Magazyny, obscenicznie pełne arcydzieł, ‘wyrzucają’ - ad hoc i za darmo – temat Degenerate Art : obrazy i rzeźby artystów wyklętych przez Hitlera, Goebbelsa et consortes. W poszukiwaniu niedostatecznie ‘zdrowej’ sztuki splądrowano  galerie i muzea niemieckie a ‘urobek’ zgromadzono na słynnej wystawie . Najbardziej potępione prądy - dada, ekspresjonizm i kubizm - są bogato reprezentowane  - także dlatego, iż paru twórców uciekło przed krytykami sztuki spod znaku SS właśnie na Wyspę.<br />
Na przykład Oskar Kokoschka. Jednak jego obrazki pokazane w Modern do apologetycznych wobec chwilowej ojczyzny nie należą: Loreley (1941-42) wykpiwa  Brytyjczyków jako przebrzmiałą potęgę morską; Marianne-Maqiuz (42) ironizuje nad zastygłymi w rzekomym herbacianym nic-nie-robieniu Churchillem i jego otoczeniem w towarzystwie rozwiązłej Marianny (Francji). Ambassador Maiski (ten od układu z Sikorskim) – podczas większości z 30 pozowań zasłaniał się Timesem...<br />
Kokoschka sarkastyczno-deliryczny; mocniej działa The Sick Child Muncha (1907) i maleńki, oszczędny w palecie, ekspresyjny Paul Klee – Walpurgisnacht...van Gogh nocą.</p>
<p>Trzecie piętro: dwa bloki Collection 2005: LandscapeMatterEnvironment i StillLifeObjectRealLife. Piąte gości kolejne dwa: HistoryMemorySociety i NudeActionBody. Każda z ‘triad’ ma uzmysłowić ewolucję wyobrażeń i zainteresowań twórców w obrębie ‘tematu’ czy ‘zadania.’</p>
<p>Sobota, mnóstwo ludzi. Ośmio-dziewięciomiesięczny berbeć szoruje (z wielką energią) parkiet pod Pollock’owym Summertime nr 9A (1948). Pasiaste spodenki okropnie brudne Bacznie obserwujący rodzice pozwalają pociesze ‘się uodpornić’?... – hm, metoda artysty do czystych też nie należała...<br />
I oto Braque: kubistyczne, czasem miękkie (przy tym tak zdyscyplinowane), fantastycznie-harmonijne struktury na płótnie: Guitar and Jug (1927), kryształopodobne Clarinet and Bottle of Rum on a Mantelpiece, Mandora (1909-10) – w ostatnim niemal czuje się rytm i słyszy rewerberacje akustyczne.<br />
Picassa reprezentuje eksperyment w symulacji collage’u: wypożyczone z NatGal Bowl of Fruit, Violin and Bottle (1914).<br />
Rzut oka na klasyki Legera, Kandynskiego, Gonczarowej. The Inattentive Reader Mattise’a (1919) i przeciekawy  Dish of Pears Picassa (1936): graficzna maniera, przedmioty obrysowane czernią plus białe tło ‘domalowane’ ponad stołem płasko i niedokładnie a mimo to – paradoksalnie – mamy zdumiewające poczucie przestrzeni.</p>
<p>Minąwszy szybko salę Optical&#38;Kinetic (dzieci i dorośli bawią się figlami, jakie płata nam zmysł wzroku) – osiągamy słynną instalację Michaela Landy, Scrapheap Services  (1995). Biała, mocno oświetlona sala (ca 15x30m); trzy naturalnej wielkości sylwetki ludzkie w nieskazitelnych czerwonych uniformach (i równie niezużytych czarnych butach), w typowych pozach śmieciarzy; cztery duże czerwone kosze na odpady, cztery mniejsze na słupach, dwa czerwone wózki śmieciarskie,  oprzyrządowane nowiutkimi miotłami, łopatami, szpikulcami. Czterometrowe czerwone Vulture (ze stosownym ptaszyskiem) – większy śrutownik do ziarna. Manekin, stojąc na drabinie wrzuca do misy ‘śrutownika’ zawartość kosza. A są nią wycięte z puszek alu, pudełek po papierosach czy opakowań fast-food, dziesięciocentymetrowe sylwetki ludzkie, rozrzucone po podłodze, w koszach, na hałdach, pryzmach.<br />
Kolorystyczną odskocznię od opresyjnej dominacji bieli i czerwieni stanowią dwa bilboardy kuszące ‘oczyszczonym’, zielonym krajobrazem z wijącymi się sielsko dróżkami, słońcem jak na partyjnych promos i piknikującą rodziną. ‘<em>Welcome to Scrapheap Services...</em>’ - Jedwabiste, uwodzące-reklamowo głosy zachwalają z monitora efektywność i niezawodność urządzeń, organizację i poświęcenie ludzi: <em>floor specially designed... bags robust... top capacity bins... future ideal landscape free from imperfection.</em> Długo rozpływając się nad zaletami i maszynerią Vulture. Wszystko pointuje czerwony człowiek, nabijając na szpikulec dziesiątki płaskich ludzików.<br />
W opisie instalacja robi wrażenie ekspresjonistycznie-kiczowatej i zbyt jednoznacznie-dyskursywnej, na miejscu zaduma się nawet obserwator zirytowany anty-taczerowską obsesją miejscowych ‘kowali opinii’.</p>
<p>W sali obok: Subversive Objects – mają wykpiwać, prowokować i wyzwalać irracjonalne obawy, demaskować stereotypy ‘przydatnościowego’ myślenia (jak na przedmiocie ‘struktury’ na ASP czy innych kierunkach plastycznych).<br />
Eksponaty przeważnie z późnych lat 60tych i 70tych: żelazko z duszą i... rządkiem ostrych calowych gwoździ przez środek płytki grzewczej; bańka mydlana wydobywająca się z fajki; muszle ‘wyrastające’ na dwukrotną wysokość casseroli, w której się znajdują (satyra na Belgię, ojczyznę autora i jej muszlową obsesję); gryf wiolonczeli z obfitym włosiem końskim, równo przyciętym, po kobiecemu ‘witalnym’. I inne skojarzenia, czasem zbyt wykoncypowane, na ogół jednak zabawne (i zaskakujące w swej prostocie).</p>
<p>Kolejna sala: Memento Mori. Temat ilustrowany od flamandzkiej martwej natury (1696)  z typowymi symbolami vanitas po najbardziej współczesne instalacje. Mamy więc Picassa Goat’s Skull, Bottle and Candle (1952) – monochromatyczna paleta uwypukla determinację w walce o przetrwanie. Na ścianie obok witryna (2x4m) mieści 44 niezwykłej piękności muszle. Tylko dodać ceny, jak w sklepikach nadmorskich. Ale tu występują jako instalacja samego Damiena Hirsta, Forms Without Life (1991). Zakupione w Tajlandii, mają wykpić pasje kolekcjonerskie: <em>you kill things to look at them...</em><br />
Największe wrażenie robi na mnie czterominutowy film Sama Taylora-Wooda (1967) – przyspieszony proces psucia się tacy owoców: Po flamandzku oświetlone, uwodzicielsko kolorowe, pokrywają się na naszych oczach najpierw puszkiem pleśni a potem zapadającą się skorupą. Tracąc kolor i życie... gdy obok leży najtańszy, ohydny brzydotą rzeczy seryjnych długopis. Dzieci (oświeconych rodziców) patrzą z otwartymi z pół-przerażenia – pół-fascynacji buziami. </p>
<p>Jak to w muzeach, czasu jest za mało a człowiek zbyt prędko czuje się jak górnik po zmianie. Przebiegam więc prędko na drugą stronę symetrycznego budynku by zobaczyć, co też wyciągnięto z magazynów jako Lanscape etc. Są na przykład Lilie wodne Moneta – jedna z wielu wersji słynnego <em>lily-pond </em>artysty w Giverny (duża, w cytrynowościach, z 1916 ). Sala obok – The Window Bonnarda. </p>
<p>Jeśli ktoś ma dość pejzażu, przestrzeni, ekspansji, materii i środowiska - może obejrzeć jeden ze wczesnych czarno-białych filmików Gilberta&#38;George’a: dwaj gentlemeni, w sielskich okolicznościach przyrody (i nienagannych, jak zawsze u G&#38;G, garniturach), gapią się w dal w niemal-bezruchu. I tyle. Ideolo: wykpienie ‘krajobrazowego’ sentymentalizmu Brytyjczyków. Jak zwał tak zwał, skórzana ławka jest wygodna a ciemność (w porywach monochromatyzm) dobrze robi po obżarstwie duchowym (sorry, Święty Janie od Krzyża!)<br />
Piąte piętro?... może innym razem.</p>
<p><strong>©BM 14Aug05 </strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Testing times]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=191</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:38:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=191</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 20/2005
Football, tenis, wyścigi konne, polo, rugby, krykiet należą (mocno]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 20/2005</strong></p>
<p>Football, tenis, wyścigi konne, polo, rugby, krykiet należą (mocno i naturalnie) i do <strong>general knowledge</strong> i do <em>British way of life</em>. Potop idiomów, powiedzeń, przysłów, gier słownych, metafor odwołujących się do sportów, rywalizacji, ich styków z biznesem, <em>socialising</em> i marketingiem - zmusza do główkowania, czym-to mógł opalizować tytulik w gazecie albo wtręt w rozmowie. A każdy dzień przynosi nowe skojarzenia w języku bez porównania najbardziej wynalazczym, wolatylnym  i nierewerencyjnym.</p>
<p>Powrócić do footballu było łatwo: półtorej dekady od fantastycznego relaksu, jaki upokorzonej stanem wojennym Polsce zafundowali Boniek, Młynarczyk, Buncol, Smolarek. Głębiej – Srebrna Drużyna Taty (i Kazimierza Górskiego). Wryte idealnie w pamięć – pozostaje nadrobić braki (o Hajto, Matysku, Citko i Juskowiaku usłyszałam od wnuka pracodawczyni)... i nauczyć się <em>soccer</em>a wyspiarskiego - od 1966 starczy. Reszta na bieżąco i obowiązkowo - nawet gdyby się robiło badania terenowe na Marsie.</p>
<p>Szczodre zrządzenia losu zawiodły mnie w 1993 na Wimbledon pań (Steffi Graff contra ktoś-tam) i - o niespodzianko! – na finały Euro 96 (Niemcy - Czechy; Old Wembley, Królowa...) Plus Bayern u siebie w 2000. Z powyższymi <em>credentials</em> potrafię ujść za pasjonatkę (w porywach – znawczynię) piłki nożnej i – w mniejszym stopniu - tenisa. </p>
<p>Lecz sport na Wyspie na tym się nie kończy. Golfa (jako coś więcej, niż przebywanie na świeżym powietrzu w snobistycznym towarzystwie) ‘przyjęłam do wiadomości’ z nastaniem ery Tigera Woodsa i – jednocześnie – moich intensywnych po UK podróży. <em>Golf courses </em>spotyka się w najbardziej odległych i spektakularnych zakątkach. Dwa nieprawdopodobne widziałam w Cornwalii: dość wąski pasek na wysokim i pochyłym klifie przy Ścieżce Atlantyckiej oraz pod St Ives, nieopodal tamtejszego Tate (zatoka z jednej, brunatno-zielony - w dole szmaragdowy - ’kocioł-fiord’ z drugiej strony). Trzecia lokata dla stromego zbocza w Lewes, West Sussex z widokiem zamku.<br />
Jeśli golfiści potrzebują takiego ‘dramatic scenery’ - coś musi być na rzeczy... </p>
<p>Polo ‘nie kumam’ ostentacyjnie - z antypatii dla następcy tronu. Szybko się zorientowawszy, że w zasadzie używa się jednej (prostej i ogranej) <em>wordplay</em> z nim związanej. </p>
<p>Rugby, okropnie a-estetyczną grę; przyswoiłam i natychmiast zapomniałam po ubiegłorocznym zwycięstwie Anglii nad Francją. Podobno ważnym i triumfalistycznie swiętowanym.</p>
<p>Ale krykiet - ileż ja się namęczyłam wkuwając reguły przed egzaminami! Przerwa w niedzielnym rowerowaniu wypadała najczęściej w pobliżu jakiegoś <em>cricket ground</em>, by obserwować biało (ciepło i pancernie) odzianych gentlemenów kultywowujących <em>quintessentially British sport</em>. Łaska zrozumienia nie zlała się wraz z pracą (<em>five times a week, 20 months</em>) w bezpośrednim sąsiedztwie Mekki angielskiego krykieta – Lord’s Circket Ground (St John’s Wood). Ani poprzez tęskne wejrzenia na Medynę – Oval (tu 02.05.97 Mr Major pamiętnie i publicznie przebolewał porażkę wyborczą). Niby (już) potrafię wyrecytować utytułowane reprezentacje , wydarzenia czy tok gry – empatii wciąż brak... </p>
<p>I przyszła kryska na matyska. Tego lata <em>Flintoff is a new Beckham, cricket is sexy again, and England cricket team are new Australia.</em><br />
O horrorze! - to już nie dość, że rzeczona ‘gra’ wypiera wszelkie interesujące programy z BBC-R4 i BBC-5Live!... Jeszcze mam czytać opinie, czaić nazwiska, kojarzyć <em>batting’n’bowling</em> przynajmniej na tyle, by wiedzieć, o czym ludzie do mnie mówią! Testy trwają całymi dniami (stawką zdobycie - po raz pierwszy od 18 lat - tzw. Ashes); poświęca się im kilometry kolumn.<br />
Po zaskoczeniu, radości, dumie nastał czas na ‘cnotę (=wierność kibica) nagrodzoną’ . <em>The reward </em>to jeszcze nie spełniony (a już niemal-skonsumowany) triumf nad krykietową potęgą - Australią. Z innymi filistynami prowokujemy wessanych, że najciekawsze są: iście bizantyński system punktacji, stroje tudzież choreografia. Równie ‘atrakcyjne’ - ostatnie okołokrykietowe dowcipy: <em>Prince Charles is asked ‘Do you bat, Your Highness?’ ‘No, but Camilla Parker Bowles’.</em>..<br />
W sumie można by uznać krykiet za Okopy Św Trójcy <em>in 21st century Britain</em>. Lecz i niektóre ‘wrogie elementy’ krykiet rozumieją i uprawiają.<br />
Wszyscy pełni nadziei, że popularność <em>gentleman’s game </em>skusi młodych.</p>
<p><em>Testing times </em>nastały dla Michaela Owena (utknął w Realu Madryt w charakterze piątego napastnika a powinien grać w roku mistrzostw). Symetrycznie niezasłużona <em>injustice</em> spotyka Jerzego Dudka – na tyle ‘krzycząca’ , że napisało o niej (wreszcie) parę tytułów. Dla tutejszej lekkiej atletyki Helsinki byłyby największym flopem w historii... gdyby nie złoto niezłomnej maratonki Pauli Radcliffe.</p>
<p>Czas próby również dla brytyjskich tatusiów: upowszechnienie się testów DNA sprawiło, że sprawdzają coraz powszechniej ojcostwo biologiczne swych dzieci. A wątpliwości i obawy bywają uzasadnione: co dwudziesty piąty ojciec opiekuje się ‘nie-swoimi’ pociechami nie wiedząc o tym. To efekt uprawiania dyscypliny zwanej <em>playing away</em>: dawniej raczej męskiej, ostatnio jednak zawojowanej (bez - jak widać – baczenia na konsekwencje) przez zwolenniczki równouprawnienia. Psychologowie i inni <em>councellors </em>radzą, by w przypadku wytestowania ekstrawaganckich genów nie popadać w panikę: młode pokolenie ma być przede wszystkim kochane. I mieć ciekawe geny. Ergo - ducha sportowego do rywalizacji i innych (pod)bojów.<br />
<em>So, Rule Britania</em>!  </p>
<p><strong>©BM 12Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[A blessing in disguise]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=188</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:28:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=188</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 19/2005
Średnia cena litra paliwa sięgnęła właśnie 90p i może przekroc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 19/2005</strong></p>
<p>Średnia cena litra paliwa sięgnęła właśnie 90p i może przekroczyć £1 w styczniu a nawet wcześniej. Od paru dni stacje pozamiejskie (mniejsza konkurencja) żądają i £1.1 za olej napędowy (droższy w UK niż bezołowiowa).<br />
Analitycy-prorocy wyjaśniają, uspokajają, drążą. Pocieszając, że realna cena jest mniejsza niż w okresie paliwowych strajków (2000) a tylko 52% wyższa od stanu z 1987. I - <em>to add insult to injury </em>- iż w chwili obecnej UK jest eksporterem ropy (zarabiając netto £500m na kwartał ).<br />
Cóż, sezon wakacyjny nie może być bezchmurny: znów ci paskudni Amerykanie ruszający w dalekie trasy swymi przeklętymi <em>gas-guzzlers</em>, przegrzani Chińczycy i Hindusi, niestabilny Bliski Wschód... i po co ten Tony polazł do tego Iraku, zawsze mówiliśmy...</p>
<p>Gdy zeszłego lata paliwo też punktualnie zwyżkowało, zaroiło się od tekstów propagujących ideę auta z napędem hybrydowym – jak, przykładowo, Toyota Prius. Ekonomista Independenta Hamish McRae argumentował, że parę ważnych ulepszeń i wynalazków powstało, gdy pojawiały się problemy stawiające pewne style życia (lub wprost – bezpieczeństwo) ‘na ostrzu noża’. Więc to, że ceny idą (i pójdą) w górę z powodów jeszcze-nie-bezpośrednio-związanych z wyczerpywaniem się światowych zasobów, powinniśmy traktować jako czas dany przez Opatrzność na przemyślenie naszego stosunku do źródeł energii i naukę pokorniejszego jej używania.</p>
<p>Ostatnio odnotowuję znacząco więcej wypowiedzi ludzi, którzy realizują te postulaty. W Londynie kupno toyoty prius to wydatek od £17,500.<br />
Lecz – jako że jest to <em>green car</em> – dostaje się £700 grantu rządowego. Podatek drogowy to £65 (zamiast typowego dla pojazdów powyżej 1549cm³  - £170). Plus niebagatelna sprawa, gdy dojeżdża się do lub przez centrum pięć razy w tygodniu: zwolnienie z <em>congestion charge </em>(£8 za wjazd).<br />
Użytkownicy twierdzą, że wydatki paliwowe spadły o połowę, auto nie jest tak nudne, jak by się można było obawiać, ma świetny promień skrętu i dobrze trzyma się drogi. Cisza – na początku (użytkowania i konkretnej jazdy) jest ponoć niesamowita.  Niektórzy mają zastrzeżenia do wyglądu autka ale poza tym: ‘<em>I suppose the Prius is really a combination of my bank manager and my conscience speaking’ – oh, how very, very nice…</em></p>
<p>Zwyżki cen paliwa nie niepokoją Kanclerza Skarbu: pokąd nie spowodują recesji, oznaczają jedynie dodatkowy przypływ kasy do Skarbony, czyli radość wszystkich jej strażników.</p>
<p>Przez całe lato pobrzmiewają - spokojne ale asertywne - postulaty: ‘czas pozbyć się elektrowni atomowych’. Doradcy Blaira twierdzą, że przeciwnie, ale dziennikarze, obywatelskie gremia oraz kampanie wiedzą lepiej. Bez typowej histerii ‘niemieckich ekologów’ (słynne blokady przejazdów pociągów z odpadami promieniotwórczymi), powtarzają spokojnie, że elektrownie wiatrowe w pełni zaspokoiłyby potrzeby populacji trzy razy większej, niż brytyjska. I dały pracę wielu osobom.<br />
O protestach największej brytyjskiej partii – Nimby, jakie nieuchronnie pojawiłyby się przy okazji planowania i budowy wiatrowni, jakoś się nie wspomina. Prąd podrożeje tak czy owak od jesieni.</p>
<p>Brytyjczycy zaczynają rozumieć, że grzeszą… – jak to dobrze, że Amerykanie marnotrawią wszystko najbardziej. Zresztą i na tym froncie obserwuje się sukcesy: amerykańska gospodarka staje się - z powodu cen - mniej <em>energy-intensive</em>. A przekształcanie się nowoczesnych ekonomii z wytwórczych w serwisowe powoduje dalsze oczywiste oszczędności.<br />
Dla Londynu wyzwaniem będzie Olimpiada, gdy w mieście powinny poruszać się tylko ekologiczne pojazdy komunikacji publicznej. Włącznie z – obecnie potężnym trucicielem – taksówkami. Zadanie jest poważne. Skoro jednak nawet Delhi przemogło w ten sposób swe <em>lethal levels of pollution </em>- Londyn musi dorównać decyzyjnością. Myśl globalnie, działaj lokalnie… złośliwcy wciąż i uparcie powtarzają, że u Jankesów jest na odwrót.</p>
<p><strong>©BM 11Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[(Christmas) bulbs, bubbles and baloons ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=185</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:22:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=185</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 18/2005
Ależ o tym trzeba napisać natychmiast! - Ósmy sierpnia, przyjemne,]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 18/2005</strong></p>
<p>Ależ o tym trzeba napisać natychmiast! - Ósmy sierpnia, przyjemne, prawie-upalne południe: w domu wysyłkowym Argos zobaczyłam ‘najnowsze trendy Bożonarodzeniowej mody’. I udekorowane, oświetlone choinki. Przydźwigany do domu z reporterskiego obowiązku nowy katalog (2.5 kg) rozczarował mnie wszakże: słodkim świętom poświęcone są tylko strony 1693-1703. Ale uczczeniu przyjścia na świat Dzieciątka Jezus służyć ma i może każda strona każdego możliwego katalogu...<br />
<em>A vicar during religion classes: ‘Tell me what is the name of the big good Book that tells us about Christmas?...’  A boy: ‘Argos catalogue!!!’ </em>  </p>
<p><strong>*** </strong>                                                                          </p>
<p>Wyprzedaże były najgorsze od 10 lat (spadek sprzedaży w porównaniu z lipcem ‘04 znacznie gorszy od antycypowanego). Obwinia się:<br />
1.wysokie interests rates (właśnie obniżono o 25 pkt czyli ćwierć procenta)<br />
2.brzydką pogodę w lipcu (kupowanie, nawet wg najnowszej definicji mody, wymaga pretekstu i wzmocnienia<br />
3.Live8 (albo wszyscy poszli na koncert i/lub odbywającą się jednocześnie Gay Pride Parade , albo - przejąwszy się hasłem <em>make poverty a history </em>- wypełnili czeki/ wysłali smsy kosztem nowych jeansów albo 101szej sukienki; tak czy inaczej pierwszy weekend lipca był zły)<br />
4.7/7 (w tym dniu ‘<em>numbers of shoppers fell 77%</em>’) .<br />
Niektórzy posuwają się aż do<br />
5. – obwieszczenia spowolnienia a nawet – pęknięcia osławionej brytyjskiej <em>economy bubble </em>. Nie aż tak złowieszczej, jak dotcoms, ale jednak groźnej. Fakt, bańka jeśli nie pęka to flaczeje. Wyśrubowane powyżej wartości, ceny properties nieco zniżkują, co zawsze jest sygnałem do ostrożniejszego wydawania . Spada też wzrost w manufacturing . Nie ma jeszcze danych o turystyce po zamachach; jeśli  popatrzyć nieuzbrojonym okiem na hotele, restauracje, muzea i sale koncertowe – ‘nie jest tak źle’. Wyniki zaawansowanych gałęzi gospodarki wydają się być bardzo obiecujące.<br />
Czego nie można powiedzieć o całym Gross Domestic Product, przewidzianym przez Gordona Browna. Ergo - wydatkach budżetu z owymi prognozami związanych. Zwłaszcza, iż Kanclerz Skarbu zrobił się szczodry (w dużej mierze na kredyt) już wiele miesięcy temu. Wierzy, że zastąpi swego przyjaciela-rywala <em>next door</em>... W sumie - <em>mixed signals</em>, jak zawsze, gdy są ‘pewne symptomy’ ale nikt ich nie chce rozdmuchiwać by nie rozkręcić <em>self-fulfiling profecy</em>.</p>
<p><strong>***</strong></p>
<p>Jeszcze nie rozesłałam poprzedniej Pocztówki gdy pojawiły się pierwsze kąski <em>feedback</em>’u. Nie tyle wszak na temat wszechobecnych ‘oczu kamer’, ile moich dopiskowych, porannych zachwytów nad balonami przed szóstą nad SKen. Mam już podejrzenie co do celu ich żeglugi: <em>Baloons in the sky above Bristol prepare for the International baloon Fiesta, which takes place at Ashton Court from August 11 to 14. The fiesta, one of the largest free outdoor events in Europe, is in its 27th year and will feature baloons from around Europe, including Italy, France, Poland, Switzerland and the Czech Republic. A total of 126 baloons will take part, including those in the form of a fire extinguisher, a rolled newspaper and a piper. Up to 400,000 spectators are expected over the four days.</em><br />
Po różowo-pomarańczowym nieboskłonie (niebowschodzie!) płynęły prawdopodobnie w jakimś związku z ową Fiestą. </p>
<p><strong>©BM 9Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Big Brother is watching you]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=182</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:14:34 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=182</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 17/2005
Pamiętają Państwo te obrazki sprzed ośmiu lat: wysoka postać (kr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 17/2005</strong></p>
<p>Pamiętają Państwo te obrazki sprzed ośmiu lat: wysoka postać (krótkie blond włosy, jeansy, ciemny żakiet) wchodzi w obrotowe drzwi. Cctv paryskiego hotelu Ritz stało się ostatnim wizerunkiem najczęściej wówczas fotografowanej kobiety - księżnej Diany. </p>
<p>Jakość ‘filmów’ pokazujących się na monitorach i udostępnianych mediom nie poprawiła się od tamtych czasów znacząco, ale cctv upowszechniły się bardzo. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, gdzie działa co drugie istniejące w świecie. Jeśli mieszkamy w Londynie lub Birmingham - dziennie znajdziemy się w oku kamery (i na trzymanym przeciętnie miesiąc filmie) jakieś trzysta razy.</p>
<p>Lekko przerażające? – też się speszyłam gdy kilkanaście dni temu nasz dom -  skromny hostel studencki w ciągu roku i ‘budżetowe’ B&#38;B w lecie – uruchomił cztery dodatkowe kamery. Dotąd miał jedną, pokazującą wnętrze głównego hallu.<br />
Zamontowanie zbiegło się z powszechnymi deliberacjami nad następstwami ataków terrorystycznych  i dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. Wszak sprawców zamachów zidentyfikowano i schwytano właśnie dzięki przejrzeniu niesamowitej ilości zapisów cctv z różnych źródeł. Detektywi nie zwierzają się zbyt wylewnie, co i jak naprowadziło ich na trop, panuje jednak przekonanie, że - wobec trudności z  infiltracją środowisk muzułmańskich  (zwłaszcza ekstremistycznych) - rola ‘innych źródeł’ (w tym kamer ulicznych) jest w przeciwdziałaniu współczesnemu terroryzmowi  nie do przecenienia.<br />
Monitorowanie przydaje się też w bardziej prozaicznych konfliktach: przy poszukiwaniu sprawców kradzieży, włamań, rozbojów, wychwytywaniu przekraczających prędkość, namierzaniu młokosów nawiewających ze szkoły lub z domu. Ludzie czują się pewniej, gdy czytają ‘<em>cctv cameras in constant operation’ </em>... i trudno im się dziwić.</p>
<p>Antagonizm dwu pierwotnych potrzeb człowieka: bezpieczeństwa z jednej a przygody i samorealizacji (czyli podmiotowości) z drugiej strony jest równym banałem, jak zwyciężanie tendencji dośrodkowo-stadnych w momentach zagrożeń: Zrzekamy się części ‘niezbywalnych praw’ (do prywatności, domniemania niewinności, respektowania zasady <em>my home, my castle</em>...) by przetrwać jako osoba, wspólnota, naród, cywilizacja. Z przyzwoleniem a nawet wdzięcznością przyjmujemy jednookie monstrum, przesyłające nie znanym nam osobom informacje, o której zeszliśmy rano do komputera, czy zahaczyliśmy wcześniej o kaplicę, ile mleka (i/lub łyżeczek cukru) wzięliśmy do przedpołudniowej kawy. Nie mówiąc o takich detalach, jak częstość, czas i długość wyjść z <em>office</em> do ubikacji...</p>
<p>W Japonii testuje się właśnie ‘inteligentne’ łazienki: szef dowie się nie tylko, co i jak długo pracownik robił w przybytku odosobnienia, ale też - czy dzień wcześniej pił alkohol (jaki, ile), narkotyzował się, czy jest w ciaży, jaki jest ogólny stan jego zdrowia (wkrótce pewnie i genotyp). Gdy do coraz większej perfekcji doprowadza się badanie nawyków zbiorowości za pomocą ścieków  - podłączenie paru czujników do rury będzie atrakcyjniejsze (dla wielkiego szpiega i małego dziennikarza ‘śledczego’), niż staroświecki bug podsłuchowy. </p>
<p>Można replikować, że życie w wysokorozwiniętej cywilizacji (w tym posiadanie pracy i związany z nią nadzór) to permanentne <em>bargaining</em>. Zatem chcesz to bierz, nie chcesz - nie musisz. Problem jednak w tym, iż nierzadko nie wiemy, co jest w pakiecie, kto pakiet ustala... albo pokątnie dokonuje zmian choć miał tylko zawiązać wstążkę. I że reguły zmieniają się (mamy wrażenie, iż niemal zawsze na niekorzyść) bez naszej wiedzy i w trakcie gry. Nadzorcom nie wystarczy już widzieć, co robimy – potrzebują wiedzieć, kim jesteśmy... A granicą ingerencji jest wyłącznie cena technologii i urządzeń. </p>
<p><em>To be fair</em>, nasze akademikowe kamery są tak jawne, jak procesy kryminalne w Old Bailey. Obwieszczają i ostrzegają o nich notki tłustym drukiem, dużymi literami i na czerwonym papierze. Czy Zamiatin, Huxley i Orwell byliby zażenowani czy przeciwnie – pod wrażeniem? Przynajmniej tego nie wie nikt.  </p>
<p><strong>©BM 8Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[London blasts - the costs]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=178</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 18:08:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=178</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 16/2005                                                   
Cztery tygodnie po]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 16/2005</strong>                                                   </p>
<p>Cztery tygodnie po 7/7: dzień podsumowań i analiz. Oraz <em>high visibility operation </em>na ulicach - dodatkowe 6,000 policjantów...<br />
Irytanci pytają: gdzie byli ci wszyscy <em>bobbies</em> gdy mnie (żonę, dziecko) napadnięto onegdaj w parku nieopodal?!’ Cóż – wzięto ich od innych zadań, operacji i dochodzeń (niejednokrotnie równie pilnych). A koszt poniesie podatnik.<br />
Od wiosny <em>council tax </em>(już drakońsko podniesiony w wielu pożądanych dzielnicach stolicy) będzie miał ‘podpunkt’ <em>terror tax</em>. Rząd centralny i tak musi potrząsnąć skarboną: sam koszt dochodzenia w sprawie 7/7 i 21/7 to £500,000 dziennie. Policja ma 14m rezerw z zeszłego roku. Tyleż – dodatkowych środków na <em>counterterrorism</em> – sumują sumiennie <em>hacks</em>...<br />
Sygnały policyjne zrobiły się ostentacyjnie-głośne (jak w Bawarii). Mimo niskich uposażeń, po 7/7 zwiększył się napływ kandydatów na stróżów prawa. Kontrowersyjny projekt wprowadzenia ID (dowodów tożsamości) nie stał się po zamachach bardziej popularny.                                                                                                </p>
<p>Choć zdołano schwytać kilkanaście podejrzanych osób – <em>alert</em> określa się jako najwyższy, <em>severe specific</em>. Niżej jest <em>severe general </em>(na jakiś czas przed 7/7 obniżono zagrożenie do <em>substantial</em>).<br />
Nasz ekspert od przedzierania się ze wschodu na zachód stolicy – P, żaliła się po weekendzie dziesięć dni temu: Miałam fundować obiad, ale całe £70 poszło na taksówki i w końcu to córka płaciła w restauracji. Dzisiejsze dane potwierdzają tę prawidłowość: o ile w tygodniu ruch w metrze zmalał o 5-15% , to zakupowicze i turyści wycofali się w 30% z ‘kretowiska’. Co widać na ulicach: W okolicy, gdzie mieszkam zwiedzacze zawsze maszerowali rankiem do pobliskich muzeów i dalej, do centrum; wieczorem - do hotelu. Nigdy jednak nie było ich aż tylu.<br />
Rezerwacje odwoływane są rzadko. Częściej turysta upewnia się telefonicznie, że jest normalnie... i ma potrzebę pogadać chwilę o ‘klimacie’. Dziś wyjechała (po tygodniu) amerykańska rodzina z dziewięciorgiem dzieci. Najmłodsze miało 3 miesiące i bardzo nieergonomiczny wózek spacerowy. Zwiedzili naprawdę dużo i czuli się świetnie. A my z nimi.     </p>
<p>Obroty sklepów spadły o 2% (w centrum bardziej), ale ostatnio zniżkowały tak czy owak: Brytyjczycy czasem budzą się z kolektywnego <em>shopping-spree </em>i zaczynają mniej kupować na kredyt.<br />
Przewozy lotnicze musiały spaść. Ale tu prawie wszyscy trzymają język za zębami...</p>
<p>Przybyło znacznie wykroczeń przeciw muzułmanom i ich mieniu. W stolicy sześciokrotnie (lecz od dosłownie paru w miesiącu - łatwo o wzrost po apelach by zgłaszali ilekroć czują się prześladowani). Scotland Yard wyszczególnił trzy kategorie: <em>1) verbal 2) minor phisical attacks 3)criminal damage against Muslim property</em>.<br />
Ulica mówi, że jeśli tak dalej pójdzie, to muzułmanie będą w glorii męczenników, dla których życie w rasistowskim Londynie (i innych miastach) stało się po 7/7 nie do zniesienia. Wielu wasp’ów kwestionuje dotychczasowy  powód do dumy – <em>diversity&#38; tolerance</em>. Wielokulturowość jest, jeśli nie passe, to ‘do rewizji’?...</p>
<p>Otóż to - częściej egzekwuje się prawo do <em>stop&#38;search </em>– zatrzymania i przeszukania.<br />
Bywają ponoć <em>s&#38;s’ </em>zbyt brutalne, tendencyjne i nieuzasadnione. Wiele hałasu (a w końcu śmiechu) wywołała sama policja ogłaszając, iż nie będzie marnować czasu na <em>white eldery ladies</em>. Znany to i stosowany w większości dochodzeń mechanizm (<em>profiling</em>), ale natychmiast padły oskarżenia o dyskryminację, rasizm, itp. To z kolei pozwoliło satyrykom-rysownikom stworzyć wiele (interesujących artystycznie) wersji kruchych, wykoafiurowanych starszych pań w żelaznym uścisku potężnych stróżów prawa. Władza przestała więc mówić głośno, kogo nie zostawi w spokoju. I tak wiemy.</p>
<p>Poszkodowani i rodziny ofiar mają dostać po kilkanaście tysięcy – a nie krocie przyznane w USA po 9/11. Wyszło też, że <em>helpline</em> ustanowiona bezpośrednio po zamachu 7/7 ‘pożerała’ 40p za minutę. Gdy do Polski można dzwonić (teoretycznie) i za 2p (plus koszt rozmowy lokalnej BT).</p>
<p>Zaczęły się (i potrwają) medialne zwierzenia dochchodzących do siebie ofiar. W dzisiejszym Today (BBC-R4): mężczyzna opowiada, co myślał i czuł po tym, gdy zobaczył swa kończynę dolną oderwaną i rozszarpaną. A przed bólem i omdleniem...</p>
<p>Największym kosztem,  jaki poniósł Londyn po zamachach jest życie Brazylijczyka zastrzelonego omyłkowo na stacji Stockwell. Jeszcze do niedawna słynąca z nie-noszenia broni na ulicach, policja domaga się prawa do <em>shoot-to-kill</em>. Dały się słyszeć rozsądne i wyważone głosy przeciwne. I ucichły. Bo strzelać-aby-zabić mają wszak w naszym – naszego bezpieczństwa – imieniu.</p>
<p><strong>©BM 4Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Polanski libel case – ‘no reputation to damage’... ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=175</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 17:58:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=175</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 15/2005
W środku lata, w stolicy Wielkiej Brytanii, słynącej z zamiłowani]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 15/2005</strong></p>
<p>W środku lata, w stolicy Wielkiej Brytanii, słynącej z zamiłowania do plotek i hipokryckich tabloidów, (oceniających surowo postępowania znanych i ekscentrycznych - po uprzednim wejściu w takie szczegóły ich życia, że w wielu krajach można by ‘z automatu’ skarżyć  o naruszenie dóbr osobistych), mieszkający w Paryżu Roman Polański wytacza proces o zniesławienie wydawanemu w USA pismu ‘towarzystwa’ - Vanity Fair.<br />
Dla większej komplikacji: P - obawiając się ekstradycji z L do Stanów (wciąż grozi mu tam wyrok za, powiedzmy wprost, pedofilię) - zeznaje przez videołącze (absolutny precedens).<br />
Treścią zniesławienia jest zarzut , jakoby reżyser - w sierpniu 1969, w drodze na pogrzeb żony Sharon Tate (zamordowanej w ósmym miesiącu ciąży w Hollywood przez sektę seryjnego zabójcy Mansona, gdy P filmował w Londynie) - usiłował uwieść piękną Norweżkę w NY.</p>
<p>Media oczywiście omawiają rzecz systematycznie i drobiazgowo, obfotografowując świadków (zwłaszcza <em>celebs</em>: Mię Farrow (Rosemary’s Baby), siostrę Sharon Tate czy żonę P - Emmanuelle Segnier). Przy okazji wspomina się i ilustruje czasy Swingin’ Sixties, w tym ślub Polańskiego z Tate (Chelsea Register Office, styczeń’68). Ostatecznie jury zasądza £50,000 na rzecz P, uznając (jak każdy logicznie-myślący obserwator), że niemożliwe były próby uwodzenia w NY skoro Polański leciał na pogrzeb bezpośrednio na zachodnie wybrzeże.<br />
Kluczowego świadka (Beatte Telle) VF nie powołała. Koszta procesowe Vanity... Unfair – £1.5m (zapadające w pamięć i tańsze promo). </p>
<p>Niezaskakująco, strategia obrony VF (<em>character assassination</em>) przypada do gustu tutejszej publiczności na tyle, by media mogły ‘na niej jechać’ aż do ogłoszenia wyroku . Sensacyjno-alarmistyczno-sentymentalną tonację tabloidów podchwytują i doskonalą poważniejsze tytuły. Setki razy powielając opis podstępnych taktyk (i polskich czarów), jakimi miał się posługiwać Polański w nowojorskiej restauracji. Za każdym razem przywoływana jest jego reputacja kobieciarza (chwalił się nią w autobiografii – teraz jak znalazł). Po drodze - parę błędów rzeczowych (‘<em>flew Poland when the war started’</em> – kto by się wysilał sprawdzać egzotyczne detale!... lub bodaj logicznie pomyśleć). </p>
<p>Naturalnie, VF kontratakuje wykorzystując (niemający nic wspólnego z toczącą się w L sprawą) fakt z 1977 roku: uwiedzenie przez Polańskiego 13-latki oraz ‘tchórzliwą’ ucieczkę ze Stanów, gdy więzienie stawało się nieuniknione. Oceny (ferowane przez obrońcę VF i podchwycone przez media) grzeszą (przy całej powadze sprawy) pewnym anachronizmem: czyn sprzed prawie 30 lat  opisuje się w dzisiejszych kategoriach moralnych (słusznych!!!... ale jakże wyostrzonych – nawet w porównaniu ze stanem sprzed dekady). Któż zauważy niuanse, gdy dominuje święte oburzenie?...</p>
<p>Tonację tę ochoczo przejmują ludzie: zarówno interesujący się kinem (a chociażby sławami made in Hollywood), jak i głoszący, że nic ich to nie obchodzi. Nawet spotykani po raz pierwszy od 12 lat znajomi z Westminster College pytają, co o tym sądzę. ‘Popatrz, tu piszą że on... jak on śmiał!’  Nieśmiało apeluję poczekać na koniec procesu a przynajmniej ‘audito et altera pars’... Włoch F jest oburzony: nie broń go, do niego wszystko podobne’. </p>
<p>Faktycznie - na co mi przyszło! Kino Polańskiego do niedawna raczej znałam niż lubiłam; jego samego włożyłam do szufladki ‘trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę’. Leżał tam zakurzony (z Einsteinami, Dalimi, Piccassami...)<br />
I zawsze do białej gorączki doprowadzały mnie systemy, manifesty, szkoły uzurpujące tzw. jednostkom twórczym większe prawa (czytaj – margines wolności krzywdzenia innych), niż przyznaje się ‘zwykłym śmiertelnikom’. W czasach, gdy najzwyklejszy akwizytor czy księgowy musi być twórczy (pardon, kreatywny) – wszystkie te Nietzsche, Schopenhauery i inne Przybyszewskie zrobiły się tylko-żałosne...</p>
<p>...Ale jeśli ktoś w biały dzień twierdzi, iż na kiedyś-tam-skompromitowanego można bez przeszkód rzucać dalsze grudy błota (sprzedając tym miliony kopii <em>glossies</em>) - muszę się wstawić za ofiarą takiej logiki. I nawet zacytować z patosem ‘nie przekreślaj człowieka pokąd żyje’.</p>
<p>Nie, nie przekreślą... Gdy Polański proces wygrywa, tabloidy i konserwatywne <em>broadsheets</em> uderzają w nutę sentymentalną: tak ją kochał, tak po niej rozpaczał, jej pamięci poświęcił ten proces, dla niej zaryzykował... wywołał demony przeszłości, ona pozostaje najważniejszą miłością jego życia...<br />
Podsumowując ostatnią odsłonę ‘Polanski saga’, Times dał tytuł: <em>Film-maker’s life would make fine disaster movie</em> . Najwyraźniej taka jest konkluzja (leżących po redakcjach ‘na wszelki wypadek’) <em>obituaries</em>. Czy stanie się ona ostatnim zdaniem ostatecznego tekstu? W tej akurat sprawie <em>the jury is still out</em>.</p>
<p><strong>©BM 3Aug05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[In the event of fire]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=172</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 17:49:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=172</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 14/2005
‘Mister Fire is with us again!’ - Nasza letnia szefowa roześmia]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 14/2005</strong></p>
<p>‘<em>Mister Fire is with us again</em>!’ - Nasza letnia szefowa roześmiała się w ciemnościach: ‘powinnaś opatentować te trafne <em>nicknames</em>!’<br />
Letnich szkoleń pożarowych w obrębie hostelu przeszła znacznie więcej, niż ja. Nie mówiąc o semestralnych drylach, ewakuacjach.<br />
Były strażak (typ Richarda Gere + cockney’owski akcent) – szef firmy robiącej plany zabezpieczeń ppoż, przeglądy alarmów, gaśnic, koców, wyjść ewakuacyjnych i szkolenia naszego personelu na początku sezonu letniego – przyszedł dziś w podstawowej roli. I na dzień dobry wyłączył (bez uprzedzenia) prąd. </p>
<p>Każdy, kto pobył w Londynie choćby 48h zapyta, czy ci ludzie mają obsesję na punkcie pożarów, ewakuacji i innych horrorów. Tak – mają i to dobrze uzasadnioną. Może najjaskrawiej – słynnym Wielkim Pożarem 1666. Wówczas Londynem było dzisiejsze City of London (wciąż posiadające pokaźną autonomię i poczucie odrębności). Grunt był tam od niepamiętnych czasów najdroższy, zabudowa najgęstsza, uliczki najwęższe (ostatnie postanowiono tu i ówdzie zachować odbudowując City po nalotach dywanowych Blitz). Zatem do rekordowego pożaru Londyn ówczesny nadawał się idealnie... Także - jako grunt (Grunt!) pod działalność niejakiego Wrena – ale to inna bajeczka.</p>
<p>Mr Fire zaczyna każde swe szkolenie  od stwierdzenia ‘<em>We don’t want heroics</em>!’ To początek mantry: ‘W razie wątpliwości nie rwij się do działania, ale odwróć się na pięcie i odejdź (podniósłszy wcześniej alarm)’.<br />
I tylko z pozoru jest to podejście tchórzowskie, minimalistyczne i nierealistyczne w ‘zwykłym’ przypadku tłuszczu palącego się na kuchni. Bo u jako-tako myślących wyzwala refleksję – nie mogę dopuścić do sytuacji, gdy stracę głowę, uznam się za niekompetentnego lub wykażę niekompetencją -  w gardłowej czy błahej sprawie (nie wiadomo, które gorsze). </p>
<p>Jakiekolwiek zablokowane <em>fire exit </em>należy zgłosić policji.<br />
W naszym akademiku, goszczącym maximum 80 studentów, są trzy niezależne ‘szlaki’ nadzwyczajne. Każdy z nich ma dwa alternatywne wyjścia na zewnątrz (to plus posiadania <em>lower ground floor</em>, zwanego popularnie <em>basement</em>). W każdym pokoju instrukcję pożarową powieszono na drzwiach. Jeśli ich nie zablokujemy (klinem) – zamkną się z hukiem, bo masywne. Tak odcinamy drogę pożarowi na co najmniej ½ h (oszacował indagowany przez <em>handymana</em>  Mr Fire). Korytarze poprzedzielane są drzwiami wahadłowymi, przeszklonymi ognioodpornym szkłem.</p>
<p>Skoro już pamiętamy, którędy można uciec, czas przypomnieć sobie, że jesteśmy personelem i dobrze jest umieć w razie potrzeby zatroszczyć się o innych.</p>
<p>Pożar w kuchni jest statystycznie najczęstszym w naszych warunkach. Kolejny element mantry: <em>source of fire, oxygen, fuel </em>– <em>there must be all three of them.</em> Następuje prezentacja gaśnic (każdy typ zamontowany jest w takim miejscu, by był najbardziej przydatny ‘w razie czego’ – projektantem rozmieszczenia jest oczywiście sam nasz instruktor. A gaśnic mamy dobrze ponad sto.</p>
<p>I teraz już ‘zajęcia praktyczne’ z kocami i gaśnicami. Jesteśmy (co do jednego, nawet ci bardzo-<em>part-time</em>, mający wolne w poniedziałkowy poranek i H, <em>sub-warden </em>po nocnym dyżurze) - w kwadratowej, przestronnej kuchni studenckiej. <em>Heat detector </em>znajduje się nad drzwiami, 5 m od płyty kuchni (<em>smoke detector</em> byłby tu jeszcze bardziej niepraktyczny, niż w ogólnej jadalni, gdzie jest bezpośrednio - choć wysoko - nad tosterem i uruchamia go leciutka przypalenizna  - jeszcze zanim swąd zdąży dojść do siedzących pod oknem).<br />
Na stole gaśnice, ale pierwszy chiński ochotnik ma ugasić ogień na kuchennej płycie ‘w najbardziej oczywisty, naturalny sposób’. Teatralnym ruchem wyciąga-wydziera koc, unosi przed sobą, zawijając lekko od góry (by lepiej chronił twarz) i narzuca (precyzyjnie acz ostrożnie) na płytę.<br />
Następna wyrwana (do gaśnicy CO2) decyduje, że ‘nie umie i wobec tego odejdzie’. Inna - to samo. Kolej na mnie: dobrze (odbezpieczenie, skierowanie dyszy a nawet uprzedzenie ruchem ręki siedzących w pobliżu, nie do końca przekonanych, że to będzie <em>real</em>). Ale zapominam spróbować na neutralnym gruncie (na podłogę) nim dmuchnę w pożar. I podchodzę ciut za blisko.<br />
Nic to w porównaniu z ‘kompromitacją’ H – sekretarki od paru lat: nie odbezpieczyła gaśnicy wodnej (z dodatkami) – do ugaszenia pożaru w 100-litrowym koszu. </p>
<p>Bawimy się wszyscy doskonale tymi błahostkami i nami samymi, bardziej przejętymi towarzyskim aspektem sprawy oraz (w paru przypadkach), słabszymi kompetencjami językowymi. Pamiętając wszakże przestrogę strażaka - jak zmieniają się reakcje na widok prawdziwego zagrożenia, zniszczeń czy poszkodowanych. Zwłaszcza w ciemnościach, dymie, ‘klaustrofobio-gennym’ otoczeniu.</p>
<p>Nie bawimy się jednak i w połowie tak dobrze, jak na początku zeszłego lata. Ostatnie wydarzenia w London Transport przewijają się niemal co minutę jako przykład, zadanie, przestroga. Dyskutujemy nad treningiem mentalnym na takie okazje. I spekulujemy na temat detali zajść, próbując wyciągnąć od strażaka jakąś zakulisową wiedzę.</p>
<p>Czas konkludować: wiedz, co robić i zrób wszystko by zachować spokój – hm... nihil novi...  </p>
<p><strong>©BM 30July05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[IRA – my very own (though slight) flirting with the danger ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=168</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 17:38:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=168</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 13/2005
Wczoraj IRA ogłosiła decyzję o zaniechaniu akcji zbrojnej . ‘Prz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 13/2005</strong></p>
<p>Wczoraj IRA ogłosiła decyzję o zaniechaniu akcji zbrojnej . ‘Przegrali i poddają się – teraz ich trzeba ukarać’, twierdzi ulica. Politycy są – naturalnie – aprobatywnie-ostrożni . </p>
<p>‘Strategie przetrwania budujemy wedle posiadanej wiedzy o zagrożeniu i lubimy mieć na podorędziu wyrazistego wroga... A za węgłem czaić się może latami niebezpieczeństwo nie tylko większe ale i nie-antycypowane’ – Ten banał obracałam w myślach uczestnicząc w ewakuacjach, próbach, drylach. Przy których często padał przykład rzeczywistego zamachu IRA. OK - byle tylko nie znaleźć się kiedyś w prawdziwym, totalnie zaskakującym ‘kotle’. Ale, gdy służby robią swoje (a media powściągają się), nawet nie podejrzewamy, od jakiej opresji byliśmy o krok. ‘Fałszywy <em>fire alarm’ </em>– usłyszymy. I oby.</p>
<p>Nie wiem, czy powodem ewakuacji z S.Kensington <em>tube station </em>(w kilka dni po pierwszym przyjeździe do L) było realne zagrożenie czy telefon-anonim lub <em>susspected package</em>. Albo - co kazało służbom Science Museum wyprosić publiczność (nieliczną kwietniowego powszedniego popołudnia 2002). Infekowałam jakiś system wirusem w nowo-otwartej sekcji IT; wygaszone światła, wyciszone podłogi... gdy rozległo się: <em>attention, please, attention please, this is a security announcement; please, leave the building following the emergency exits. I repeat... </em>Powagę sytuacji można wyczuć i bez znajomości języka: powoli-dobitnie-spokojnie (za spokojnie!) powtarzana fraza. </p>
<p>Piątkowe popołudnie 13.03.98: W towarzystwie pani z Polski  stoję na Victoria, peron District i Circle, <em>westbound</em>. ‘Wycięte’ zwiedaniem, marzymy już tylko o dostaniu się na kolację do miejsca jej noclegu. A tu słyszę, by pasażerowie przesunęli się ku tyłowi peronu (naładowany treścią spokój bije nawet przez złej jakości głośniki). Nie czekając na dalsze polecenia (i nie denerwując Gościa) ruszam w przeciwnym kierunku – ku znanemu niewielu, przedniemu wyjściu. Nie pomnę, czy i jak wyjaśniłam ten manewr, ale na C1 czekałyśmy dostatecznie długo, by kątem oka zauważyć gęstniejący ‘skokowo’ tłum. </p>
<p>1992/93 to w UK nie były przelewki i strachliwsi członkowie rodziny sugerowali nieśmiało przemyślenie decyzji o najpierwszym wyjeździe. Po dwudziestu dniach w L przyszła refleksja, czy czasem nie mieli racji: Nie tylko byłam przedmiotem (podmiotem) wspomnianej ewakuacji SKen, ale też (wracając z pierwszych zakupów na Oxford Street) ujrzałam i sfotografowałam zniszczone bombą wielkie okna wystawowe Harrodsa. Na owe zakupy nie mogłam pójść znaną drogą; Knightsbridge (przy której znajdują się Harrods, Harvey Nics, Armani i inne przybytki luksusowego detalu) była zamknięta. Z pomocą nieocenionego London AtoZ, w styczniowym, ciepłym i porywistym wietrze i deszczu - ‘opracowywałam’ obejścia... </p>
<p><em>Bishopsgate bombs  </em>tkwią w moich wspomnieniach w arkadyjskim kontekście czekoladowych mega-jajek, innych łakoci i rekwizytów: korzystając z naddatku czasu, pomagałam uroczej Irlandce przetrwać ferie trzech pociech; wdzięczność wyrażono szczodrze (wiedząc, że są to moje pierwsze święta poza domem).</p>
<p>Mieszkając z nimi na Brook Green, niemal co wieczór chodziłam na (znany z wyścigu osad wioślarskich Oxford i Cambridge) Hammersmith Bridge. Delektując się coraz dłuższym dniem i - rozszalałą migdałowcami wszelkich kolorów - londyńską wiosną. Któregoś poranka podano, że pod północnym (‘naszym’) przęsłem mostu znaleziono wieczór wcześniej bombę dziesięć razy silniejszą od zdetonowanej w Harrodsie. Zawiódł zapalnik. </p>
<p>W ‘okolicy’ <em>Omagh bombing</em>  już na dobre zagościły w ambitnych mediach <em>items</em> pokazujące skalę alienacji wielu młodych muzułmanów w Indiach, Pakistanie ale i UK, radykalizację przywódców religijnych – jako <em>time bomb</em>. Czytałam i słuchałam pilnie, wyobrażając sobie jednak następne ‘ataki’ raczej na wzór skandalicznego unicestwienia zabytków sztuki hinduskiej, niż jako 9/11.</p>
<p>Wczoraj w południe, mijając wejścia do metra na Gloucester Rd, zobaczyłam z każdej strony po paru policjantów – większość z ostentacyjnie dzierżoną bronią maszynową. W dosłownie każdym innym węzłowym punkcie – to samo. <em>Fortress Britain</em>? Za starych dobrych czasów IRA tego jednak nie było...</p>
<p><strong>©BM 29July05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dog waste... of time, money, emotions, energy ]]></title>
<link>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=165</link>
<pubDate>Sun, 17 Aug 2008 17:28:53 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella1</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella1.wordpress.com/?p=165</guid>
<description><![CDATA[Pocztówka znad Tamizy 12/2005              
Perrora niepoprawna politycznie na polskim gruncie. You]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pocztówka znad Tamizy 12/2005</strong>              </p>
<p>Perrora niepoprawna politycznie na polskim gruncie. <em>You’ve been warned</em>.<br />
<em>Keep dogs on leads and follow authorised dog route </em>(boczna alejka parkopodobnego Brompton Cemetery). <em>Ball games and dogs prohibited </em>(brama do prywatnego ogrodu-skweru; klucze mają tylko mieszkający wokół niego). <em>This is a residential area and a cul-de-sac drive – no loitering, no dog exercising </em>(wjazd do mews; Belgravia, o rzut kamieniem od Chester Sq, gdzie mieszka – ostatnio pod silniejszą ochroną – Baroness Thatcher). <em>Dogs must be on a lead at all times; Dog run located at…; Please do not allow your dog to foul this area; The dog toilet is provided at the entrance in…</em>(St Luke’s Pk, Chelsea). <em>Train your dog to use the area provided and not to foul the remainder of the park; Dogs must be kept on a lead at all times; Please ensure that your dog is trained to use the dog loo area provided; Dog toilet – follow signs</em> (południowa brama Westfield Pk, Chelsea/Fulham). Kary za psie zaśmiecanie: Kensington&#38;Chelsea £200 – 1000; City of Westminster do £500; Fulham podobnie. Dyskretne napisy straszą na słupach znaków, latarniach, koszach na psie kupki… )</p>
<p>Wieść gminna niesie, że Brytyjczycy po to wysyłają swe dzieci do przykrych <em>boarding schools</em> z zimnymi sypialniami, by mieć jeszcze więcej czasu na zajęcie się (przed kominkiem) czworonożnymi ulubieńcami. I wielu tubylców (z Miłościwie Nam Panującą na czele) wciąż ciężko pracuje na ten stereotyp. <em>Corgis</em> Królowej są równie znaną wizytówką monarchii, jak paradne karety, zmiana warty pod pałacem czy nowy dworski romans. Psy łowcze kojarzone są z Brytanią jeszcze dłużej i ściślej. I można iść o zakład, że raz na parę miesięcy wyjdzie sprawa zakazu polowania na lisa z ich udziałem. Dzieląc, jak zawsze. Trudne jest jednak życie typowo-miejskiego pieskiego pana. </p>
<p>Nie łatwiejsze nad Izarą: Pozyskawszy bardzo dogodny <em>cluster</em> lekcji w przeuroczym (‘wyciętym’ w iglastym lesie) Neubibergu – prawie co wtorek, (maszerując od S-Bahnu; panorama Alp z pociągu wciąż przed oczami), spotykałam moją najwcześniejszą studentkę wracającą z 45-minutowego spaceru z psem. Czekał ją drugi; trzeci należał do syna lub męża. Parę razy musiała zamienić lekcję na konwersację podczas <em>dog-walking</em>. Najcześciej - w kaloszach i spocona– intensywnie zabawiała w psiej części parku swego pupila.‘Gdyby cię nie było - pochwaliła się – ruszałabym się więcej, przecież to spaniel a wychodzimy tylko trzy razy dziennie’. Rico rządził też w naprawdę dużym ogrodzie i krzywda mu się nie działa. Ale wielu Monachijczyków ma zbliżone standardy.  I wyrzuty sumienia.                                      </p>
<p>Do niedawna statystyczny pies Europy Centralnej był burkiem podwórkowym. Pieskie życie, psie przywiązanie, siedzieć w domu jak pies przy budzie. Czasy się zmieniają. I może inna monachijska czuła dusza nie uciekłaby z (wciąż odwlekanych) polskich wakacji  już po pierwszym dniu. Więcej, jej rzeczywisty przestrach mógłby mieć przeciwne (do przedwyjazdowych obaw) podłoże – w Polsce niektóre psy (właściciele) mają za dobrze. ‘Dziwisz się? – spytał znajomy socjolog – a często cytujesz tezę Gombrowicza o Polsce - kraju formy osłabionej. Forma osłabiona to: dorośli niedomanierowani, dzieci niedokindersztubowane a pieski, z imperatywu kategorycznego, niedotresowane!’  </p>
<p>Jako, że psy na ogół mnie ‘lubią’  - wiele polskich ‘rzuca się ’ (brudząc odzież, liżąc...) ‘Niech się pani nie boi, on ma tylko 7 miesięcy!’ – spacerowałam po Zakrzówku z sześcioletnią córką koleżanki. Na pytanie, skąd dziecko ma wiedzieć, że gnające w imponujących susach (lub nagle wypadające z krzaków), spore bydlę, ma pół roku i w miarę sensownych właścicieli – spacerowiczka nie potrafiła odpowiedzieć. Może bez-psi sympatycy czworonogów powinni zbudować w sobie drugą, odpychającą naturę. Albo - nie zdoławszy przezwyciężyć pierwszej - nosić jakiś spray paralityczno-drgawkowy i atakować uprzedzająco ilekroć wróg zbliży się na mniej niż dwa metry...                                                                                                        </p>
<p>Do niedawna spokój był w górach. Teraz psy widać nawet w TPN. Trzy lata temu przeszłam większość szlaku Wielki Rogacz - Radziejowa w towarzystwie dużego wilczura. Bez kagańca, ganiał w tę i wewtę gdy jego pani dyszała niżej, zupełnie nie panując nad zwierzęciem. Albo gorzej - drąc się nań i niszcząc górską ciszę – jedyną wartość, gdy poczucie bezpieczeństwa prysło. Gdy spytałam, czy to dobry pomysł na uprzyjemnianie innym wycieczki, warknęła zaczepnie ‘To co mam z nim zrobić?!’  </p>
<p>Otóż to – o ile zachodnie dzieci a tym bardziej dorośli faszerowani są ‘przed-psią’ literaturą: jaka to odpowiedzialność, zmiana stylu życia i (radosne ale też potencjalnie przykre) emocje przybędą wraz z nowym członkiem rodziny – polscy właściciele robią często wrażenie, iż nowy plan dnia przerasta ich przez większość czasu, a w skrajnych przypadkach – drenuje fizycznie i mentalnie. Dawno obśmiano na Zachodzie naiwniutką dogoterapię: Że niby posiadanie psa nauczy dziecko systematyczności i troski. Wyleczy dorosłego z samotności, pomoże mniej boleśnie przejść żałobę. Pozwoli otyłym zrzucić wagę. Porzuconym – podnieść samoocenę. Ogólnie-zakompleksionym – poprawić wizerunek i wiarę w siebie... Bywa, ale w ramach całościowej, jako-tako przemyślanej i konsekwentnej ‘strategii’. </p>
<p>Nie trzeba wszak wielkiej kompetencji PR (ani nawet szczególnie bystrego oka) by zauważyć, jak żałosny był Clinton ze swym ‘jedynie-wiernym’ niskopiennym (po przyznaniu się w <em>Lewinsky-affair</em> i reakcji żony). Czy Bush ‘ocieplający wizerunek’ po inwazji Iraku. <em>Love me, love my dog </em>– trzy sekundy i wszystko jasne.<br />
Wielu jest takich PRowskich majsterkowiczów-amatorów: Facetów, którzy ostatnio publicznie przytulili żonę w pierwszą rocznicę ślubu, a co spacer zasypują karesami jakiegoś piękności pełnego pieseczka (patrz, potrafię; gdybyś zasłużyła, była młodsza, szczuplejsza...) Albo pań afektowanych na pokaz a w istocie zimnych i niepomysłowych niczym rybeńka trzy dni temu wyjęta z wody...<br />
Czy zasygnalizowano już na polskim gruncie zagadnienie ‘Pies jako medium małżeńskich i rodzinnych tortur’? Wątpię. Szkodę, jaką międzyludzkie manipulacje i konflikty wyrządzają samemu zwierzęciu (nie tylko wiernemu ale i niezwykle inteligentnemu) litościwie przemilczę.</p>
<p>Co-letnie apele schronisk dla zwierząt odwołują się zazwyczaj do płytkiej litości. Bardzo rzadko – do myślenia z wyprzedzeniem, realistycznie (i z poprawką na polski ‘napalony’ optymizm). Że nie wspomnę o wymogach, jakie wypełnić musi właściciel psa większości ras: własny ogród i co najmniej jedno porządne wybieganie dziennie... </p>
<p>Wschodnioeuropejskie to standardy, jak Państwo widzą. Może z czasem hodowcy psów nie będą prosperować tak dobrze, jak ostatnio w Polsce. Trudno, jakaś hierarchia powinna wszak być. Przyszłym smutnym z powodu trudności z psią adopcją polecam zorganizowanie sobotniego kółka zainteresowań lub korepetycji dla dzieci z biednych lub trudnych rodzin. Można oczywiście planować i prowadzić zajęcia razem z - pięknie doroślejącymi - pociechami.</p>
<p>Do zakończenia tekstu zmotywował mnie email o poważnym pogryzieniu (przez psa) syna znajomej.                                                                                                        </p>
<p><strong>©BM 28July05</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Correspondances]]></title>
<link>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=78</link>
<pubDate>Sat, 16 Aug 2008 18:10:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>basia0acappella</dc:creator>
<guid>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=78</guid>
<description><![CDATA[Niedawno &#8216;odkopałam&#8217; pewne westchnienie sprzed prawie czterech lat&#8230; pomyślałam,]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Niedawno 'odkopałam' pewne westchnienie sprzed prawie czterech lat... pomyślałam, czy mi się do czegoś nie przyda... odłożyłam.</p>
<p>Aliści przedwczoraj, przeglądając daaawno nie kartkowane <em>Wypisy z ksiąg użytecznych Miłosza</em> (jeden z rozdziałów, <strong><a href="http://basiaacappella.wordpress.com/2008/08/16/w-poszukiwaniu-poetyckiego-konkretu/">przywołałam właśnie w 'blogu centralnym'</a></strong>), natknęłam się na wiersz, którego z pewnością nigdy wcześniej nie czytałam (jakkolwiek źle by to o mnie nie świadczyło w kontekście Autora - prowadzącego przez parę lat w mojej grupie konwersatorium z literatury współczesnej, wcześniej arcydzieła literatury dla licealistów i kursy przygotowawcze, redaktora NaGłosu, ulubieńca i ucznia Miłosza, etc.)</p>
<p>Ale zobaczą Państwo sami. Uwierzywszy pierwej, że nie kłamię w kwestii tej szczegółowej ignorancji...</p>
<p>---<br />
BM<br />
<strong>***</strong><br />
Przypadkiem dziś widziałam<br />
czego widzieć nie powinnam.<br />
Zaśmiewam się z tego<br />
średnio co kwadrans<br />
patrząc na<br />
galopująco-rudziejący klon.<br />
Październiku!<br />
Czesławie!<br />
 - jestem!!!</p>
<p>(Kraków 16.10.04)</p>
<p>---<br />
Bronisław Maj<br />
<strong>***</strong><br />
<em>Liść, jeden z ostatnich, oderwał się od gałęzi klonu:<br />
wiruje w przezroczystym powietrzu października, spada<br />
na stertę innych, nieruchomieje, gaśnie. Nikt<br />
nie podziwiał jego porywającej walki z wiatrem,<br />
nie śledził jego lotu, nikt nie odróżni go teraz<br />
leżącego wśród liści, nikt nie zobaczył<br />
tego, co ja, nikt. Jestem<br />
sam.</em></p>
<p>Skoro cytat za Wypisami... - przywołajmy też komentarz, jakim Noblista opatruje ten tekst (jak i każdy inny):<br />
<em>Sytuacja niepowtarzalna: tylko ten, nie inny, człowiek zobaczył ten właśnie, nie inny, liść. Czyli że można uprawiać poezję filozoficzną, nie posługując się terminami filozofii. Wiersz należy do dorobku poezji światowej i ma kilka przekładów na angielski, jednak niezadowalających, bo z pewnych względów jest trudny do przeniesienia.</em> </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[W poszukiwaniu poetyckiego konkretu]]></title>
<link>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=571</link>
<pubDate>Sat, 16 Aug 2008 04:14:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=571</guid>
<description><![CDATA[Jest to krótki rozdział, być może dlatego, że poezji miłosnej było zawsze dużo na świecie i]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jest to krótki rozdział, być może dlatego, że poezji miłosnej było zawsze dużo na świecie i nie warto dodawać jeszcze kilku kropel do morza. A zresztą nie ta poezja, pisana głównie przez mężczyzn, mnie tutaj interesuje, ale co innego – kobieta w jej cielesności, zwłaszcza opisywana przez nią samą. Były momenty w historii, kiedy kobiety brały czynny udział w życiu literackim i pisały poezję dworską (w Chinach, w Japonii, we Francji szesnastego wieku), i wielkie poetki taką właśnie poezję uprawiały, ale niezbyt często płeć pomagała przezwyciężyć konwencje danego czasu. Dzisiaj natomiast, choć wierszy pisanych przez kobiety, również przez zapalone feministki, jest mnóstwo, takich, które odpowiadają moim kryteriom, znajduję niewiele. Umieszczam kilka przekładów z sanskrytu, jako że w księgarniach Berkeley można natrafić na tomiki angielskich adaptacji również z tego języka. Korzystam z wersji kalifornijskiego poety Steve Kowita.</p>
<p><strong>***</strong></p>
<p>W klasie amerykańskich poetek piszących o swoim ciele umieściłbym Annę Świrszczyńską, tylko że jest ona lepsza od nich i na próżno staram się zrozumieć powody jej niedoceniania w Polsce. Czy jest zanadto brutalna? Ale przecie różne brutalności i turpizmy poetom płci męskiej uchodziły. Czy może wkroczyła na teren zastrzeżony, od którego wara feministkom? Nie wiem.</p>
<p>Anna Świrszczyńska<br />
<strong>Dziękuję ci losie</strong><br />
Napełnia mnie wielka pokora,<br />
napełnia mnie wielka czystość,<br />
kocham się z moim miłym,<br />
jakbym kochała się umierając,<br />
jakbym kochała się modląc,<br />
łzy oblewają<br />
moje ramiona i jego ramiona,<br />
nie wiem, czy to radość,<br />
czy smutek, nie rozumiem<br />
tego co czuję, niczego nie rozumiem, płaczę,<br />
płaczę, pokora,<br />
jakbym już była umarła,<br />
wdzięczność, dziękuję ci, losie,<br />
nie jestem godna, jakie piękne<br />
jest moje życie.</p>
<p><strong>***</strong></p>
<p>Nie tracę nadziei, że z samego wyboru tekstów czytelnik wyciąga swoje wnioski, niezależnie od moich jawnie wyłożonych przekonań. Innymi słowy, że przeziera tutaj mój stosunek do poezji, inny niż dość powszechnie przyjęty. W skrócie można by to nazwać poszukiwaniem konkretu, chociażby gdzieś w dawnych Indiach. Polskie poetki tak nie pisały</p>
<p><strong>Z sanskrytu</strong><br />
Kiedy przycisnął usta<br />
do moich ust<br />
węzeł sam się rozwiązał.<br />
Kiedy ustami<br />
dotknął mojej szyi,<br />
suknia ześlizgnęła się w dół,<br />
tyle wiem – ale<br />
kiedy usta jego poczułam na piersi,<br />
wszystko, przysięgam,<br />
nawet jego imię<br />
tak się pomieszało,<br />
że dotychczas,<br />
drodzy przyjaciele,<br />
nie potrafię opowiedzieć,<br />
jakie potem rozkosze<br />
otrzymałam w darze,<br />
ani od kogo.</em></p>
<p>Czesław Miłosz, <em>Wypisy z ksiąg użytecznych</em>. Znak 1994. Wstęp i dwa skomentowane przykłady z rozdziału ‘Skóra kobiety’, s 247 i n.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA['Breaking news']]></title>
<link>http://acappellaontheworld.wordpress.com/?p=21</link>
<pubDate>Thu, 14 Aug 2008 18:36:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>acappellaontheworld</dc:creator>
<guid>http://acappellaontheworld.wordpress.com/?p=21</guid>
<description><![CDATA[US and Poland agree shield deal  - says the BBC.
The US and Poland have agreed a preliminary deal on]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em><strong><a href="http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/7561926.stm">US and Poland agree shield deal </a></strong></em> - says the BBC.</p>
<p><em>The US and Poland have agreed a preliminary deal on plans for the controversial US defence shield, Warsaw has announced. </p>
<p>The plan would see the US base 10 missile interceptors in Poland in exchange for help strengthening Polish defences, said PM Donald Tusk. </p>
<p>The scheme is highly controversial and has been opposed by Russia.</em></p>
<p>There we are: on the eve of the 15th of August - a Bank Holiday in Poland (both religious feast of Assumption, and National Army Day*), our PM signs it at last.</p>
<p>...with all the layers of meaning and potential for dispute...</p>
<p>___<br />
*to commemorate the so-called Battle of Warsaw: the 15th of August 1920 was crucial in changing the dynamics of the Soviet Army' attack on the capital of young Polish state... some see it as miraculous.  </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Do Pana Jasia]]></title>
<link>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=61</link>
<pubDate>Thu, 14 Aug 2008 09:21:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>basia0acappella</dc:creator>
<guid>http://basia0acappella.wordpress.com/?p=61</guid>
<description><![CDATA[
Przynieśliśmy bielusieńkie szaty
Niesiem mirrę, olejki, bławaty
Czemuż niknie z rąk naszych ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/dsc07913.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/dsc07913.jpg" alt="" width="450" height="600" class="aligncenter size-full wp-image-62" /></a></p>
<p><em>Przynieśliśmy bielusieńkie szaty<br />
Niesiem mirrę, olejki, bławaty<br />
Czemuż niknie z rąk naszych Twe ciało<br />
Jakby z duszą do nieba leciało</em>...</p>
<p>Ciepłe, późne wieczory pierwszej połowy sierpnia. Ze starego drewnianego domu w charakterystycznej, zadrzewionej niecce lecą po rosie głosy chórzystów trenujących intensywnie na odpust parafialny. 'Na Zielną' czyli Wniebowzięcie NMP. Pierwszy odpust też jest maryjny i patriotyczny - 'na Konstytucję'. </p>
<p>Siedlisko szczególne: wydało na przykład Panią, która potrafiła i śpiew i teatr wyćwiczyć... oraz Pana, który, po powrocie z peregrynacji po kraju*, 'załatwił' dla swej wsi rodzinnej dwie najważniejsze rzeczy: pozwolenie na budowę kościoła... pod sam koniec lat czterdziestych...</p>
<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/niedzwiedza-church-2006_06_7_21_7_6_o6.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/niedzwiedza-church-2006_06_7_21_7_6_o6.jpg" alt="" width="450" height="337" class="aligncenter size-full wp-image-63" /></a></p>
<p>...wkrótce wydębiono 'na kurii' parafię...</p>
<p>A na władzach państwowych - pozwolenie na budowę okazałej szkoły...<br />
W obu przypadkach nie bez znaczenia były koneksje Mistrza Jana z wpływowymi architektami, a zwłaszcza architektkami (te ostatnie - wieść gminna niesie - niegdyś okraszone romantycznymi nadziejami tych pań).</p>
<p><a href="http://basia0acappella.files.wordpress.com/2008/08/niedzwiedza-primary-school-2006_06_7.jpg"><img src="http://basia0acappella.wordpress.com/files/2008/08/niedzwiedza-primary-school-2006_06_7.jpg" alt="" width="450" height="337" class="aligncenter size-full wp-image-64" /></a> </p>
<p>Plany, pozwolenia, sprawy własnościowe, organizacja społeczności, finanse, materiały budowlane (zdobywane w siermiężnej rzeczywistości 'realnego socjalizmu') - to jedno. Ciężka praca wszystkich - to drugie. W tym - praca Mistrza Jana: od planów i wykonania ołtarza głównego i stalli aż po własnoręczne ułożenie parkietów w szkole...</p>
<p>Sukces w ukończeniu obu budów podniósł niesamowicie morale mieszkańców najmniejszej wioski w okolicy. A artyście-rzeźbiarzowi zaskarbił u swoich jeśli nie bezwarunkową wdzięczność (o co trudno) - to w każdym razie coś na kształt roli mędrca-oryginała.</p>
<p>W moim najwcześniejszym dzieciństwie homeryckie boje o kościół i szkołę były już tylko barwnymi opowieściami pokolenia dziadków.<br />
Ale Tato zabierał mnie często do Pana Jasia - Mistrza, jak się wyrażał do niego i o nim.<br />
Mistrz dłubał w lipowych pniach swe rzeźby (najczęściej na zamówienie kolekcjonerów z Krakowa), robił kapliczki, pisał na maszynie poezje (nieortograficznie), czasem odnawiał jakiś antyk...<br />
Nastawiana odpowiednio przez Ojca - patrzyłam z nabożeństwem na te wszystkie czynności (a mając Dziadzia-stolarza, nie traktowałam ostrych dłutek jako przedmiotów całkowicie obcych czy złowrogich).</p>
<p>Poniedziałek, koniec sierpnia 1976. Drogą obok szkoły zmierza do Grabiny redaktor Ewa Owsiany z Gazety Południowej. W przeciwnym kierunku biegnie dziewczynka... trochę zaspała (w niedzielny wieczór Rodzice długo opowiadali o weselu wujka w dalekim Radomskiem, skąd dopiero co wrócili). <em>'Jak dojść do Grabiny, do rzeźbiarza Jana'</em>, pyta pani redaktor - <em>'przyjechałam zrobić z nim wywiad'</em>. <em>'Z Paniem Jasiem? zmarł dziś nad ranem'</em> - odpowiada podwójnie zmartwiona dziewczynka (pierwszy raz w życiu przytrafia się jej być informatorką mediów - i od razu taki news...)<br />
Redaktorka pójdzie oczywiście obejrzeć rzeźby i przygotowania do pogrzebu...</p>
<p>A potem już tylko nieukończone świątki i elementy ołtarzy będą słuchać prób w Grabinie. Pięknie oprawiona - specjalnie dla Basi - Matka Boska Tuchowska - innych prób innych ludzi kultury...  </p>
<p>___<br />
*Mistrz Jan brał (przykładowo) udział w renowacji i budowie świątyń Wybrzeża i Prus... Ciekawostka: robił też (przed II wojną) formę dla odlewu posągu Św. Barbary na budynek A-0 krakowskiej AGH (posąg zniszczyli hitlerowcy... rzecz zrekonstruowano pod koniec lat 90-tych ub. wieku, a JPII zatrzymał się specjalnie podczas jednego se swych licznych przejazdów Alejami w czerwcu 1999, by rzeźbę poświęcić... w tym historycznym momencie B była - oczywiście - nieopodal). </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Poezja jako środek samokontroli]]></title>
<link>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=558</link>
<pubDate>Thu, 14 Aug 2008 02:18:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>basiaacappella</dc:creator>
<guid>http://basiaacappella.wordpress.com/?p=558</guid>
<description><![CDATA[Nie jestem zwolennikiem zbyt subiektywnej sztuki. Moja poezja była dla mnie środkiem samokontroli.]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em>Nie jestem zwolennikiem zbyt subiektywnej sztuki. Moja poezja była dla mnie środkiem samokontroli. Mogłem na niej badać, gdzie przebiega linia, za którą fałszywość tonu dowodzi fałszywości postawy – i starać się linii tej nie przekroczyć. Doświadczenia lat wojny nauczyły mnie, że nie należy brać do ręki pióra po to tylko, żeby innym komunikować swoją rozpacz i swoje wewnętrzne rozbicie – bo to jest towar tani, na którego wyprodukowanie trzeba za mało wysiłku, aby wykonując podobną czynność czuć do siebie szacunek; ktokolwiek widział milionowe miasto obrócone w proszek, kilometry ulic, na których nie zachował się żaden ślad życia, nawet kot, nawet pies bezdomny – ten z ironią przypomniał sobie opisy wielkomiejskiego piekła u współczesnych poetów – w rzeczywistości piekła ich duszy. Prawdziwa „ziemia jałowa” jest o wiele straszniejsza od wyimaginowanej.</em></p>
<p><strong><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Czes%C5%82aw_Mi%C5%82osz">Czesław Miłosz</a></strong> (30.06 1911 – 14.08 2004), <em>Zniewolony umysł</em>. KAW 1989, s. 221</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
